Polski dowód prawa do morza. Krwawy i konieczny

Tomasz Chudzyński
Tomasz Chudzyński
Słynne zdjęcie pokazujące Gdyńskich Kosynierów - Andrzeja Skibińskiego oraz jego syna Jana
Słynne zdjęcie pokazujące Gdyńskich Kosynierów - Andrzeja Skibińskiego oraz jego syna Jana arch. NAC
Dziewiętnaście dni walk w czasie Lądowej Obrony Wybrzeża kosztowało życie około 1500 polskich żołnierzy. Nieliczne oddziały regularne, wraz z jednostkami zmobilizowanymi oraz oddziałami ochotniczymi biły się dzielnie, dowodząc determinacji i umiejętności, niejednokrotnie kontratakując. Trudno dziś określić, czy żołnierze dowodzącego Lądową Obroną Wybrzeża mieli świadomość, że ich sytuacja od 1 września była właściwie beznadziejna. - Prawdopodobnie realia znał płk. Stanisław Dąbek, dowodzący LOW. Niemniej przygotowywał plan obrony bardzo kompetentnie, później metodycznie go realizował - podkreśla historyk, dr Jarosław Tuliszka.

Analizując przebieg polskich działań obronnych na wybrzeżu 1939 r. (patrz: artykuł „Polacy na Wybrzeżu w 1939 r. nie tylko się bronili” w Rejsach w wydaniu Dziennika Bałtyckiego z 9 września tego roku), nie sposób nie zadać sobie pytania, po co było bronić tego skrawka lądu na Pomorzu za cenę tak licznych, krwawych strat? Jakie były cele polskiej, uporczywej obrony? Wiemy, że nawet polskie dowództwo, jeszcze przed rosnącym napięciem 1939 roku, zadawało sobie pytanie o sens walki w tak trudnym, z punktu widzenia strategii i taktyki, fragmencie terytorium II RP. Brak szczegółowo opracowanego planu strategicznego dla Wybrzeża na wypadek wojny wyraźnie wskazywać może również na wagę, jaką władze przywiązywały do tego obszaru przed 1939 r.

Jednak, założenia taktyczne, ale przede wszystkim polityczne, powzięte przez polskie dowództwo w miesiącach poprzedzających wybuch wojny wskazują dlaczego LOW we wrześniu 1939 r. była tak ważna.

- W polskich planach chodziło o ochronę baz morskich marynarki wojennej. Krótko mówiąc, potrzebowaliśmy wojsk na lądzie, żeby nam Niemcy nie weszli na pokłady okrętów wojennych cumujących w porcie - tłumaczy dr Tuliszka. - Prawdą natomiast jest fakt, że gros naszej floty odszedł do Wielkiej Brytanii przed wybuchem wojny. Okręty podwodne wyszły w morze i w zasadzie, biorąc pod uwagę dominację niemieckiego lotnictwa, nie były w stanie z baz korzystać. Zdarzył się tylko jeden przypadek, że adm. Józef Unrug, (dowódca polskiej Floty) zgodził się na wejście ORP Ryś na jeden dzień, oficjalnie w celu naprawy uszkodzeń, a naprawdę chodziło o odpoczynek psychiczny załogi. Skoro zatem obrona baz morskich wydaje się bezcelowa, czy konieczny był opór? Owszem. Nie można było oddać bez walki dostępu do morza, o który przecież tak mocno zabiegaliśmy po I wojnie światowej. LOW miała wymiar polityczny, prestiżowy, patriotyczny- po pierwsze dla naszego społeczeństwa, dla wszystkich mieszkańców Polski. Ważny był także kontekst międzynarodowy. Tu najlepszym przykładem jest historia współczesna i zajęcie Krymu przez Rosjan, którego Ukraińcy nie bronili. Odbiór społeczności międzynarodowej był taki, że trudno jest bronić czegoś, o co walczyć napadnięty kraj nie chciał. Zwróćmy uwagę, dopiero gdy Ukraińcy podjęli wysiłek obronny w Donbasie, nie mówiąc już o obecnej wojnie, zaczęto szanować ich armię i państwowość. Sądzę, że w Polsce rozumiano taki mechanizm bardzo dobrze przed wrześniem 1939 r. Dlatego podjęliśmy się obrony Wybrzeża, chociaż ona była z góry skazana na niepowodzenie. To niepowodzenie chciano jak najbardziej odroczyć i dać dowód polskiego prawa do dostępu do morza.

