Dekomunizacja kontra rekomunizacja. Felieton Adama Słomki

Adam Słomka
Kiedy po zwycięskich strajkach górniczych wyszedłem z więzienia w końcu 1988 roku zostałem zaproszony na patriotyczną mszę dziękczynną w kościele pw. Najświętszej Marii Panny w Jastrzębiu. Zgromadziło się bardzo dużo wiernych, gorącymi oklaskami witano wyczytywane delegacje dzielnych załóg strajkujących na rzecz legalizacji NSZZ „Solarność” z kolejnych kopalń („Andaluzja”, „Manifest Lipcowy” „Borynia”, „Morcinek”, itd.). W pewnym momencie ksiądz powitał także delegację „Konfederacji Polski Niepod…” i w trakcie wymawiania nazwy zagłuszyły jego głos trwające wiele minut oklaski. Niesamowicie gorące i rzęsiste oklaski. Wsparcie duchowe i moralne zupełnie niespotykane, porównywalne tylko z reakcjami społecznymi na mszach za Ojczyznę bł. ks. Jerzego Popiełuszki kapelana „Solidarności” i KPN.

Zrozumiałem, iż dla tych świadomych patriotów „Solidarność” jest sprawą praktycznie wygraną i że nadszedł czas na zmagania o Niepodległość. Po paru tygodniach zauważyłem ponadto, iż właśnie tam w Rybnickim Okręgu Węglowym narodziła się ogromna zdeterminowana kadra walki o Niepodległą Polskę. Nie miałem już od tamtej chwili najmniejszej wątpliwości, iż niebawem obalimy komunizm i wywalczymy wolność.

Zająłem się organizowaniem niezależnych obchodów zakazanego w PRL święta 11 listopada. Uroczystości po mszy św. w katowickiej Katedrze zgromadziły kilka tysięcy uczestników, były okolicznościowe przemówienia przedstawicieli wszystkich środowisk patriotycznych i gdy tylko uformował się pochód w kierunku rynku, niespodziewanie w tłum wjechały samochody MO (potrącając kilka dziewczyn, w tym i moją, poszkodowanych zawieziono na pogotowie), tajniacy SB-mani z kastetami zaczęli bić zgromadzonych a zwarte odziały ZOMO rozproszyły tłum i zepchnęły część opozycjonistów na schody Katedry.

ZOMO-wcy latali po ulicach Katowic bijąc w amoku nawet przypadkowych przechodniów. Znacznie mniej szczęścia mieli SB-mani, którzy na schodach katedry natrafili na rosłych górników oraz studentów instruktorów karate z KPN. Ponieważ zostaliśmy otoczeni na terenie świątyni, to nestor Wolnych Związków Zawodowych Kazimierz Świtoń przekształcił zgromadzenie w głodówkę protestacyjną z żądaniem ukarania komunistycznych zwyrodnialców oraz przywrócenia do pracy wszystkich szykanowanych górników, uczestników strajków na rzecz legalizacji NSZZ „Solidarność”. Ksiądz proboszcz Katery Henryk Zaganiacz pomimo przeciwdziałania biskupa (tajnego współpracownika SB) udzielił nam gościny. Wsparcie poszkodowanym 11 listopada 1988 r. wyrazili też uczestnicy pierwszego od 7 lat jawnego wiecu Niezależnego Zrzeszenia Studentów i KPN na terenie Uniwersytetu Śląskiego. W odpowiedzi na akcję studentów, którzy upublicznili obdukcje lekarskie propaganda PZPR twierdziła, iż cyt. „studenci pobili się sami…” Z Warszawy przybyli do głodujących Zofia i Zbigniew Romaszewscy. Bardzo rzadko ktokolwiek z elit opozycyjnych stolicy odważył się wtedy zajrzeć na „czerwony” Śląsk. Co charakterystyczne: w całym PRL niezależne obchody przebiegły spokojnie, tylko w Katowicach MSW zdecydowało się rozbić uroczystości święta Niepodległości. Po nagłośnieniu przez Radio Wolna Europa protestu głodowego w Katowicach, komunistyczne władze zobowiązały się przywrócić wszystkich górników do pracy. Było widać, że czerwoni słabną i ustępują pod presją świadomej części społeczeństwa.

