Generał Franciszek Kleeberg. Prymus na bocznym torze

Czytaj dalej
Fot. NAC
Wojciech Rodak

Generał Franciszek Kleeberg. Prymus na bocznym torze

Wojciech Rodak

W 1939 r. żołnierze SGO Polesie gen. Franciszka Kleeberga bili się dzielnie i poddali się Niemcom jako ostatni. Do kapitulacji zmusił ich dopiero brak amunicji.

We wrześniu 1939 r. II Rzeczpospolita waliła się pod ciosami Niemiec i Związku Sowieckiego. W kraju panowała panika. Pod naporem machiny wojennej III Rzeszy padały kolejne punkty oporu. Drogi były pełne przerażonych uchodźców i sfrustrowanych żołnierzy przegrywającej armii. Przedstawiciele najwyższych władz II RP mknęli szosą zaleszczycką w kierunku Rumunii. Szerzył się defetyzm. Tymczasem na Kresach, w całym tym chaosie, zorganizowała się Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie”. Mimo braku czołgów, małej ilości artylerii, braku lotnictwa i mocno ograniczonych zasobów amunicji jednostka ta kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Biła w polu zarówno Niemców, jak i Sowietów. Jej żołnierze, w obliczu braków materiałowych, musieli skapitulować w połowie bitwy, w której mieli dużą szansę triumfować. Złożyli broń jako ostatni oddział WP w całej kampanii. Ich dowódcą był gen. Franciszek Kleeberg.

Generał brygady Franciszek Kleeberg oddaje honorowy strzał z karabinka sportowego wz. 31 (koniec lat 30.)
domena publiczna Gen. Franciszek Kleeberg

Prymus na bocznym torze

Franciszek Kleeberg przyszedł na świat w 1888 r. w Tarnopolu. Pochodził z rodziny o silnych tradycjach wojskowych i patriotycznych. Od dziecka chciał iść w ślady ojca - rotmistrza dragonów c.k. armii. Już od 10. roku życia uczęszczał do kolejnych szkół wojskowych monarchii austro-węgierskiej. Miał świetne wyniki w nauce. Cieszył się też opinią wybitnego artylerzysty. W 1914 r. przeszedł swój chrzest bojowy. Brał udział w dwóch niezbyt udanych i krwawych ofensywach Austro-Węgier na Serbię. Rok później przeniósł się na ziemię ojców. Służył najpierw w Legionach Polskich, potem w tzw. Polonische Wehrmacht i wreszcie w armii odrodzonej Rzeczypospolitej. W 1918 r. brał udział w obronie Lwowa. Za zasługi i bohaterstwo podczas walk otrzymał order Virtuti Militari. Wojnę polsko-bolszewicką zakończył w stopniu pułkownika. Potem nadal edukował się w kraju i za granicą. W 1925 r. ukończył Wyższą Szkołę Wojenną w Paryżu, której dyplom otwierał mu drogę do generalskich szlifów.

Wtedy jednak dokonał wyboru, który mocno spowolnił jego błyskotliwą karierę i zepchnął go na boczny tor w świecie najwyższych oficerów II RP. W czasie zamachu majowego bez wahania opowiedział się po stronie rządu. Dlatego potem sanacyjni dostojnicy traktowali go z daleko posuniętą nieufnością. Sytuacji Kleeberga nie poprawiało to, że przyjaźnił się z wielkim wrogiem piłsudczyków gen. Władysławem Sikorskim. Mimo to, dzięki wytężonej pracy, w 1928 r. wreszcie został awansowany na generała brygady.

Generał brygady Franciszek Kleeberg oddaje honorowy strzał z karabinka sportowego wz. 31 (koniec lat 30.)
NAC Komendant Wyższej Szkoły Wojennej, płk Louis Faury w towarzystwie płk. Franciszka Kleeberga (w środku) i mjr. Pilleganda (stoi) (1926 r.)