Ochotnicy harcerze

W czasie LOW ginęli żołnierze i oficerowie oddziałów regularnej armii, zmobilizowani rezerwiści Morskiej Brygady Obrony Narodowej oraz ochotnicy. Przykładem może być Wejherowska Ochotnicza Kompania Harcerska - do którego przyjmowano dziewczęta i chłopców powyżej 16 roku życia. Jednostka powstała z inicjatywy Pawła Szefki, wejherowskiego nauczyciela wf i przysposobienia wojskowego. Dowódcą jednej z drużyn był posterunkowy Policji Państwowej z Wejherowa, Oswald Skowronek (poległ w czasie walk).

- Kompania ta dysponowała uzbrojeniem spełniającym standard przysposobienia wojskowego. Wyposażenie stanowiły zapasy z najgłębszych magazynowych rezerw, karabiny, oporządzenie pamiętające I wojnę światową (jednostka otrzymała 73 sztuki broni, później uzupełnionego pewną liczbą granatów ręcznych). Ta jednostka bezsprzecznie pokazała wielką dzielność w boju i gotowość do poświęcenia. Szczególnie ciężkie walki toczyła ona w obronie Białej Rzeki (dziś dzielnica Rumi) - podkreśla dr Jarosław Tuliszka.

Bloger Paweł Sikora prześledził w swoim artykule na blogu „Gdynia, w której żyję” walki toczone przez Kompanię.

- 9 września, około godziny 10.00 Niemcy rozpoczęli walki o Ciechocino. Około 14.30 wyszły z lasu pierwsze niemieckie patrole kierując się wprost na pozycję ochotników. Niemiecki atak został odparty, przynosząc nieprzyjacielowi spore straty. Niemcy w tej sytuacji wycofali się, a do akcji wkroczyła ponownie artyleria i moździerze. Nawała artyleryjska trwała kilkadziesiąt minut. Było mnóstwo zabitych i rannych, których pośpiesznie ewakuowano do Redy i Rumi. Około 16.00 Niemcy ponowili atak piechoty. Ochotnicy bronili się dzielnie wykorzystując w walce na bliską odległość granaty. Dysponując znaczną przewagą Niemcy kontynuowali atak. Gdy niedobitki ochotników zamierzały zmienić pozycję obronną, przygniótł ich silny ogień z broni maszynowej. To był w tym rejonie koniec walki. Resztki pododdziału wzięto do niewoli. Jak później ustalono na pozycję ochotników nacierał III batalion 322 pułku piechoty niemieckiej (z 207 Dywizji Piechoty), dowodzony przez mjr Diesta. Ten, mszcząc się za poniesione straty wydał rozkaz rozstrzelania młodocianych jeńców. Chłopcy zrozumieli jedno słowo „erschessen”. Nie czekając na wykonanie rozbiegli się na różne strony. Z 13 zbiegów Niemcy zastrzelili dwóch, pozostałym udało się uciec - pisał Paweł Sikora.