6 lutego 1989 r. rozpoczął się trwający dwa miesiące spektakl telewizyjny z obrad „okrągłego stołu” w Warszawie czyli oswajanie społeczeństwa zaskoczonego współpracą części (ugodowej) władz Solidarności ze zbrodniarzami komunistycznymi. Ustaleń zawartych w Magdalence nie ujawniono ale zapowiedziano wspólne sprawowanie władzy i dalsze „reformowanie PRL”.
Odpowiedzią środowisk antykomunistycznych na porozumienie „okrągłego stołu” był Kongres Opozycji Antyustrojowej  zebrany 25 lutego 1989 r. w Jastrzębiu, przy tym samym kościele, który opisywałem na wstępie. W Kongresie Antyustrojowym wzięli udział przedstawiciele: Grupy Roboczej Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” wybrani w demokratycznych wyborach w 1981 (od zmowy w Magdalence Lech Wałęsa konsekwentnie odmawiał zebrania się władz statutowych „Solidarności” opierając się na „doradcach”), przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, konspiracyjnej Solidarności Walczącej Kornela Morawieckiego, Ruchu Wolność i Pokój, Polskiej Partii Niepodległościowej – Romualda Szeremietiewa, NZS, Federacji Młodzieży Walczącej oraz KPN. Pomimo zatrzymania przez SB-manów 2/3 delegatów tj. ponad 120 osób zebrała się reprezentatywna grupa 58 osób, która zadeklarowała, iż organizacje będą współpracować celem „zniesienie monopolistycznej władzy PZPR i doprowadzenia do pełnej demokracji politycznej i gospodarczej, do wolnych wyborów”. Podkreślono, że „kompromisy z komunistami, niezależnie od intencji tych, którzy je zawierają, służą jedynie podtrzymywaniu upadającego reżimu”.
4 czerwca 1989 odbyły się pseudowybory na zadekretowaną większość mandatów dla komunistów oraz wyraźną mniejszość miejsc przyznanych „z góry” dla kandydatów Komitetu Obywatelskiego „Solarności” Lecha Wałęsy. Opisałem to szczegółowo tydzień temu, a wystarczy tylko przypomnieć, iż jawnie nieuczciwe „wybory kontraktowe” zostały skutecznie przekształcone przez KPN w plebiscyt przeciwko aparatczykom PRL z „listy krajowej”. Jednak „drużyna Wałęsy” czyli eLyty zmowy z Magdalenki nie uznały woli narodu i bezprawnie wbrew większości głosujących, przyznali „prawo” PZPR do posiadania mandatów poselskich z odrzuconej przez naród „listy krajowej”. Ta bezprzykładna pogarda dla woli Polaków oraz prawa: konstytucji oraz ustawy „ordynacja wyborcza” były zapowiedzią stałych praktyk budowanego właśnie ustroju określanego jako postkomunizm czy III RPRL.

11 czerwca 1989 rzecznik rządu PRL, zwany ”Goebbelsem stanu wojennego” Jerzy Urban „poinformował naród” o zgodnej decyzji stron Okrągłego Stołu o… powierzeniu urzędu Prezydenta towarzyszowi pierwszemu sekretarzowi Komitetu Centralnego PZPR. Co ciekawe skompromitowany Jaruzelski wahał się widząc liczne demonstracje wszystkich środowisk porozumienia Opozycji Antyustrojowej (KPN, SW, FMW, NZS itp.) organizowane w całym kraju pod nośnym hasłem „Jaruzelski musi odejść” ! Władze zaczęły wysyłać znowu ZOMO do pacyfikowania na ulicach protestów społecznych. Doszło do tego, iż komuniści nie mogli być pewni głosów na zbrodniarza Jaruzelskiego nawet z własnych szeregów, a szczególnie partii „satelickich”. W takiej sytuacji oczywistego moralnie i polityczne wyzwania deklarację poparcia dla Jaruzelskiego zgłosiła niespodziewanie (UWAGA!) prawicowa część „drużyny Lecha Wałęsy”. To niesamowite, że renegaci „Solidarności” poparli w imiennym głosowaniu największego zbrodniarza komunistycznego od czasów Bieruta. Oprawcę żołnierzy Niezłomnych, robotników wybrzeża 1970 i stanu Wojennego – którego osobiście obciążają ofiary tysięcy Polaków zamordowanych na jego rozkaz.