Był to jego ostatni awans w II RP. Później już tylko odbijał się od szklanego sufitu, którego nie przebił nawet swoim ponadprzeciętnym zaangażowaniem jako dowódca, kolejno, 29. Dywizji Piechoty, Okręgu Korpusu nr III w Grodnie i Okręgu Korpusu nr IX w Brześciu nad Bugiem (były to przedwojenne odpowiedniki okręgów wojskowych). Szczególnie dwie inicjatywy Kleeberga z tego okresu zasługują na wzmiankę.

Ówczesny plan obrony Polski na wypadek inwazji Niemiec nie przewidywał, że położone daleko na wschodzie Polesie może się stać areną bezpośredniej walki z agresorem. Generał Kleeberg nie podzielał optymizmu swoich przełożonych. Z własnej inicjatywy przygotował plan działania na taką ewentualność. Co więcej, prowadził gry wojenne, których scenariusz przewidywał obronę regionu przed atakiem wojsk III Rzeszy.

Ponadto generał lobbował o ustanowienie stałych składów osobowych sztabów w korpusów, armii i frontów. Argumentował, że oficerowie, którzy zetkną się ze sobą pierwszy raz w walce lub parę dni przed nią, nie stworzą zgranego zespołu.

- Dowódca wielkiego zgrupowania wojsk musi znać chociaż częściowo swój teren i zadanie. Musi zgrać i wyszkolić swój sztab, przyzwyczajając go do współpracy ze sobą, musi poznać oddziały, którymi będzie walczył - wspominał słowa Kleeberga jeden z jego współpracowników. - Musi wreszcie znać kadrę oficerską do szczebla dowódcy kompanii, aby wiedzieć, czego i od kogo można oczekiwać.

Generał napisał nawet w 1937 r. memoriał w tej sprawie, który wręczał odpowiedzialnym za wojsko przedstawicielom władz. Niestety, jego sugestie zostały kompletnie zignorowane. Może gdyby go posłuchano, kampania wrześniowa przybrałaby inny obrót.

Generał brygady Franciszek Kleeberg oddaje honorowy strzał z karabinka sportowego wz. 31 (koniec lat 30.)
NAC Generał brygady Franciszek Kleeberg oddaje honorowy strzał z karabinka sportowego wz. 31 (koniec lat 30.)

W pierwszej połowie września 1939 r. wojska polskie cofały się w rozsypce pod naporem niemieckiego blitzkriegu. Nie udało im się zatrzymać nieprzyjaciela na tak zwanej ostatecznej linii obrony - na Narwi, Bugu, środkowej Wiśle i Sanie. Wehrmacht rozpoczął operację okrążającą, zamykając swoje kleszcze od północy i od południa nad Bugiem. Sytuację pogorszyło to, że czołgi gen. Heinza Guderiana skierowały się na wschód, w kierunku twierdzy w Brześciu nad Bugiem. Scenariusz z gier wojennych Kleeberga, do niedawna tak nierealny dla decydentów z Warszawy, stał się faktem.

9 września naczelny wódz polecił szefowi OK IX przygotowanie obrony na linii Brześć - Pińsk oraz podporządkowanie sobie drobnych grup żołnierzy z rozbitych oddziałów, które wycofywały się na wschód.

Generał podjął się tego z właściwą sobie energią, choć zadanie, które przed nim stało, nie było łatwe. Większość oddziałów, którymi dysponował, obsadzała twierdzę brzeską. Tak więc, żeby utworzyć linię obrony na wschód od niej, musiał w ciągu kilku dni sformować nowe jednostki. I to mu się udało.

W rejon Kobrynia ściągnięto zapasowe pułki piechoty. Stan tworzonego naprędce oddziału ciągle rósł wskutek nieprzerwanego napływu żołnierzy z jednostek rozbitych na zachodzie kraju. Tak początki Zgrupowania "Kobryń" wspominał jego dowódca płk Adam Epler:

Nowa dywizja powstawała w oczach, z godziny na godzinę. Nawet broń przyszła nagle, niespodzianie: przywiozły ją autobusy warszawskie wypełnione po brzegi ewakuowanymi z Dęblina i ckm-ami, rkm-ami, moździerzami, pistoletami. Było jej aż za dużo. (…) Dochodziły do dywizji oddziały artylerii, saperów, łączności, oddziały specjalne, służby, tabory, samochody. Meldowali się oficerowie przydzieleni przez generała na stanowiska w sztabie. Zaczęła się tworzyć dywizyjna kawaleria.

