Dariusz Szreter

Krzysztof Klenczon: muzyk uwielbiany i niespełniony

Do Krzysztofa Klenczona przylgnęła łatka lennonowska, z którą chyba zżył się na dobre i na złe Fot. archiwum Do Krzysztofa Klenczona przylgnęła łatka lennonowska, z którą chyba zżył się na dobre i na złe
Dariusz Szreter

3 stycznia 1965 r. w kawiarni Cristal w Gdańsku utworzono zespół Czerwone Gitary. Był to też początek legendy Krzysztofa Klenczona, „polskiego Johna Lennona"

Klenczon mieszkał wtedy w Trójmieście od pięciu lat. Przyjechał tu ze Szczytna po maturze w 1960 r., by kształcić się na Politechnice Gdańskiej, którą jednak po pierwszym semestrze porzucił na rzecz Studium Nauczycielskiego Wychowania Fizycznego w Oliwie. Poza zajęciami zajmowała go już wtedy głównie nauka gry na gitarze.

- Czasem potrafił przez cały dzień nie wychodzić z pokoju w akademiku, tylko brzdąkać na instrumencie. Był w tym wręcz nudny - wspomina Karol Wargin, kolega ze studium i pierwszy muzyczny partner Klenczona.

Wargin był pięć lat starszy od Krzysztofa i miał na koncie spore doświadczenie estradowe. Jako wychowanek Korpusu Kadetów im. gen. Karola Świerczewskiego występował w tamtejszym zespole pieśni i tańca. Wcielił się też w rolę młodego Świerczewskiego w filmie Wandy Jakubowskiej „Żołnierz zwycięstwa". W muzycznym tandemie Klenczon-Wargin to on nadawał ton: wybierał repertuar i śpiewał pierwszy głos. Klenczon grał na gitarze i dołączał w refrenie. Śpiewali piosenki ludowe i dziecięce. Ich popisowymi numerami były: „Babuszka", „Dwa gołąbki" i „Pluszowe niedźwiadki".

Pierwszy krok ku profesjonalnej karierze Klenczon zawdzięcza serii przypadków. Pierwszy to tramwajowa przesiadka przy budynku Żaka. Wargin i Klenczon zauważyli plakat, z którego dowiedzieli się, że były tam organizowane eliminacje Festiwalu Młodych Talentów. Choć skończyły się one dzień wcześniej, jakimś cudem udało im się przekonać Franciszka Walickiego, legendarnego, by ich posłuchał. Spodobali się, ale jedyne, co Walicki mógł zrobić, to wpisać ich na listę warunkową. Mogli zagrać w drugim etapie, gdyby któryś z uczestników nie dojechał. Przyjechali wszyscy, ale - przypadek drugi - zabrakło... prądu. Oni jednak prądu nie potrzebowali, Klenczon grał na instrumencie akustycznym. Zagrali i przeszli do etapu wojewódzkiego... warunkowo. Szczęście sprzyjało im po raz trzeci: nie dojechał zespół z Malborka. Tym razem wygrali bezwarunkowo.

Na finałowym koncercie w Szczecinie ważniejsze od miejsca w pierwszej trójce okazało zawarcie znajomości z innymi uczestnikami, wśród których byli muzycy grupy Niebiesko-Czarni.

Schowany za głośnikiem

Po zakończeniu nauki w Studium Nauczycielskim Klenczon dostał nakaz pracy jako nauczyciel wf. w szkole podstawowej we wsi Rumy pod Szczytnem. Traktował to jak zesłanie. I wtedy, na samym początku roku szkolnego, jeszcze we wrześniu, stał się cud - dostał propozycję dołączenia do Niebiesko-Czarnych. Klenczon w te pędy ewakuował się z Rumów. Miejscowi nie chowali zresztą urazy, a na budynku szkoły od jakiegoś czasu znajduje się nawet tablica upamiętniająca fakt, iż późniejszy idol przepracował tam kilkanaście dni.