19 lipca 1989 zostały przeprowadzone „wybory” przez Zgromadzenie Narodowe. Jedynym kandydatem na stanowisko prezydenta był Jaruzelski, który mimo licznej grupy zdrajców został wybrany przewagą najmniejszą z możliwych tj. zaledwie jednego głosu. O wyborze zdecydowała postawa „naszych elit”, rzekomo naszych. Rozpowszechniają ostatnio zdrajcy na swoje „usprawiedliwienie” teorię, iż to ambasadorzy krajów zachodnich rzekomo „zmusili” ich do głosowania na zbrodniarza… Nawet gdyby była to prawda, to rozumu i honoru nie znają?

Proszę spróbować znaleźć w internecie rzetelne informacje na powyższy temat, np. pełną listę nazwisk głosujących renegatów. Intrygi wokół „wyboru” Jaruzelskiego oglądałem osobiście na długotrwałej pikiecie KPN przed Sejmem. Podchodzili do mnie liczni parlamentarzyści „Solidarności” – znaliśmy się z opozycji. Opowiadali zatrwaające kulisy tej zdrady narodowej stulecia. Chwilę późnej na naszą pikietę napadła grupa (anty) terrorystyczna MSW, dotkliwie bijąc wiele osób w tym Wojtka Kempę z Siemianowic Śląskich. Na zakończenie tego czarnego dnia dla Polski, w Londynie, na wieść o wielkiej katastrofie ideałów wolności i solidarności, zmarł na zawał serca prezydent RP na Uchodźstwie Kazimierz Sabbat. Piękna, niezłomna, świadoma, wzorowa postać patrioty i żołnierza gen. Maczka. Całkowite przeciwieństwo elyt III RPRL. Miałem zaszczyt zostać przyjęty w 1987 roku przez Prezydenta Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Kazimierza Sabbata z oficjalnym protokołem głowy państwa jako emisariusz kierownictwa polskiej opozycji niepodległościowej do władz w Londynie. Twórcza, niezwykła rozmowa z depozytariuszem Drugiej RP, a zarazem najpiękniejsze przeżycie w moim „urzędowym” życiu.

Na wniosek Jaruzelskiego 12 września 1989 roku utworzono rząd koalicji komunistów z ekipą Komitetu Obywatelskiego Wałęsy z premierem T. Mazowieckim. Kluczowe stanowiska w rządzie sprawowali nadal zbrodniarze komunistyczni (MSW Kiszczak, MON Siwicki) oraz liczni jawni i tajni agenci SB.

Tadeusz Mazowiecki przyjął na rozmowę delegację kierownictwa opozycyjnej KPN bowiem jawnej opozycji politycznej do tego rządu ówcześnie praktycznie nie było. Przedstawiliśmy postulat „równouprawnienia partii politycznych, zaprzestania represji a w szczególności wyrażenia zgody na przydzielenie chociaż jednego lokalu na biuro”. Premier T. Mazowiecki z pełną szczerością wyśmiał postulat równouprawnienia oświadczając, iż „to PZPR mam we własnym rządzie a nie KPN”. Analizując powyższą rozmowę zostaliśmy zmuszeni do podjęcia wielkiej bitwy o elementarny pluralizm, o fundamenty demokracji. W urzędach miast złożyliśmy wnioski o przydział lokalu dla KPN, wszędzie oczywiście otrzymaliśmy odmowy.

W początku października 1989 r. zorganizowałem nowatorską akcję okupacji opustoszałego biura urzędu komunistycznego i przejęcia go na potrzeby KPN. Wybrałem siedzibę PRON, martwej atrapy Ruchu Odrodzenia Narodowego rzekomego poparcia dla stanu wojennego. Lokal o doskonałej lokalizacji przy Rynku w Katowicach, obok cukierni „Miś” przed urzędem miasta. Lokal około 40 m. kw. zajęliśmy bez problemu, a jedyny urzędnik uciekł w kilka sekund widząc rosłych górników z opaskami KPN. Dyżury rotacyjne prowadziło stale około 25 patriotów.