Największym zmartwieniem Kleeberga była mała liczba armat, w tym dział przeciwpancernych, i niewielkie rezerwy pocisków artyleryjskich i amunicji.

O ile zaopatrzenie w ciężki sprzęt wojenny stanowiło dla obrońców Polesia problem, to sprzyjała im przyroda. Porośnięta lasem równina, niemal pozbawiona dróg bitych, a za to pełna rzek i bagien, była terenem skutecznie utrudniającym wykorzystanie przewagi broni pancernej.

Do pierwszych walk polskich piechurów z niemieckimi zagonami doszło 14 września. Jednak szczyt bitwy o Kobryń przypadł na 17-18 września. Zacięte boje toczyły się przeważnie w bagiennych lasach, gdzie, jak pisał jeden ze świadków, „każdy twardszy kawałek terenu stawał się twierdzą”. W tych warunkach oddziały Guderiana, które posiadały samochody pancerne i ponad dziesięciokrotną przewagę w liczbie dział, ustąpiły pola zawziętym Polakom.

Tymczasem 17 września do Polski wkroczyli Sowieci. Dwa dni później do generała dotarł rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego, nakazujący wycofanie się w kierunku Rumunii i Węgier, unikając starć z Armią Czerwoną. Kleeberg jest subordynowanym żołnierzem – wierne mu oddziały wycofują się z pozycji na Polesiu i kierują na południe.

Generał brygady Franciszek Kleeberg oddaje honorowy strzał z karabinka sportowego wz. 31 (koniec lat 30.)
Domena publiczna Polski ułan z atrapą imitującą karabin UR[1] według Instrukcji o noszeniu, troczeniu i pakowaniu wyposażenia kawalerii z 1938

Major Gr. i inżynier W.

Opuszczając poleskie bagna, gen. Kleeberg polecił rozpoczęcie na tych terenach szeroko zakrojonej akcji dywersyjnej. Chciał możliwie jak najmocniej utrudnić działanie Wehrmachtowi i Sowietom, a przede wszystkim powstrzymać ich ewentualny pościg. W instrukcji zalecał „napadanie na pojedynczych żołnierzy, transporty żywności i amunicji itp.”. Niestety dziś nic nie wiemy o powodzeniu tej operacji.

Większą wiedzę mamy o dwóch większych oddziałach specjalnych na rozkazach Kleeberga. Oddajmy głos płk. Eplerowi:

Ostatnie dni przyniosły nam znowu dowody naszej olbrzymiej żywotności narodowej. Napotkaliśmy dwa nasze oddziały dywersanckie. Jeden z nich dowodzony przez znanego nam majora Gr., drugi przez inżyniera z Genewy, p. W. Oba – każdy w sile kilkudziesięciu ludzi – grasowały na tyłach niemieckich i sowieckich, niszczyły mosty, mordowały żołnierzy, niszczyły nawet samotne wozy pancerne i czołgi. Dawaliśmy im środki do walki i pomagaliśmy razem z ludnością cywilną. Pracowały jeszcze bardzo długo po złożeniu przez nas broni.

Pierwszy z tajemniczo zaanonsowanych panów to major Adam Remigiusz Grocholski ps. „Brochwicz”. Był później z pewnością jedną z największych osobowości polskiego podziemia. Jakiś czas szefował nawet organizacji dywersyjnej „Wachlarza”. Poza tym w czasie powstania warszawskiego był komendantem AK dzielnicy Dolny Mokotów.