Rodzice Krzysztofa, którzy wcześniej nie byli zachwyceni muzycznymi pasjami syna, najwyraźniej się z nimi pogodzili. Matka wykorzystała znajomości w inspektoracie oświaty, by zapewnić mu możliwość odejścia z pracy. Kilka miesięcy później ojciec „wybronił" go przed zasadniczą służbą wojskową. Niebiesko-Czarni liczyli w tym czasie kilkanaście osób. W zespole istniał podział na grupę akompaniującą i solistów. Do tych ostatnich należeli m.in. Michaj Burano, Helena Majdaniec, Wojciech Korda i Czesław Wydrzycki (Niemen). Klenczonowi przypadło miejsce w drugim szeregu, co zresztą początkowo mu odpowiadało. Podczas pierwszych występów miał taką tremę, że chował się za plecami innych lub za kolumnami nagłośnieniowymi. Z czasem zespół zaczął włączać do repertuaru jego kompozycje. Kilka z nich pozwolono mu też zaśpiewać.

Z Niebiesko-Czarnymi Klenczon był na słynnym tournée w Paryżu w 1963, z nimi występował też jako - jak dziś powiedzielibyśmy - support przed polskimi koncertami Marleny Dietrich. Jednak w następnym roku sytuacja w zespole zaczęła się psuć. Jako jednego z winnych Franciszek Walicki, który był menedżerem grupy, uznał Klenczona, z jego skłonnością do niesubordynacji. On sam zresztą też miał już dość bycia akompaniatorem.

Zespół przejściowy

Czesław Niemen wspominał później, że prowadzili z Klenczonem rozmowy dotyczące założenia wspólnego zespołu. Ostatecznie jednak Klenczon zasilił trójmiejską formację Pięciolinie założoną przez gitarzystę Jerzego Koselę... korespondencyjnie. Kosela, wcześniej muzyk Niebiesko-Czarnych był bowiem w wojsku, ale listownie udało mu się skrzyknąć kilku kolegów i utworzyć grupę, do której dołączył po wyjściu do cywila, jesienią 1964. Grupa została z góry zaplanowana jako twór przejściowy, z którego ma się wyłonić dopiero nowa, właściwa formacja. W tym czasie wśród polskich bigbitowców dojrzewała potrzeba tworzenia małych cztero-, pięcioosobowych zespołów, których wszyscy członkowie byliby tak samo ważni, i których repertuar opierałby się na własnych kompozycjach, wzorem Beatlesów.

Pod koniec 1964 ukształtował ostateczny skład Pięciolinii: Bernard Dornowski - gitara, śpiew, Jerzy Kosela - gitara, śpiew, Krzysztof Klenczon - gitara, śpiew, Henryk Zomerski - gitara basowa i Jerzy Skrzypczyk - perkusja. Poza tym ostatnim pozostali muzycy mieli za sobą doświadczenie z występów w Niebiesko-Czarnych. Był jeszcze szósty, „dochodzący" członek grupy - nastoletni Seweryn Krajewski. I ci właśnie muzycy w styczniu 1965 utworzyli jeden z najpopularniejszych, o ile nie najpopularniejszy polski zespół muzyki rozrywkowej.

Kłopoty z regulaminem

„Kontrakt założycielski" zespołu Czerwone Gitary (nazwę wymyślił Walicki krótko współpracujący z zespołem na starcie, Kosela proponował Maskotki albo Wesołe Pająki), wygląda jak absolutne kuriozum. Z listą obecności, zeszytem wniosków i systemem kar bardziej przypominał regulamin jakiejś organizacji paramilitarnej niż zasady współpracy grupy muzykujących przyjaciół.

