Legendy o skarbach poupychanych przez Niemców w skrzyniach zawierają ziarno prawdy

Wilczy Szaniec. Jeden z mniej zniszczonych schronów na terenie kompleksu. Fot. Wikimedia Commons / Przemysław Idzikiewicz [1] Wilczy Szaniec. Jeden z mniej zniszczonych schronów na terenie kompleksu.

Rozmowa z Robertem Jurgą, znawcą i badaczem fortyfikacji, jednym z najlepszych na świecie twórców przestrzennych rysunków dawnych obiektów obronnych

Tomasz Gdula

- Pańska książka "Twierdza Europa" jest obowiązkową pozycją na liście lektur kadetów Akademii Wojskowej USA w West Point. Skąd pan, rysownik, ma tak ogromną wiedzę na temat fortyfikacji?

- Podczas wykładów zawsze po¬wtarzam, że jeśli ktoś chce się o nich uczyć, to zamiast czytać książki, powinien przyjechać do Polski. Cały nasz kraj, ze względu na swoją skomplikowaną historię, jest jedynym w zachodnim świecie skansenem fortyfikacyjnym, w którym znajdziemy przykłady wszystkich szkół i systemów budowy umocnień od czasów prehistorycznych, poprzez systemy średniowieczne, szkołę szwedzką, francuskie obiekty napoleońskie, w tym Redutę Napoleona w Twierdzy Modlin (jedyny na świecie obiekt obronny, od początku do końca zaprojektowany przez Bonapartego); ponadto w Polsce można oglądać wielką liczbę fortyfikacji pruskich i niemieckich, w tym Autostradę Sudecką, Linię Odry, Wał Pomorski, Międzyrzecki Rejon Umocniony, pozycje na Śląsku i linie budowane w 1944 roku oraz ponad 3,5 tysiąca obiektów sowieckiej Linii Mołotowa, a także budowli powojennych ze schronami przeciwatomowymi włącznie. Oczywiście dochodzą do tego polskie fortyfikacje, których w okresie międzywojennym powstało naprawdę dużo i są wyśmienitymi przykładami budownictwa obronnego.

- Pan rysuje i opisuje forty, bunkry, reduty, a setki pasjonatów biegają po nich, przekopują i rozkuwają w poszukiwaniu skarbów. W poniemieckich fortecach mogą być ukryte klejnoty oraz dzieła sztuki, czy to tylko mrzonka?

- Na pewno w opowieściach o skarbach poupychanych przez Niemców w skrzynie jest ziarno prawdy. W latach 1944-45 Niemcy bez wątpienia ukryli część zrabowanych zabytków, dzieł sztuki i kosztowności. Poszukiwaczy najbardziej przyciąga Międzyrzecki Rejon Umocniony, ponieważ składa się z 32 km podziemnych korytarzy, a sami projektanci zakładali, że w tym systemie znajdą się cztery komory depozytowe. Ta wiedza kusi, a działalność łowców skarbów wyrządza wiele szkód zabytkowym fortyfikacjom.

- Czy w znajdujących się na terenie Polski bunkrach hitlerowskich udało się kiedykolwiek odnaleźć coś cennego?

- O, tak! Np. w 1945 Rosjanie znaleźli we wspomnianym Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym 152 skrzynie, w których były głównie zbiory z muzeów poznańskich, m.in. obrazy Hansa Dürera, ale także porcelana z zamku w Człuchowie, sporo niezwykle cennych rzeczy. W latach 50. Rosjanie zwrócili część tych skarbów, ale ponieważ zawartość skrzyń nigdy nie została oficjalnie zinwentaryzowana, nie wiemy, czy odzyskaliśmy wszystko. Natomiast ostatnie znalezisko tego typu, lecz znacznie mniejsze, miało miejsce w Polsce w latach 70.

- A co z legendarną bursztynową komnatą?

- Około czterech kilometrów od Międzyrzecza jest stacja nosząca w tej chwili nazwę Paradyż, na której na chwilę zatrzymał się pociąg z domniemaną bursztynową komnatą. I to jest oczywiście dla wielu asumpt, by brać łopatę, kilof i szukać tego zabytku w okolicy.

- Studiowanie związanych z fortyfikacjami dokumentów doprowadziło pana do cennego odkrycia na temat szpiega, którego Niemcy mieli na Westerplatte. Proszę o tym opowiedzieć.

- Podczas kwerendy w archiwum we Freiburgu trafiłem na raporty tego szpiega. Mało tego: wspomniane raporty zostały przez Niemców opublikowane w formie opatrzonych klauzulą tajności książeczek dedykowanych wysokim oficerom.

- Co zawierały te książeczki?

- Zostały tam opisane wszystkie umocnienia na Westerplatte, ich roz¬mieszczenie, drobiazgowa charakterystyka stanowisk ogniowych, liczba obsługujących je żołnierzy wraz ze stopniami, a nawet rodzaj i ilość amunicji, jaką dysponowali. Na posiadanych przez Niemców planach zaznaczono także podziemne linie telekomunikacyjne.

- Można określić na podstawie tych danych, kto był ich źródłem?

- Sądzę, że jest to możliwe, ale w tym celu należałoby ponownie wybrać się do archiwów niemieckich i zacząć w nich szukać. Na podstawie niezwykłej szczegółowości wiemy, że nad opracowaniem informacji musiało pracować kilka osób, jest tylko pytanie, czy są to materiały szpiegowskie czy może kupione przez szpiega. Mogły one wyjść wprost z Westerplatte, ale mogą też pochodzić z warszawskiego Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Ustalenie tego wymagałoby wszczęcia dość szerokiej akcji poszukiwawczej, której dotychczas żadnemu polskiemu historykowi nie chciało się podjąć, bo nasi historycy nie lubią jeździć po zagranicznych archiwach. A szkoda.