Druga postać to inżynier-wynalazca Stefan Witkowski. W wielu miejscach jego biografię spowija mgła tajemnicy. Rzeczywiście przed wojną mieszkał w Genewie. Prawdopodobnie był agentem dwójki. Przeczuwając wybuch wojny wrócił do kraju i możliwe, że brał udział w obronie Warszawy. Potem, wg. teorii autora „Świata Muszkieterów” Jerzego Rostkowskiego, miał na czele oddziału dywersyjnego, wyposażonego w słynne przeciwpancerne karabiny kb Ur, polować na niemieckie czołgi operujące na Lubelszczyźnie. Prawdopodobnie brał także udział we wszystkich ostatnich walkach zgrupowania gen. Kleeberga. Dowodem na wysoką efektywność jego działań ma być, wg. Rostkowskiego, wniosek o przyznanie mu orderu Virtuti Militari złożony przez płk Eplera. Pewne jest natomiast, że już w październiku 1939 roku Witkowski rozpoczął tworzenie własnej organizacji podziemnej o nazwie „Muszkieterzy” (więcej pisaliśmy o niej w numerze „NH” z lutego 2015 r.).

RWD cerowany płótnem

22 września gen. Kleeberg postanowił zmienić kierunek marszu. Stracił łączność z centralnym dowództwem, a Armia Czerwona zdradzała raczej wrogą postawę. Wobec tego zdecydował skierować się na południowy-zachód i ruszyć na odsiecz oblężonej Warszawie.

W czasie pochodu przez region zamieszkany głównie przez ludność białoruską i żydowską, nastawioną często przychylnie do Sowietów, wojska polskie nierzadko spotykały się z wrogością. Zdarzały się strzały zza węgła, zabójstwa pojedynczych żołnierzy. W terenie działały liczne „czerwone” bandy zbrojne. Do tego na drogach panował ścisk. Masy obładowanych dobytkiem uchodźców mieszały się z żołnierzami.

Tymczasem pod rozkazy Kleeberga przyłączały się kolejne ocalałe z wrześniowego pogromu oddziały WP. Samodzielna Grupa Operacyjna „Polesie”, bo tak wtedy generał zaczął nazywać swoją grupę, liczyła już kilkanaście tysięcy żołnierzy. Oprócz „Kobrynia” płk. Eplera należały do niego m.in. zgrupowanie „Brzoza” (pod dowództwem Czecha, płk. Ottokara Brzozy-Brzeziny), dywizja kawalerii „Zaza”, Podlaska Brygada Kawalerii, a także dość osobliwa eskadra rozpoznawcza pod dowództwem por. Edmunda Piorunkiewicza, zwanego „ostatnim lotnikiem 1939 roku”. Oto opis jego brawurowych wyczynów pióra płk. Eplera:

Piorunkiewicz znalazł się gdzieś pod Włodawą czy Małkinią. Latał na szkolnym RWD, zbrojny tylko w swój pistolet. Rozpoznawał kolumny i skupiska bolszewickie i niemieckie, przepędzany niemiłosiernie przez opancerzone samoloty nieprzyjacielskie. Po każdym lądowaniu zaklejał niezliczone dziury w płatach, kadłubie, a nawet siedzeniu pilota. Naprawy uskuteczniał płótnem wiejskich gospodyń. Nie wiadomo jakim cudem wychodził ze wszystkich opresji i nieraz zdawało się - gdy przyciśnięty do ziemi musiał lądować – że spod gruzów samolotu wyciągniemy tylko zwłoki dzielnego pilota.

„U was sami amerykanie...”

27 września SGO „Polesie” dociera do Włodawy. Tego samego dnia kapituluje Warszawa. Gen. Kleeberg znów zmienił plany. Postanowił przedrzeć się ze swoją grupą w rejon Gór Świętokrzyskich, by w tamtejszych kompleksach leśnych prowadzić działania partyzanckie. Po drodze chciał zdobyć więcej broni i amunicji w np. w wojskowych magazynach w Dęblinie. Grupa rozpoczęła marsz na zachód.

W ostatnich dniach września zgrupowanie „Kobryń” dwa razy rozgromiło Sowietów – pod Milanowem i Puchową Górą. Pojmano wielu jeńców. Polacy nie mieli co z nimi zrobić, więc zaproponowali, że pozwolą im wrócić do ojczyzny. Byli bardzo zdziwieni faktem, że tamci „zaczęli błagać, by ich nie odsyłać”.

- Zaczęły się skargi na stosunki w ZSRS i w wojsku. Opowiadali o nędzy i złym traktowaniu – wspominał Epler – Dopiero po wejściu do Polski zobaczyli, jak inni ludzie żyją: „u was są sami amerykanie; każdy ma chałupę, ziemię, nawet dachy na domach są całe.”

Koniec końców zaufano im. Wcielono ich w szeregi zgrupowania „Kobryń”. Walczyli u boku Polaków aż do kapitulacji pod Kockiem.

Ostatnia bitwa

Na początku października rozpoznanie SGO „Polesie” natknęło się w okolicach Kocka na awangardę 13. Dywizji Zmotoryzowanej Wehrmachtu. Gen. Kleeberg musiał podjąć bitwę – wróg zagradzał mu drogę do dęblińskiej składnicy uzbrojenia, a jego zapasy amunicji były na wyczerpaniu.

Przez pierwsze dwa dni Polacy byli w ofensywie. Trzon oddziałów atakujących stanowiło zgrupowanie „Brzoza” dowodzone przez płk. Ottokara Brzozę-Brzezinę. Udało im się zadać Niemcom ciężkie straty, pomimo ich zdecydowanej przewagi ogniowej i sprzętowej. Do niewoli wzięto, wg meldunków płk. Brzozy-Brzeziny, kilkuset jeńców. Ponadto, co należy uznać za spory sukces, zniszczono około 100 czołgów i pojazdów opancerzonych.

4 października oddziały gen. Kleeberga zaczęły się przegrupowywać i przeszły do obrony zdobytych pozycji. Polacy nie ustąpili pod silnym ogniem artyleryjskim Wehrmachtu.

Tymczasem do sztabu SGO „Polesie” nadszedł meldunek, że od północy zbliża się kolejna niemieckie dywizja zmotoryzowana. By uniknąć walki na dwa fronty, zdecydowano się przeprowadzić zmasowane natarcie na osłabioną 13. Dywizję.

Najcięższe walki 5 października rozegrały się w Woli Gułowskiej i jej okolicach. Uczestniczył w nich Marian Brandys, znany pisarz i reportażysta. Oto jego relacja:

Poczęliśmy biec szeroką tyralierą oficerską – jak naganiacze w myśliwskiej nagonce – potrząsając pistoletami i obłędnie wrzeszcząc. Przestaliśmy się kryć przed kulami. Przestaliśmy w ogóle myśleć. Ogarnięci smokiem bitwy, ogłuszeni hukiem wystrzałów i własnym wrzaskiem – przez pot zalewający oczy widzieliśmy już tylko biały kościół, który mieliśmy zdobyć.
Jak później pisał, ich atak powiódł się. W obawie przed starciem na bagnety Niemcy przenieśli stanowiska swych karabinów maszynowych. Jednak nie dane było kleeberczykom długo cieszyć się sukcesem. Znów oddajmy narrację Brandysowi:
Pierwsza salwa artyleryjska wyzwoliła całą utajoną orkiestrę. Rozryczały się działa, rozterkotały karabiny maszynowe, zaniosły się jazgotem miotacze min. Niebo nad nami pękało. Walił się świat. Biegliśmy i padaliśmy. Mózgi nasze przeniosły się do nóg. Kolana same zginały się, prostowały. Biegliśmy i potykaliśmy się o trupy. Strzelano do nas z trzech stron – z niemieckiej i z dwóch skrzydeł polskich. Ryliśmy palcami ziemię, wcieraliśmy się w nią brzuchami, żeby nie było nas widać.

Decydującym momentem walk o wieś był szturm polskiej piechoty, która zaszła Niemców z flanki, od strony lasu. Oto jak relacjonował to starszy ułan Marian Dominiak:

Widzę ich tak, jakby to było wczoraj, jak wyskoczyli z lasu, długo biegnąc i krzycząc: hura! hura! Ginęli jak muchy w nawale ognia moździerzy i karabinów maszynowych, parli jednak do przodu obok ułanów, aż do zwycięstwa. Niemcy w popłochu wycofali się daleko za klasztor, pozostawiając wielu zabitych i rannych. Widzę ich tak, jakby to było wczoraj, jak wyskoczyli z lasu, długo biegnąc i krzycząc: hura! hura! Ginęli jak muchy w nawale ognia moździerzy i karabinów maszynowych, parli jednak do przodu obok ułanów, aż do zwycięstwa. Niemcy w popłochu wycofali się daleko za klasztor, pozostawiając wielu zabitych i rannych.

Żołnierze Kleeberga triumfowali. Sprzętową przewagę Niemców niwelowali przemyślaną taktyką i bojowym duchem. Tego dnia wypchnęli 13. Dywizję z Charlejowa, Adamowa, Helenowa i Czarnej. Dowódca SGO „Polesie” wiedział, że ma Niemców na widelcu i może rozbić ich w puch. Niestety właśnie wtedy otrzymał meldunek o zupełnym wyczerpaniu się zapasów amunicji…

„By nie przelewać krwi...”

6 października 1939 r. dowódca SGO „Polesie”, po długich wahaniach, zdecydował się skapitulować. – Przywilejem dowódcy jest brać odpowiedzialność na siebie. Dziś biorę ją w tej najcięższej chwili – każąc zaprzestać dalszej be z celowej walki, by nie przelewać krwi żołnierskiej nadaremnie – napisał w pożegnalnym rozkazie - Dziękuję Wam za Wasze męstwo i Waszą karność – wiem, że staniecie, gdy będzie trzeba. Jeszcze Polska nie zginęła. I nie zginie!

Niemal 17 tys. ostatnich polskich żołnierzy kampanii wrześniowej poddało się na warunkach honorowych. Wszystkim oficerom pozwolono zachować kabury z pistoletami. Dowódcy Wehrmachtu chwalili gen. Kleeberga mówiąc, że „jego żołnierze walczyli jak Niemcy”.

Tak zakończyła się epopeja jednej z nielicznych jednostek armii polskiej, która w 1939 r. skutecznie stawiała czoło niemieckiej machnie wojennej. Sukcesy te budzą tym większy respekt, że dokonała ich armia stworzona naprędce w chaosie wyraźnie przegrywanej kampanii, w dodatku bez czołgów, bez lotnictwa i z nieliczną artylerią. Możemy sobie teraz tylko zadawać pytania, co by było gdyby przełożeni wysłuchali przed wojną gen. Kleeberga i przygotowali Polesie na inwazję z zachodu? Co by było, gdyby jego grupa operacyjna dysponowała większymi rezerwami nabojów i amunicji artyleryjskiej? Czy osiągnęłaby wyznaczone cele? Dziś pozostaje nam tylko już tylko historyczne gdybanie.

Wojciech Rodak

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

spokojny

Nie dość, że „udowodniliśmy”, że wygraliśmy sierpień 44 to teraz chcemy „udowodnić”, że wygraliśmy też wrzesień 39? Armia polska została rozbita już w pierwszych dniach września a „w połowie września” oddziały już się tylko, mniej czy bardziej chaotycznie, cofały. Wkroczenie Sowietów 17-go września niczego już nie zmieniało w całkowicie przegranej kampanii wrześniowej.

radkoz2009

Podobno w Polce brak dzisiaj autorytetów moralnych, a tu proszę bardzo .... . Postępujmy w życiu codziennym jak on na wojnie. I tak będzie nam dzisiaj łatwiej.

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.