Regulamin stał się zarzewiem do pierwszego poważnego konfliktu w zespole. Uporządkowany do bólu Kosela drażnił rozbrykanego Klenczona i vice versa. Sytuacja przypominała trochę wcześniejszy konflikt z Walickim w Niebiesko-Czarnych, ale tym razem to Klenczon miał mocniejszą pozycję. Wraz z Sewerynem Krajewskim, który na przełomie 1965/66 zastąpił ukrywającego się przed wojskiem Henryka Zomerskiego, to on był frontmanem i twórcą większości repertuaru.

- Krzysztofem byłem zafascynowany od początku współpracy jako starszym kolegą, który miał już doświadczenie w graniu jako muzyk rock'n'rollowy - wspomina Seweryn Krajewski. - Fascynacja tą muzyką i możliwość wypowiedzi poprzez piosenkę wypełniały całkowicie nasz czas do końca wspólnego grania. Czerwone Gitary na początku nie miały wystarczającej liczby swoich piosenek, więc graliśmy piosenki zagraniczne m. in. Beatlesów, ale szybko nadrobiliśmy tę lukę głównie dzięki utworom Krzysztofa i moim.

Jerzy Kosela nie chce komentować tamtego konfliktu sprzed 49 lat Poproszony o rozmowę na temat Klenczona - odmawia. „Sorry, dla mnie to temat tabu" - ucina.

- Nie jest tajemnicą, jak odszedł Jerzy Kosela - tłumaczy Seweryn Krajewski. - Stało się to na „zdecydowaną" prośbę Krzysztofa, ponieważ Kosela był zbyt słaby jako instrumentalista i wokalista i przez to obciążał zespół muzycznie. Jednym z przykładów jest solówka gitarowa w piosence „Historia jednej znajomości", której Kosela nigdy nie zagrał poprawnie. Był natomiast dobrym organizatorem. Problem polegał na tym, że koniecznie chciał grać i śpiewać.

- Odejście Koseli było pewnym zgrzytem, ale byliśmy wtedy zbyt młodzi, żeby się nad tym głębiej zastanawiać - mówi Jerzy Skrzypczyk, jedyny muzyk, który występuje w Czerwonych Gitarach nieprzerwanie od 50 lat. - Żyliśmy sukcesem zespołu i upajaliśmy się nim.

Całowania nie było

Zredukowani do kwartetu, całkowicie upodobnili się do Beatlesów, z romantycznym odpowiednikiem McCartneya (czyli Sewerynem) i zadziornym „Lennonem" w osobie Klenczona. Z tą zadziornością różnie bywało. Jerzy Skrzypczyk wspomina, że owszem zdarzały się sytuacje konfliktowe, ale były szybko załagadzane. Z drugiej strony, mimo sławy, Klenczon wciąż pozostawał w głębi duszy nie¬śmiałym chłopakiem. Świadczy o tym zresztą historia jego znajomości z przyszłą żoną Alicją. Wypatrzył ją na koncercie i zaprosił na spotkanie... za pośrednictwem kolegi.

- Poszliśmy do kina. Film leci, a ten wcale nie zabiera się do całowania! A ja, szczerze mówiąc, liczyłam na to, bo wtedy dałabym mu po gębie i skończyłabym tę znajomość - wspominała po latach Alicja Klenczon.

Mimo początkowo tak niechętnego nastawienia wybranki 25 grudnia 1967 powiedzieli sobie „tak". - Czy przedtem były w jego życiu jakieś inne dziewczyny? Jeśli tak, to były to związki nietrwałe i niezauważalne - wspomina Jerzy Skrzypczyk. - Graliśmy wtedy miesiącami w sopockim „Non Stopie" i mieliśmy tam grono stałych wielbicielek. Było w czym wybierać. Dość powiedzieć, że z „Non Stopu" wywodzą się wszystkie nasze żony.