- Czy słynny Wilczy Szaniec w Gierłoży koło Kętrzyna, gdzie 20 lipca 1944 miał miejsce zamach Stauffenberga na Hitlera, jest godny swojej sławy, biorąc pod uwagę sztukę budowy fortyfikacji?

- Adolf Hitler przebywał w kwaterze pod Kętrzynem najdłużej i jak się śledzi jej rozwój, znakomicie widać, że pierwsze schrony to były w zasadzie drewniane baraki, potem baraki ceglane ze stropem betonowym grubości 3 metrów, a w końcu ten płaszcz wzrósł do sześciu metrów, co można oglądać do dziś. Jest to miejsce ciekawe historycznie, ale przyznam, że dla badacza fortyfikacji takie sobie. Znacznie ciekawsza wydaje się kwatera budowana pod koniec wojny w Górach Sowich na Dolnym Śląsku przez tysiące niewolników III Rzeszy.

- Jak miała wyglądać?

- Planowano tam utworzyć największe centrum dowodzenia Wehr¬machtu. Ale powiem coś jeszcze ciekawszego: otóż wraz z innym badaczem fortyfikacji, Piotrem Kru¬szyńskim, trafiliśmy w archiwum w Norymberdze na dokumenty stwierdzające, że zamek Książ miał być siedzibą Hitlera. Od czasów wojny wszyscy o tym mówili, ale nikt nie miał w ręce potwierdzenia na papierze. My trafiliśmy na plan przedstawiający konkretne pomieszczenia z roz¬mieszczeniem sekretarzy, adiutantów, sypialni Hitlera i pokoi Ewy Braun. Natomiast jaki miał być ostateczny kształt tej kwatery i powiązanego z nią centrum dowodzenia, nikt na razie nie wie. Jednak Piotr cały czas szuka informacji na ten temat i wyłaniają się z nich gigantyczne zamierzenia: kilkadziesiąt kilometrów korytarzy z pomieszczeniami dowodzenia, dużymi halami łącznościowymi. Wszystko miało się zbiegać w okolicach Jedliny Zdroju, Walimia i Osówki. Mimo że do budowy zaprzęgnięto tysiące więźniów, wydaje się że rozmach przedsięwzięcia przerósł Niemców, bo czasu mieli już mało, siły roboczej też niewystarczająco dużo. Ale nawet to, co powstało, jest imponujące i godne obejrzenia.

- Na Zachodzie od 20 lat kwitnie turystyka forteczna, a z tego co pan opowiada, wynika, że Polska powinna być jej mekką.

- Powinna i to z wielu powodów. Jedyna w pełni zachowana twierdza austriacka znajduje się u nas i jest nią Kraków. Ale trzeba do tego dołożyć twierdze Toruń i Modlin, mnóstwo mniejszych obiektów. Np. nigdzie na Zachodzie nie zachowały się kompletne blokhauzy mostowe. Są to małe stanowiska ceglane, gdzie kompania piechoty broniła mostu - i u nas to jeszcze jest!

- Tylko, jak zwykle, nie potrafimy się tym chwalić.

- Tak, właśnie. Jeśli na wybrzeżu Anglii stoi jakaś obronna wieża Martello, to jest rozsławiona na cały świat. Nieważne, czy jest ona istotną strukturą wojskową, czy nie - wszyscy o niej wiedzą, we wszystkich podręcznikach i przewodnikach można o niej przeczytać. Natomiast perełki, jakie są u nas, to skarby na światową skalę i nikt o tym nie wie.

- Inna sprawa, że to bogactwo obiektów obronnych odstrasza swoim stanem technicznym.

- Konserwatorzy ze względu na liczbę tych budowli i skromne środki nie mogą objąć ochroną wszystkiego. W związku z tym konserwują i remontują głównie obiekty najstarsze np. zamki. Natomiast nowszymi fortyfikacjami opiekują się zwykle niezamożne gminy, albo towarzystwa pasjonatów, którzy na skromną skalę ratują pojedyncze budowle. Dlatego zdecydowana większość fortyfikacji popada w ruinę.

- Szacował pan kiedyś, ile jest w Polsce budowli obronnych, które nie mają odpowiedników nigdzie indziej w Europie?

- Ogromna liczba to obiekty z różnych względów unikatowe, ale jednym z najmniej znanych zbiorów są pradawne grodziska, których wszystkie typy występują w Polsce, począwszy od grodów plemiennych, powstałych 2,5 tysiąca lat przed Chrystusem. Grodziska mamy zachowane wręcz genialnie!

- Dlaczego akurat u nas ocalało ich tak wiele przez grubo ponad tysiąc lat?

- Głównie dlatego, że kilkaset lat temu nikt się nimi nie interesował, a później nakazem ustawy rządowej lokalizacja tych grodzisk na mapach była przesunięta o 1,5 km. Dzięki temu wszyscy poszukiwacze skarbów i domorośli archeolodzy mieli trudności z trafieniem na właściwe stanowiska. Dzisiaj sytuacja zmieniła się niestety diametralnie, gdyż grodziska są już poprawnie nanoszone i mamy problem z poszukiwaczami, na dodatek quadowcy rozjeżdżają te relikty przeszłości, ale wciąż jest ich bardzo, bardzo dużo.

Tomasz Gdula

[1] Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. 2.5.

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.