Wejherowska Ochotnicza Kompania Harcerska okupiła walki LOW bardzo krwawymi stratami. Ponadto Niemcy traktowali harcerzy Kompanii nie jak żołnierzy, a partyzantów - bandytów. Członkowie kompanii byli poszukiwani przez Niemców - część została rozstrzelana 12 września na terenie ówczesnego lotniska w Rumi. Inni zginęli w czasie pościgu i niemieckich celach. - Według ustaleń Pawła Szefki dokonanych już po wojnie, straty osobowe Wejherowskiej Ochotniczej Kompani Harcerskiej przedstawiają się następująco: 20 ochotników zginęło w trakcie walki, 22 zamordowali Niemcy po wzięciu do niewoli, 6 zmarło na skutek odniesionych ran i kontuzji już po walkach, 15 zginęło w walce lub niewyjaśnionych okolicznościach. W sumie, ponad 50 proc. Kompani zginęło - przytacza Paweł Sikora.

To nie byli komuniści

Zachowało się pewne pisemne polecenie z 9 września 1939 r. podpisany przez Franciszka Sokoła - Komisarza Cywilnej Obrony Gdyni do dyrektora Żeglugi Polskiej Jerzego Fink-Finowickiego. - Niniejszym polecam zarządzić wykonanie w warsztatach Żeglugi Polskiej pięciuset drewnianych drążków o długości 2 m. oraz przeróbek tejże ilości kos w celu nasadzenia na wykonane drążki. W wypadku, gdyby ilość kos okazała się niewystarczająca należy wykonać odpowiednie bagnety dla tegoż celu - brzmiało pismo.

Zakłady Żeglugi Polskiej miały zbudować bojowe kosy. W tę prymitywną, ale mającą swoje miejsce w polskiej historii broń zostali uzbrojeni gdynianie z innego, ochotniczego oddziału walczącego w LOW. Kosynierzy walczyli dzielnie, m.in. rejonie Obłuża, potem w obronie koszar Marynarki Wojennej na Oksywiu.

- Czerwoni Kosynierzy skutecznie używali swoich kos postawionych na sztorc, zwłaszcza w czasie nocnych kontrataków, budząc przerażenie Niemców - podkreśla Jarosław Tuliszka. - To byli prawdziwi patrioci, którzy chcieli bronić Gdyni, nawet w sytuacji, gdy nie było dla nich broni. Oczywiście, w miarę trwania walk, w miarę rosnących strat regularnych oddziałów rósł poziom wyposażenia Gdyńskich Kosynierów w broń palną. Po zakończeniu walk Niemcy usilnie poszukiwali Kosynierów Gdyńskich, chcąc ich odpowiednio „potraktować”. Franciszek Sokół został przez Niemców aresztowany i trafił do obozu w Stutthofie, a jednym z zarzutów był jego rozkaz o dostarczeniu kos dla ochotniczej formacji. I, co warto podkreślić, Czerwoni Kosynierzy nie byli oddziałem skupiającym komunistów. Byli to przedstawiciele Polskiej Partii Socjalistycznej, legalnego ugrupowania funkcjonującego w przedwojennej Polsce. Owszem, kolor czerwony był ich partyjną barwą, natomiast na tej czerwieni nigdy nie było sierpa i młota. Dziś, przez taką, a nie inną interpretację historii, Kosynierzy nie mają swojej ulicy w Gdyni.

Pożar, jakiego nigdy nie było

Bronisław Brzóska, zmarły w 2000 r. mieszkaniec Ustki, walczył w LOW, bronił Kępy Oksywskiej we wrześniu 1939 r. Zasłużył na Krzyż Walecznych i, według swoich własnych słów, na Virtuti Militari. Dr Jarosław Tuliszka rozmawiał z Bronisławem Brzóską w latach 80 XX w. Ten opowiedział historykowi o swoich żołnierskich losach. Jeszcze w czasie służby zasadniczej w 1936 r. był świadkiem wizyty rezydenta RP Ignacego Mościckiego na pokładzie ORP Wicher i rozegranego wówczas meczu karcianego z udziałem głowy państwa i marynarzy.

Po mobilizacji służył jako kierowca, dowożąc na linię walk zaopatrzenie i amunicję i transportował rannych z linii walk. Był jednym z dwóch ochotników, którzy przed ewakuacją oddziałów polskich na Kępę Oksywską wysadzili zbiorniki z paliwem w porcie na Oksywiu. Archiwalne zdjęcia pokazują wielką chmurę dymu unoszącą się nad Gdynią. - Takiego pożaru w Gdyni nie było i już nie będzie - mówił Jarosławowi Tuliszce.

Bronisław Brzóska obsługiwał w kolejnych dniach armatę plot. kal. 105 mm.

- W czasie posiłku jeden z żołnierzy przybiegł z wiadomością, że po ataku niemieckiego lotnictwa zaczęła się palić ciężarówka z amunicją. Pierwszą myślą pana Bronisława było - „kto postawił wóz z amunicją blisko ziemianki, w której były kobiety i dzieci - wspomina tamtą rozmowę dr Tuliszka. - Bronisław Brzóska pobiegł na miejsce zdarzeń, wskoczył do szoferki, płaszczem stłumił płomienie i zaryzykował uruchomienie pojazdu. O dziwo, ten zapalił od razu. Marynarz zdołał przestawić płonący samochód na bezpieczną odległość. Ślady tego czynu nosił na rękach w postaci blizn po oparzeniach. Widzący to zdarzenie dowódca baterii armat plot. obiecał mu wtedy wysokie odznaczenie VM i awans. Ostatecznie, w chaosie walk, Bronisław Brzóska odznaczenia nie otrzymał a po zakończeniu walk trafił do niewoli. Po wojnie wrócił nad morze. Jego nazwisko w 2012 r. trafiło do Alei Zasłużonych Ludzi Morza w Rewie.

Dr Jarosław Tuliszka podkreśla, że Bronisław Brzóska stanowi pewien przykład. - Obrońcy Wybrzeża we wrześniu 1939 r. wykonywali swoje zadania najlepiej jak mogli, czym posiadali... Nikt od nich nie oczekiwał zwycięstwa czy skutecznego powstrzymania wroga. Wypełnili swój obowiązek z naddatkiem, bohaterstwem, odwagą, poświęceniem, poczuciem patriotyzmu - zaznacza historyk.

Kości żołnierzy

W latach 80 XX w. uczestnik wrześniowych walk w obronie polskiego wybrzeża, por. Andrzej Chudy, odbył niezwykłą misję. Obszedł całe pole bitwy LOW z 1939 r. dokumentując miejsca pochówku i notując nazwiska poległych, polskich żołnierzy. Mimo tego, kompletna, imienna listy polskich poległych w czasie tamtych walk nie istnieje. - Jeżeli nawet takie listy były sporządzane, a myślę, że tak się działo przynajmniej na początku bitwy, to i tak wszelkie dokumenty wpadły w ręce niemieckie, a w konsekwencji zostały zniszczone, zagubione - mówi dr Jarosław Tuliszka. - Pamiętać też należy, że por. Chudy prowadził swoją misję długo po wojnie, społecznie, bez należytego wsparcia ówczesnych władz. Jego dzieło jest ogromne i ważne, ale nadal jest wiele pytań.

Zaznaczmy, mowa jest o 1500, być może nawet 2 tys. poległych polskich żołnierzy - zmobilizowanych w sierpniu 1939 r. mieszkańców Gdyni, Kaszub. - Dziś można się pokusić np. o policzenie nagrobków polskich obrońców Wybrzeża, natomiast byłaby to ogromna, mrówcza praca - cmentarzy w rejonie dawnych walk jest naprawdę dużo - obok tych największych, jak nekropolie na Oksywiu lub w Redłowie, jest wiele znacznie mniejszych, rozsianych w mniejszych wsiach, od Wejherowa po Oksywie. Na wielu są groby naszych żołnierzy poległych we wrześniu 1939 r. To wszystko świadczy o tragizmie tamtych dni, o tym, jak walki w czasie LOW były krwawe - mówi dr Tuliszka.

Polscy obrońcy wybrzeża spoczywają m.in. na cmentarzu w Gdańsku Zaspie. Pochowano tam Bronisława Szymańskiego (ur. 27 września 1914 r, zmarł z odniesionych ran 3 września 1939 r.), Józefa Nowaczewskiego (ur. 12 kwietnia 1911 r., zmarł z odniesionych ran 12 września 1939 r. o godzinie 2.30), Jana Klejsę (ur. 18 czerwca 1906 r. w Zaworach, pow. Kartuzy, zmarł z odniesionych ran 12 września 1939 r. o godz. 3.30), Jerzego Siemianowa (ur. 16 listopada 1911 r w Aleksandrowie, zmarł z odniesionych ran 13 września, o godz. 14.45), Klemensa Mikołajewskiego (ur. 13 września 1913 r. w Starej Jani, zmarł z odniesionych ran 29 września 1939 r) oraz Jana Sichę (ur. 26 października 1913 r. w Strzebielinie. Ranny, zabrany przez Niemców do szpitala, zmarł 15 września 1939. r.). Sześć mogił oznaczonych jest NN.

- Jeden z tej dwunastki, Jan Sicha, to na pewno obrońca Wybrzeża, uczestnik polskiego wypadu na Osową w dniach 4-5 września 1939 r. Pozostali to też zapewne wzięci do niewoli ranni inni uczestnicy tamtych walk - mówi dr Jarosław Tuliszka.

Nasz rozmówca wskazuje na jeszcze inny problem - szczątki wielu z polskich poległych w czasie LOW do dziś pozostają nie odnalezione. Chodzi o np. przysypanych ziemią w okopach, lejach po bombach poległych, których po ustaniu walk uznawano za zaginionych lub o takich, których groby nie zostały odnalezione i ekshumowane. - Relacja por. Chudego wskazuje na co najmniej trzy miejsca na Kępie Oksywskiej, gdzie w zasypanych okopach spoczywają nasi żołnierze. Chodzi o co najmniej kilkudziesięciu ludzi. Inwestorzy budujący na Kępie Oksywskiej powinni się liczyć z tym, że podczas wykopów mogą natknąć się na ludzkie szczątki. I będą to nasi żołnierze - mówi historyk.

Zaznaczmy, trzy lata temu dr Jarosław Tuliszka doszukał się w dawnych archiwach słupskiego szpitala personaliów trzech zmarłych w niemieckiej niewoli żołnierzy biorących udział w LOW - Brunona Lubeckiego, Stanisława Karbowniczka i Franciszka Grubby. Sprawę opisywaliśmy w „Dzienniku Bałtyckim”. Po lekturze artykułu na naszych łamach zgłosiła się rodzina jednego z trójki żołnierzy - Brunona Lubeckiego, uznawanego od 1939 roku za zaginionego. Być może rodziny pozostałych nadal próbują dowiedzieć się czegoś o losie swoich przodków.

- Potrzebne są bardzo wnikliwe badania historyczne poświęcone polskim poległym w czasie LOW. Nie mamy oczywiście gwarancji, że zakończyłyby się odnalezieniem wszystkich, i uzupełnieniem co do jednego żołnierza, ale przynajmniej należałoby próbować - mówi dr Jarosław Tuliszka.

Historyk wskazuje, że takimi pracami badawczo-archeologicznymi powinna się zająć poświęcona tylko Lądowej Obronie Wybrzeża placówka muzealna.

- To nie musi być wielkie muzeum, niemniej uważam, że utworzenie takiej placówki walczącym w Lądowej Obronie Wybrzeża jesteśmy winni - podkreśla Jarosław Tuliszka.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rutkowski robi show. Zobacz InstaHistorie !

Materiał oryginalny: Polski dowód prawa do morza. Krwawy i konieczny - Dziennik Bałtycki

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie