Zuzanna Wierus

Grzeszni biskupi. Pasterze, dla których owieczki były łupem

Śmierć, Biskup i Kardynał - fragment jednego z tańców śmierci Fot. Wikimedia Commons Śmierć, Biskup i Kardynał - fragment jednego z tańców śmierci
Zuzanna Wierus

W historii Polski nie brakowało purpuratów, których biografie dowodziły zamiłowania do seksu, władzy, pieniędzy i intryg. Obca im natomiast była ewangeliczna pokora

Kiedy rozważamy kwestię nie do końca poprawnych politycznie pasterzy Kościoła w Polsce, jako pierwszy przychodzi nam na myśl oczywiście biskup Stanisław ze Szczepanowa, później ogłoszony świętym. Trzymający pieczę nad diecezją krakowską biskup wszedł w zatarg z ówczesnym władcą Bolesławem Śmiałym. Choć do tej pory dokładnie nie wiadomo, o co poszło między szanownym władcą a czcigodnym duszpasterzem Krakusów, biskup musiał nieźle nabroić, skoro skazano go na jedną z najbardziej haniebnych kar, zwaną z łacińska obtruncatio (ucięcie członków). I mimo że perspektywa takiej kary z całą pewnością mogła powstrzymywać działania niepokornych duchownych, biskup Stanisław w swojej buntowniczej postawie miał co najmniej kilku godnych następców.

Nie ma na świecie niebezpieczniejszego odeń człowieka

tak o biskupie Janie Muskacie pisał w 1306 r. prepozyt sandomierski Zdzisław. Nie był zresztą odosobniony w tej opinii - nie do końca zgodną z nauką Kościoła postawę biskupa potwierdza także „V Katalog biskupów krakowskich", w którym przedstawiono Muskatę jako krwiożerczego wilka z biskupim pastorałem w paszczy.

Ponura sława Muskaty

Na palcach jednej ręki można wymienić wszystkich duchownych w historii średniowiecznej Polski, którzy budzili wśród wiernych (i nie tylko) tak wielki postrach. Muskata zapowiadał się na jednego z najzdolniejszych biskupów krakowskich swoich czasów. I jednego z najprzebieglejszych polityków - popierał działania niemieckiego mieszczaństwa, które dążyło do połączenia polski ze stale germanizującym się Królestwem Czeskim - najpierw pod władzą dynastii Przemyślidów, a później Luksemburgów.

Robił wszystko, żeby zaszkodzić młodemu królowi Władysławowi Łokietkowi i uprzykrzyć życie przełożonemu - arcybiskupowi Jakubowi Śwince. Nikt nie miał żadnych wątpliwości: Jan Muskata był absolutnym zaprzeczeniem wszystkich wartości, które powinien głosić jako katolicki biskup.

Jan Muskata przez wiele lat przebywał w Watykanie. Dał się poznać papieżowi jako tak zdolny i uczony człowiek, że ten powierzył mu odpowiedzialną funkcję poborcy świętopietrza z terenu całej ówczesnej Polski. Nadanie tak ważnego tytułu jeszcze bardziej go ośmieliło - około 1292 r. Muskata został kapelanem króla Czech Wacława II z dynastii Przemyślidów. Muskata wiedział, co robi - przedstawiciel słynnego rodu właśnie zajął Małopolskę i zaczął się przymierzać do koronacji na polskiego króla.

Szczególne oddanie czeskiemu z po-chodzenia władcy wkrótce zaprocentowało - pod naciskiem pretendującego do polskiej korony Wacława II krakowscy kanonicy jednogłośnie wybrali Muskata na biskupa Krakowa. To otworzyło mu drogę do stania się drugą osobą w polskim Kościele zaraz po arcybiskupie gnieźnieńskim.

Za rządów Wacława biskupowi Janowi wiodło się dobrze i coraz lepiej - w 1301 r. król wysłał go wraz ze swoim synem na Węgry, aby tam pilnował młodocianego księcia, który w zamyśle ojca miał zostać następnym królem Węgier. Te plany pokrzyżował im jednak papież Bonifacy VIII, przeciwny czeskiej sukcesji na Węgrzech. Ku swemu wielkiemu niezadowoleniu Muskata musiał wrócić do Małopolski i zadowolić się nękaniem przeciwników politycznych. Dopóki żył Wacław II, przebiegły biskup nie musiał bać się nikogo - nie przejmował się nawet swoim bezpośrednim przełożonym, arcybiskupem gnieźnieńskim Jakubem Świnką, który oskarżał go o przekupstwo, nielegalne objęcie stolicy biskupiej i nieposłuszeństwo. Powszechnie było także wiadomo, że Muskata był wyjątkowo niedbałym duszpasterzem. Zaniedbywał obowiązki wizytacyjne i liturgiczne, nie mógł także wysiedzieć na nabożeństwach.

Niestety protektorowi Muskaty nie udało się pożyć zbyt długo. Kiedy Wacław II, a niedługo po nim także jego syn zmarli, Janowi Muskacie przyszło zetrzeć się z jego następcą Władysławem Łokietkiem. Co skwapliwie wykorzystał jego przełożony Jakub Świnka - przejął stery w krakowskiej diecezji, oczyścił ją ze wszystkich popleczników Muskaty, a na koniec wznowił proces kanoniczny przeciwko Muskacie. Który właśnie przymierzał się do rzucenia klątwy na Łokietka. Niestety, najpierw sam został wyklęty - w rzucaniu kościelnych anatem ubiegł go przełożony, arcybiskup Jakub Świnka.

Postępki, o które oskarżono Jana Muskatę, długo by wymieniać. Grzesz¬ny biskup miał ponoć wydawać wyroki śmierci, zanadto obciążać dobra kościelne i klasztorne, bezcześcić cmentarze, a nawet... więzić ludzi w kościołach. To jednak jeszcze nie wszystko. Do wyżej wymienionych wykroczeń przeciwko prawom kościelnym należy dodać tak¬że te cywilne: rabowanie i niszczenie kraju, wywołanie zgorszenia dyspensą od postu oraz dążenie do usunięcia z urzędów Władysława Łokietka i Polaków pełniących wysokie stanowiska.

Miał planować wprowadzenie na ich miejsce cudzoziemców. Świadkowie procesu zbuntowanego sługi Kościoła zeznali podobno, że biskup Muskata przekazał swoim poplecznikom topór, mówiąc: „Macie tu klucz św. Piotra, który otworzy wam kościoły". Ten mało typowy klucz miał być przepustką do wszystkich miejsc, w których władzę dzierżyli Polacy, zwolennicy Władysława Łokietka.

Proces wszczęty przez arcybiskupa Świnkę udał się lepiej, niż można było przypuszczać: biskup Muskata został zawieszony w pełnieniu kościelnych obowiązków i ekskomunikowany. Zakazano mu także pełnienia kapłańskiej posługi. Wyrok na Muskatę miał z całą pewnością charakter polityczny, co potwierdziło późniejsze aresztowanie go przez straże Władysława Łokietka. Jan Muskata ostatecznie został oczyszczony ze wszystkich zarzutów przez legata papieskiego Gentilisa. Kto zawinił na-prawdę? Tego już nigdy się nie dowiemy...

Wątpliwy pasterz Grot

Jan Muskata bywał nie tylko oskarżanym, lecz także oskarżającym. Już jako poborca świętopietrza miał do czynienia z biskupem równie niereformowalnym jak on sam. Biskupa Jana Grota, bo to o nim mowa, kolega po fachu Jan Muskata wielokrotnie oskarżał o sprzeniewierzanie zbieranych w ramach papieskiej kolekty pieniędzy. Nie do końca słusznie, ponieważ biskup Jan Grot zebrane pieniądze pokornie wysyłał do ich adresata.

To, że do niego nie docierały, okazało się sprawką biskupich wysłanników, którzy po prostu przywłaszczali sobie zebrane na rzecz papieża pieniądze. Niestety nie wszyscy chcieli Grotowi uwierzyć w to, że nie tylko nie przywłaszcza sobie zebranego świętopietrza, ale też sam jest regularnie okradany. Niesłuszne zarzuty doprowadziły do ostrego sporu z kolektorem i nuncjuszem papieskim w Polsce Piotrem z Alwerni, który wprost oskarżał go o rabunek dóbr kościelnych. Jednak nie tylko w kwestiach finansowych potrafił się zbuntować. Przeciwstawiał się bowiem także polityce króla Kazimierza Wielkiego, który zbyt łagodnie traktował panoszących się w kraju Krzyżaków.

W 1334 r. posunął się nawet do rzucenia klątwy na króla i nałożenia interdyktu na diecezję. Konflikt między oboma panami narastał, ponieważ król w odwecie postanowił się poskarżyć na biskupa Grota jego najwyższemu przełożonemu - papieżowi Janowi XXII. Oskarżył go m.in. o malwersacje finansowe przy nadawaniu beneficjów kościelnych, rzucenie klątwy, która odwodzi jego poddanych od posłuszeństwa, zdradę tajemnic państwowych i cudzołożne życie.

Papież oczywiście skarcił nieco niepokornego biskupa, jednak nie nałożył na niego nadmiernie surowych kar. I tym samym nie udało mu się powstrzymać dalszego rozwoju konfliktu, biskup bowiem, przekonany o wyższości władzy kościelnej nad świecką, nadal pozwalał sobie na wiele. Posunął się nawet do tego, że gdy obłożony ekskomuniką król Kazimierz Wielki wszedł do katedry, przerwał nabożeństwo.

Zdarzyło mu się także, w celu uwolnienia swojego sługi więzionego przez straż królewską, wtargnąć zbrojnie na zamek, znieważając przy tym królewską małżonkę Aldonę. Papież i kuria biskupia, chcąc uniknąć ostrego konfliktu pomiędzy państwem a Kościołem, ostatecznie zmusili biskupa Grota do złożenia oficjalnych przeprosin.

Biada tobie, Pawle nieboże!

Biskup Jan Grot nie był oczywiście jedynym duchownym oskarżanym w średniowieczu o rozpustę. Najbardziej czarnym PR-em mógł się poszczycić jeden z biskupów (a jakże!) krakowskich Paweł z Przemankowa, który według miejskiej legendy spisanej przez Lucjana Siemieńskiego w drugiej połowie XIX w. miał... porwać zakonnicę z klasztoru na Skale, a następnie przetrzymywać ją na swoim dworze.

Legenda mówi, że niefrasobliwy biskup usłyszał głos z nieba, który pouczał go w związku z popełnionym przeciw prawu boskiemu czynem: „Biada tobie, Pawle nieboże, i lepiej, żebyś się był na świat nigdy nie rodził. Biada tobie biskupie, boś wziął i zabił; co ludzie rozumieli o owej mniszce ze Skały, co ją był wziął z klasztora: i płodząc z nią niecnotę, duszę jej zabił".

Słowa Siemieńskiego potwierdza także jego kolega po fachu kronikarz Jan Ptaśnik: „[Paweł z Przemankowa] znany był z rozwiązłości swego życia. Cały harem na biskupstwie utrzymywał, a nawet z klasztoru w Skale porwał zakonnicę i włączył ją do swego haremu". Nie było to jednak jego jedyne przewinienie - podobnie jak jego poprzednicy biskup Paweł wadził się z władzą, na królów narzucał interdykty i kolaborował z Czechami. Te wszystkie popełnione przez biskupa wykroczenia złożyły się na jego trzykrotne pobyty w więzieniu.

Także wspomnianemu wyżej Janowi Muskacie podobno nieobce były grzeszne myśli. Wedle spisanych podczas procesu biskupa zeznań jednego z wikariuszy Muskata miał mieć romans z córką wójta sądeckiego Gerussą.

Jednak nie tylko biskupi czasów średniowiecza i wczesnego renesansu bywali trudni we współpracy. Także późniejszym pokoleniom diecezjalnych pasterzy zdarzało się buntować przeciwko prawom państwa i Kościoła. „A biskupi szaleją. Niedługo czekaliśmy na skutki konkordatu, owego niepoczytalnego konkordatu, dającego biskupom przywileje, jakich nie mieli w Polsce nawet w średniowieczu, konkordatu, który czyni z nich wyłącznie przedstawicieli Rzymu, luźnie związanych z naszym społeczeństwem, czujących się ponad naszym prawem" - tak o panującej za czasów II RP sytuacji pisał Tadeusz Boy-Żeleński pod koniec 1931 r. w „Wiadomościach Literackich" w artykule z cyklu noszącego znamienny tytuł „Nasi okupanci".

To prawda, biskupi w czasach II RP pozwalali sobie na bardzo wiele, byłoby im jednak łatwiej zapanować nad krajem, gdyby nie trafili na oponenta w osobie marszałka Piłsudskiego.

Gall nie-anonim

Jednym z największych konfliktów czasów II RP na linii państwo - Kościół była awantura o... pogrzeb. Nie byle jaki zresztą, bo ewangelicki. Biskup Stanisław Gall (nazwisko oryginalne: Gała) przez wiele lat pełnił funkcję biskupa polowego Wojska Polskiego. Jego kadencja zakończyła się niespodziewanie w 1933 r., wtedy bowiem doszło do pewnego incydentu, który zaowocował odwołaniem biskupa z pełnionego przez niego urzędu.

Miało to związek z pogrzebem ministra oświaty Sławomira Czerwińskiego, ewangelika i (podobno) masona - biskup odmówił przejścia w uroczystym kondukcie żałobnym. Sprawę tę bardzo szczegółowo zrelacjonował pułkownik Sokołowski, który z polecenia marszałka Piłsudskiego kilkakrotnie nawoływał, aby biskup zrzekł się swojej funkcji, ponieważ marszałek w praktyce już go nie uznaje na tym stanowisku".

Gdy po kolejnej odmowie bp. Galla zakomunikowano o niej Piłsudskiemu, ten bez ogródek powiedział:

No, to zastosujemy z konieczności skuteczną szykanę

Jak powiedział, tak też uczynił, wobec niefrasobliwego duchownego zastosował jedną z najdotkliwszych kar: obciął mu całą pensję. Co poskutkowało natychmiastowym ustąpieniem z urzędu. Pogrzeb ministra Czerwińskiego był jednak tylko pretekstem do odwołania bp. Galla, ponieważ już wcześniej miał o nim niezbyt dobre mniemanie.

Opisując Galla nuncjuszowi apostolskiemu Francesco Marmaggiemu, mówił: „Był nierobem. Pełen intrygi świństw". Takie stanowisko marszałka wynikało chyba jednak ze zwykłej niechęci do kleru, bowiem w przemówieniu do księdza Galla przed powołaniem go na urząd biskupi wystawił j ego poprzednikowi podobną niepochlebną cenzurkę: „Muszę też księdzu jako następcy parę słów i moją opinię powiedzieć o poprzedniku księdza. Nazywam go świnią - i to plugawą". Józefowi Piłsudskiemu
nabożny szacunek względem sutanny był zdecydowanie organicznie obcy.

Biskup, który dzielił II RP

Za jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci II RP jest uważany inny biskup - Czesław Sokołowski. Człowiek o wyjątkowo barwnym i wyjątkowo kontrowersyjnym życiorysie. W swoim życiu niepokorny biskup wykonywał wiele kościelnych posług (bywał m.in. wikariuszem w Raszynie, Żbikowie oraz w Parafii Najświętszej Maryi Panny w Warszawie, kapelanem więzienia karnego w Warszawie, kapelanem ss. kanoniczek, radcą kurialnym, cenzorem książek religijnych, profesorem seminarium duchownego oraz kanclerzem kurii), ale biskupem został mianowany 19 października 1924 r.

Jego pierwsza biskupia kadencja nie potrwała jednak zbyt długo, bo jedynie do 17 kwietnia 1925 r. Przyczyną rezygnacji ze stanowiska był stan zdrowotny biskupa. Oficjalnie. Nieoficjalna wersja wspomina jednak o innych, nieco mniej poprawnych politycznie powodach - w czasie wojny polsko-bolszewickiej miał kolaborować z wrogiem. Na tym jednak nie koniec jego podejrzanej działalności - gdy podczas II wojny światowej został ponownie mianowany biskupem, pojawiły się kolejne kontrowersje związane z tą postacią.

Niektórzy z przeciwników księdza biskupa utrzymywali, że często gościł w swoim pałacu gestapowców i urządzał z nimi libacje, że pobłogosławił idących na front rosyjski sprzymierzonych z Niemcami włoskich żołnierzy, że karał księży współpracujących z konspiracją, że nakazał duchowieństwu oddawanie dzwonów na potrzeby armii niemieckiej.

Wytaczano wobec niego także wiele innych zarzutów. Zwolennikom księdza udało się obalić kilka z nich, jednak postawiono mu również takie zarzuty, które do dziś pozostają niewyjaśnione ze względu na brak materiału dowodowego.

Mimo że nie do końca świętych biskupów w Polskiej historii było zapewne wielu, dziś już trudno stwierdzić, jak było naprawdę. Wiele dokumentów zaginęło, w wielu wypadkach oskarżenia o wszczynanie konfliktów i niemoralny tryb życia miały być po prostu zwykłą polityczną zagrywką ze strony władz. Jedno jest pewne - ręka rękę myje i każda ze stron zrobi wiele, aby to przedstawiona przez nią wersja prawdy była tą powszechnie akceptowaną i uznawaną za obowiązującą.

Zuzanna Wierus

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.