Seweryn Krajewski: - Jednym z marzeń Klenczona było wówczas, aby znaleźć się jak najbliżej źródła współczesnej muzyki rozrywkowej, czyli w USA. Z chwilą poznania Alicji to marzenie zaczęło się powoli spełniać. Pojawiła się propozycja wyjazdu. Czerwone Gitary miały popłynąć Batorym na tournée do USA i w trakcie rejsu miał odbyć się ślub Krzysztofa i Alicji.
Niestety, ponieważ rodzice Alicji wyjechali do USA w 1955 roku i zostali tam na stałe, odmówiono jej paszportu. Do wyjazdu zespołu też nie doszło. Cofnięto im wizy po wkroczeniu polskich wojsk do Czechosłowacji.

Trzeba wiedzieć, kiedy zejść

Lata 1967-69 to najlepszy okres w dziejach Czerwonych Gitar. Twórcza rywalizacja Klenczona i Krajewskiego zaowocowała niezapomnianymi przebojami. Z czasem jednak doprowadziła do rozejścia się ich dróg. -Pierwsze plotki o nieporozumieniach w grupie zaczęły pojawiać się po odwołaniu naszego wyjazdu do USA - mówi Seweryn Krajewski. - Uwaga była sprytnie skierowana na mnie i Krzysztofa. Bardzo skutecznym w przekonaniu do jego odejścia z grupy okazał się min. Janusz Kondratowicz, namawiając go na iluzoryczną karierę solową. Chodziło mu m.in o umieszczenie jak największej liczby swoich tekstów na płycie nowego zespołu. Dla mnie z chwilą odejścia Krzysztofa przestał istnieć zespół Czerwone Gitary, a zaczęło się odcinanie kuponów.

Jerzy Skrzypczyk pamięta, że to Krajewski postawił jego i Bernarda Dornowskiego przed wyborem: czy chcą dalej pracować z nim czy z Klenczonem. - Mając do wyboru koleżeństwo lub poziom muzyczny, opowiedziałem się za Sewerynem. I do tego samego namówiłem Benka - wspomina Skrzypczyk. - Propozycja wyboru miedzy Krzysztofem a mną pojawiła się z zewnątrz i została wyrażona ustami Krzysztofa - utrzymuje Krajewski. Klenczon założył nową grupę - Trzy Korony. Mieli jeden wielki przebój - „10 w skali Beauforta" i zarejestrowali jedną, nierówną płytę długogrającą.

- Ten zespół to był jeden z największych błędów Krzyśka - ocenia Jerzy Skrzypczyk. - Miał taką pozycję, że mógł wybrać sobie najlepszych zawodowych muzyków, a on zatrudnił przypadkowych ludzi.

W 1972 Klenczon ogłosił pożegnanie ze sceną. - Każda moda jest przemijająca - uzasadniał. - Trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny, żeby pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Może faktycznie wyczuł, że w Polsce kończy się koniunktura czy też może przyzwolenie władz dla rocka. Wiele złego można powiedzieć o obyczajowym konserwatyzmie tow. Gomułki, ale to za jego rządów miała miejsce eksplozja polskiego bigbitu. Za Gierka, w latach 70., rock w Polsce praktycznie przestał istnieć. Wtajemniczeni wiedzieli jednak, że jest jeszcze jedna, bardziej banalna przyczyna. Po kilku odmowach Klenczonowie dostali wreszcie paszporty i mogli wyjechać do USA, do rodziców Alicji.

Za Oceanem, za kółkiem

W Chicago czekała go stabilizacja finansowa... za kierownicą taksówki. Teść, któremu powiodło się za oceanem, nigdy nie doceniał talentu ani popularności zięcia. Wolał, żeby ojciec jego wnuczek miał konkretny fach w rękach. Muzykować mógł sobie po godzinach w polonijnych klubach. Klenczonowi udało się nawet wydać płytę w USA, ale okazała się ona całkowitą klapą.

Podobnie jak seria koncertów w Polsce pod koniec lat 70. Zamiast dawnego idola pojawił się gość w groteskowym kostiumie Elvisa z Las Vegas, z dawno niećwiczonym głosem i klasyką rock'n'rolla w repertuarze. W poświęconym Klenczonowi dokumentalnym filmie Heleny Giersz „10 w skali Beauforta" Seweryn Krajewski mówi, że około 1980 r. Klenczon chciał wrócić do Polski i obaj muzycy umówieni już byli na stworzenie nowego wspólnego muzycznego przedsięwzięcia.

Z planów nic nie wyszło. 7 kwietnia 1981 w szpitalu w Chicago Krzystof Klenczon umarł na skutek obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym, do którego doszło sześć tygodni wcześniej podczas powrotu z koncertu w klubie polonijnym. Ostatnio wdowa po Klenczonie rozpowszechnia wersję, że jej mąż mógł paść ofiarą zamachu ze strony odrzuconej wielbicielki. Twierdzi, że było nawet śledztwo CIA w tej sprawie.

- Krzysztof był utalentowanym i romantycznym facetem oraz dobrym kolegą. W pracy i poza nią. Uzupełnialiśmy się muzycznie jak mało kto. Dlatego dzień, w którym Klenczon odszedł definitywnie, był wtedy dla mnie jednym z najczarniejszych dni - podsumowuje Krajewski.

Partyzancki bunt

Czy Klenczon był polskim Lennonem? Porównywanie Czerwonych Gitar z Beatlesami było dość powszechne, ale zacierało chyba skalę wielkości obu grup i osobowości ich liderów.

- Pewnie, że patrzyliśmy na siebie przez pryzmat tych porównań z Beatlesami. Ja na przykład wydałem nie-prawdopodobną wówczas sumę 65 tysięcy złotych na bębny Ludwiga, takie same, jakie miał Ringo Starr. A zarabiałem 240 złotych od koncertu. Oczywiście mogłem kupić inne, tańsze, ale przecież musiałem mieć takie jak Ringo - przyznaje Jerzy Skrzypczyk.

Klenczon utożsamiał się z Lennonem do tego stopnia, że na wieść o jego zastrzeleniu, w grudniu 1980, miał jakoby przepowiedzieć, że i on sam niebawem umrze. Wszystko to nie powinno jednak przesłaniać faktu, że John Lennon był jedną z najbardziej wpływowych postaci XX w Był nie tylko wizjonerskim muzykiem, ale też jednym ze współsprawców rewolucji obyczajowej lat 60. i ikoną kontrkultury.

Klenczon zaś to sympatyczny chłopak ze Szczytna, świetnie prezentujący się na scenie z gitarą, autor kilkudziesięciu piosenek, z których kilka weszło do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. Ale świata nie zmienił i jeśli przeszedł do historii to lokalnej, na miarę Sopotu, gdzie ma swoją ulicę i mural. Czy był buntownikiem? Nie bardziej niż inni polscy bigbitowcy. Prawdziwymi buntownikami - na miarę tych z Europy Zachodniej i USA - byli wtedy studenci, którzy w marcu 1968 rzucili wyzwanie komunistycznej władzy. Klenczon w tym czasie komponował „Biały krzyż" - piosenkę powstałą z myślą o ojcu, byłym akowcu, ale wpisującą się w „partyzancki klimat" spod znaku Mieczysława Moczara, ówczesnego szefa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Zmarły niedawno Janusz Kondratrowicz, autor tekstu „Białego krzyża", wspominał nawet, że po koncercie na festiwalu w Opolu zostali z Klenczonem „porwani" przez tajniaków na bankiet z udziałem oficjeli z wiadomego resortu, którzy chcieli ich ugościć, bo tak bardzo przypadła do gustu ta piosenka.

A na prawdziwy bunt polskiego rocka trzeba było czekać do lat 80.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Naszej Historii.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Naszej Historii
  • codzienne e-wydanie Naszej Historii
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Dariusz Szreter

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.