Postulaty dotyczące pluralizmu i Niepodległości wywiesiliśmy na frontowej szybie. Przez megafon non-stop wygłaszaliśmy przemówienia oraz emitowaliśmy piosenki antykomunistyczne. Władze przez kilka dni udawały, iż nas nie widzą, lecz gdy codziennie zbierał się spory tłum przed lokalem to zdecydowały się wysłać ZOMO. Milicjanci w obliczu świadomego zachowania tłumu skandującego hasła: „pachołki Moskwy, judasze, gestapo” itp. - mało energicznie „zdobywali” lokal, a gdy wreszcie udało im się dostać do środka to oficer (ten sam co dowodził pacyfikacją ZOMO podczas uroczystości 11 listopada 1988) przeprosił grzecznie, iż muszą zatrzymać nas i zawieźć na komendę wojewódzką do SB, ale Milicja „doskonale rozumie postulaty KPN demokratyzacji życia publicznego”… Po przybyciu do siedziby SB okazało się, iż ZOMO-wcy dosłownie zniknęli, a żaden funkcjonariusz tajnych służb nie chce nas przesłuchiwać. Szefowie SB rozpaczliwe wydzwaniali do centrali z pytaniem: „ jakie są instrukcje, co mamy robić w obecnej sytuacji?”.

Pułkownik bezpieki, zapoznany w stanie wojennym bandyta zwrócił się do mnie słowami: „Panie Adamie, niech Pan przejdzie po wszystkich pokojach i uspokoi swoich ludzi, że my demokratyzujemy się i naprawdę nie mamy żadnych złych zamiarów”… Zdumiony wykorzystałem okazję do swobodnej rozmowy z zatrzymanymi. Całkiem zszokował nas po chwili rzecznik prasowy Śląskiego KPN, który wykorzystał paraliż SB całkiem inaczej, znalazł otwarty pusty pokój i z telefonu SB łączył się z kolejnymi zachodnimi agencjami prasowymi relacjonując naszą akcję na rzecz równouprawnienia opozycji i krytykując rząd za wysłanie ZOMO. Wtedy wydawała mi się ta krytyka rządu odrobinę „na wyrost” bo mogła to być inicjatywa „lokalna”. Po latach przeczytałem relacje, iż rzeczywiście było to przedmiotem wielu obrad rządu, a na wysłanie ZOMO nalegali ministrowie z Komitetu Solidarności Wałęsy , natomiast szef MSW Kiszczak z rezygnacją zapewniał, iż „wobec KPN to i tak jest całkowicie nieskuteczne, trzeba by konkretniejszych działań”.

Zostaliśmy zwolnieni z siedziby SB na ul. Lompy po kilku godzinach bez żadnych formalności. Lokal PRON bronił całą noc szpaler ZOMO-wców. Ale następnego dnia gdy towarzysze się zmęczyli to wróciliśmy do … ponownej okupacji biura PRON. Po 2 tygodniach protestu władze ugięły się i wiceprezydent Katowic ze Stronnictwa Demokratycznego przydzielił dla wszystkich partii opozycyjnych tj. dla KPN i Stronnictwa Pracy K. Świtonia pokoje w opustoszałym budynku zrujnowanego 100letniego komisariatu plebiscytowego na ulicy Młyńskiej. Otworzyło to nam drogę do uzyskania lokali dla wszystkich organizacji niezależnych w całym PRL i pokazało skuteczną metodę na rozbijanie kolejnych filarów totalitarnego państwa. Komitetom PZPR trzeba będzie poświęcić kolejny odcinek dziejów dekomunizacji.
Adam Słomka,
z rodziny zaolziańskiej, jeden z przywódców walki o Niepodległość Polski,
poseł na sejm w latach 1991-2001, obserwator Rady Europy w Strasburgu ds. przestrzegania praw człowieka na Białorusi.
Obecnie organizator Legionu Polskiego we Lwowie dla pomocy naszej mniejszości i rodakom walczącym z agresją Rosji.

Nie przeocz

Musisz to wiedzieć

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Zakaz handlu w niedzielę. Klienci będą zdezorientowani?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Dekomunizacja kontra rekomunizacja. Felieton Adama Słomki - Dziennik Zachodni

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia