Zbigniew Marecki

Świadek setek ludzkich tragedii

Zbigniew Has (w środku) z rodziną. Zdjęcie z 1961 roku Fot. Archiwum rodzinne/Głos Pomorza Zbigniew Has (w środku) z rodziną. Zdjęcie z 1961 roku
Zbigniew Marecki

Byłem ministrantem. Uczestniczyłem w setkach pogrzebów Polaków pomordowanych przez Ukraińców. Nie mogę się z tych wspomnień otrząsnąć do dziś - wspomina Zbigniew Has.

Wtedy miał 12 lat. Razem z rodzicami i trzyletnią siostrą Teresą mieszkał przy ul. Cmentarnej we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie cała rodzina schroniła się, gdy ataki ukraińskich nacjonalistów na Kolędowo, oddaloną o 3 kilometry od miasta kolonię, stawały się coraz bardziej niebezpieczne.

- W tym czasie z woli mojej mamy Kazimiery byłem ministrantem w kościele farnym we Włodzimierzu - wspomina pan Zbigniew, obecnie prezes słupskiego Koła Terenowego Stowarzyszenia Upamiętniania Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu.

- Jego proboszcz, ksiądz Kobylecki, stwierdził, że nie będzie ściągał innych ministrantów z miasta. Dlatego razem z nim i innymi księżmi chodziłem na pochówki ludzi, którzy byli owinięci w prześcieradła. Najczęściej chowano ich w skrzyniach zbitych z nieheblowanych desek.

Do tej pory przypomina sobie strasznie pokrojone ciała ludzi, których zabijano toporkami, kosami i widłami.
- Nie chciało się wierzyć, że ludzie byli zdolni do takiego okrucieństwa i świadomego ludobójstwa - dodaje.

Zanim jednak do tego doszło, przeżył w miarę spokojne dzieciństwo. Jego ojciec, Stanisław Has, był rolnikiem, a mama zajmowała się domem i dorabiała szyciem. Ojciec na rok przed narodzinami Zbigniewa, najstarszego syna , w 1930 roku został wcielony do wojska. Służył w Ostrogu, 10 km od granicy z ZSRR, gdzie stacjonował 19. Pułk Ułanów Wołyńskich. Był dowódcą drużyny ręcznych karabinów maszynowych.

- Gdy już byłem znacznie starszy, dowiedziałem się od ojca, że już wtedy, z racji kontaktów z pogranicznikami, miał styczność z ukraińską opozycją przeciw Polsce, którą wspierali Rosjanie - dodaje pan Zbigniew. - Po 1935 roku polskie władze prowadziły wymierzone w nią akcje porządkowe. Do tego celu wykorzystywano wojsko. Choć zdarzały się mordy na Polakach, to generalnie na terenach przygranicznych panował porządek.

W lutym 1940 roku zaczęty się pierwsze wywózki na Sybir. Trafiali na nie przede wszystkim ci, którzy znaleźli się na listach tworzonych przez ukraińską organizację żydowską, która współpracowała z NKWD. Ojciec pana Zbigniewa był przez jej funkcjonariuszy trzy razy aresztowany, ale ponieważ znał język rosyjski, jakoś się wykręcał.

- Niewiele jednak brakowało, a całą rodziną znaleźlibyśmy się także na Syberii, bo naszą wywózkę wyznaczono na 23 czerwca 1941 - wspomina pan Zbigniew.

- Tymczasem 21 czerwca Hitler zaatakował Sowietów. Zaczęła się nowa okupacja. W czasie niemieckiej okupacji mały Has chodził na tajne komplety, bo w przedwojennej szkole polskiej skończył tylko I klasę. Miał dużo wolnego, więc razem z kolegami obserwował, co się wokół niego działo. Widział, jak na początku 1942 roku na ulicach pojawiła się ukraińska policja, a rok później dołączyli do niej ukraińscy członkowie 14. Ochotniczej Dywizji SS "Galizien".

Pewnego dnia Stanisław Has już był w pociągu, który miał go wywieźć na roboty do Niemiec, ale wagonów pilnowali znajomi Ukraińcy, a ci pozwolili mu uciec z przygotowywanego transportu.

- Nie wszyscy jednak mieli tyle szczęścia. Jesienią 1942 roku przyjechała do nas w odwiedziny z Roztocza mama mojej mamy. 65-letnia Katarzyna Gac, która w tym celu przekroczyła granicę na Bugu. Ktoś doniósł, że przebywa u nas nieznajoma osoba. Akurat byłem w domu sam z babcią, gdy przyszli do nas dwaj ukraińscy milicjanci.

Zabrali babcię, bo według nich była szpiegiem. Strzelili jej w plecy jakieś 150 metrów od naszego domu.

W tym czasie antypolskie nastroje na Wołyniu zaczęły narastać. Na murach wielu budynków pojawiły się różne złowieszcze dla Polaków napisy: "Śmierć Lachom" albo "Niech żyje wolna Ukraina".

- Polacy za bardzo się nimi nie przejmowali. Między sobą mówili, że to minie, ale nie minęło - dodaje pan Zbigniew.
Już jesienią 1942 roku ukraińscy nacjonaliści przychodzili do ostatnich chat kolonii Kolędowo. Zwykle pojawiali się pod wieczór, w małych 3-4-osobowych grupkach.

- We wsi Komarówka, gdzie mieszkała moja babcia od strony ojca, na widłach przynosili płonące snopki i rzucali je na domy Polaków. Tam wcześnie zaczęła działać polska Samoobrona. Należący do niej mężczyźni strzelali do Ukraińców, gdy atakowali całym tłumem. Niestety, było ich tylu, że pewnej nocy, jesienią 1942 roku spalili całą wieś. Nie wszystkim Polakom udało się uciec do Włodzimierza - dodaje pan Zbigniew.

W 1943 roku Samoobrona powstała także w Kolędowie. Stanisław Has został jej komendantem. Ludzie z tej miejscowości wtedy już spali w mieście, a Samoobrona pilnowała opuszczonych domów. Na przełomie marca i kwietnia Ukraińcy już spalili tyle chat w Kolędowie, że rodzina Hasów postanowiła się na stałe przenieść do Włodzimierza. Wtedy zamieszkali przy ul. Cmentarnej.

- Podczas kilku miesięcy napatrzyłem się na tyle nieszczęścia i tylu okrutnie pomordowanych ludzi, że trudno było spać - wspomina pan Zbigniew
Jednak widział nie tylko zabitych Polaków. Pewnego dnia był świadkiem, jak niemiecka żandarmeria powiesiła na szubienicy obok miejscowego kina czterech Ukraińców.

- Z nasypu kolejowego widzieliśmy też z kolegami, jak Niemcy wywozili z getta we Włodzimierzu zamkniętych tam Żydów. Kazali im siedzieć w kucki na przyczepie ciężarówki, a ukraiński policjant bił ich po głowach grubym kołkiem, gdy się ruszali. Pewnego dnia jednak grupa Żydów się zbuntowała. Wyrzucili policjanta z ciężarówki, zapukali do kierowcy, a gdy się zatrzymał, rozbiegli się po mieście. Jeden z nich zmarł obok rzeki. Chyba na zawał serca - mówi pan Zbigniew.

Wywózka Żydów trwała dwa tygodnie. Niemcy zabijali ich w lesie w miejscowości Pietydnie. Najpierw musieli wykopać ogromne jamy, a potem byli muszani do rozbierania się do naga. Ludzie mówili, że zastrzelonych Niemcy posypywali wapnem i piaskiem, a następnie układali kolejną warstwę trupów. Odzież zabierali do jakiejś przetwórni. U nich nic się nie zmarnowało - relacjonuje pan Zbigniew.

On sam także omal nie stracił życia. Gdy zimą 1943 roku saniami, które ciągnął koń, wiózł z rozkazu ojca z Włodzimierza do wsi Moczyska worki z bronią, bo tam formowała się pierwsza grupa Armii Krajowej, przyszła 27. Dywizja Wołyńska. Wtedy na jego drodze stanęli ubrani w białe skafandry zimowe ukraińscy żołnierze z SS Galizien.

- Jeden z nich zerwał ze mnie pas wojskowy, którym byłem owinięty Na szczęście drugi, chyba dowódca, zdenerwował się jego zachowaniem. Oddał mi w zamian pas Ukraińca i kazał jechać dalej. Gdyby zajrzeli do worków, byłoby po mnie - przypuszcza pan Zbigniew.

Ponieważ we Włodzimierzu było już bardzo niebezpiecznie, w lutym 1944 roku rodzina Hasów z innymi postanowiła uciekać za Bug. - Zanim nas przepuszczono przez granicę, w Uściluku musieliśmy patrzeć, jak żołnierze SS Galizien przenosili 19 poległych kolegów. Trwało to strasznie długo. Później dowiedziałem się, że ci, którzy nie przeszli wtedy przez granicę, zostali w nocy wymordowani - dodaje pan Zbigniew.

ZBIGNIEW MARECKI, Głos Pomorza

Zbigniew Marecki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.