Cezary Kassak

Dzieciństwo spędzone na trzepaku. Jak się bawiliśmy?

Trzepak służył nie tylko do czyszczenia dywanów. Stanowił punkt zborny. Można tu było poćwiczyć, omówić podwórkowe plany Fot. archiwum Trzepak służył nie tylko do czyszczenia dywanów. Stanowił punkt zborny. Można tu było poćwiczyć, omówić podwórkowe plany
Cezary Kassak

Nie było Internetu, smartfonów ani PlayStation, za to było... podwórko. I tam nikt się nie nudził. Przypomnijmy sobie kultowe gry i zabawy sprzed lat

"Ciągle żyję jak dzieciak" - śpiewa wokalista hip-hopowej grupy Rasmentalism w piosence, której tytuł jest pytaniem: „Wyjdziesz na dwór?”. Na to pytanie w dzieciństwie często odpowiadali, a także sami zadawali je innym, mający dziś 40 czy 50 lat. Z tą różnicą, że w naszym regionie nie wychodziło się „na dwór”, tylko „na pole”.

- Gdy miałem 8, 10, 12 lat, najszczęśliwszy byłem wtedy, kiedy przebywałem na podwórku, pod swoim blokiem. To był mój żywioł. Tam miałem najlepszych kumpli, tam każdego dnia zdawało się swoisty egzamin z koleżeńskości, zaradności, sprytu - opowiada rzeszowianin Filip Kruszański. Lata temu prawie każdą wolną chwilę na podwórku spędzał Waldemar Wywrocki, dzisiaj radny Rzeszowa i nauczyciel muzyki. - Czasem nawet posiłek zdarzało mi się zjeść na ławce przed blokiem - śmieje się.

Co prawda, byli i tacy, którzy na pole nie wychodzili. Niektórzy dlatego, że mieli naturę domatorów, innym wychodzić nie pozwalali rodzice. Odsetek takich nieszczęśników był jednak znikomy. Jeszcze w latach 80. ub. stulecia na podwórkach istniały raczej kłopoty bogactwa. Dzieci było tyle, że czasem trudno było im uzgodnić, w co się bawić. Gdy jedni proponowali „harcerskie” podchody, drudzy optowali za berkiem, grą w klasy albo w dwa ognie. - Podwórko uczyło współpracy, trzeba się było porozumiewać, dogadywać. W cenie były też pomysłowość i własna inicjatywa, uwielbialiśmy wymyślać swoj e zabawy - zaznacza Wywrocki.

Jedyny taki Wyścig Pokoju

Podwórkowym szlagierem lat 70. i 80. była gra w kapsle (co poniektórzy mówili, że grają w „trasę”). Pstrykało się je palcami, a uczestnicy gry zwyczajowo występowali w charakterze kolarzy startujących w Wyścigu Pokoju. Kapsle wypełniano np. plasteliną i ozdabiano flagą państwa, ew. nazwiskiem kolarza. Można było grać i guzikami. Potrzebna była jeszcze kreda bądź farba, nieodzowna do wytyczenia trasy na asfalcie.

W ruch często szły również... elementy do podków końskich. Nazywano je haclami, ciupami; w naszych stronach dominowało określenie „sztole”. W tej grze liczyły się refleks oraz zręczność. Sztole rzucone do góry należało chwycić w dłoń, a w tym czasie ta sama ręka musiała jeszcze podnieść kolejne sztole z podłoża. Rozgrywki toczyły się na podwórkach, ale równie często - na szkolnych korytarzach. - W swoim czasie była moda na latawce - opowiada Waldemar Wywrocki. - I nie, że się je kupowało - robiło się własnym sumptem. Podobnie jak minigokarty. Brało się deski, cztery łożyska i powstawał malutki pojazd.
Dziewczęta z zapałem bawiły się m.in. w dom, ćwiczyły z hula-hoopem, no i, przede wszystkim, grały w gumę. „Guma była zwykłą gumką z pasmanterii” - pisze w książce „Niedziela bez Teleranka” Beata Tadla. - „Dwie osoby rozciągały ją, oplatając sobie nogi, a trzecia skakała tak, by się nie zaplątać. Pierwszy - najłatwiejszy - poziom to kostki, ostatni, najtrudniejszy - szyjka”.

Milicjanci i złodzieje

Dużo rozrywek było koedukacyjnych. Choćby zabawa w chowanego. - Chętnych do zabawy rekrutowało się za pomocą wierszyka: „Palec pod budkę, bo za minutkę zamykam budkę” - wspomina Jakub Uhrin, mieszkaniec Opola, krośnianin z urodzenia. - Pamiętam klupiankę vel klupankę - najważniejsze miejsce, gdzie trzeba było dotrzeć, tak aby nie zauważył nas gracz, który krył, to znaczy szukał pozostałych. A jeżeli ktoś naruszył reguły i zabawę trzeba było przerwać, krzyczało się „pobite gary!”.

Kilkadziesiąt lat temu dzieci z lubością wcielały się w role milicjantów i złodziei. Reguły były proste: jedni (milicjanci) gonili drugich (złodziei). O tym, kto do jakiej grupy należał, rozstrzygało losowanie. - Większość marzyła, żeby los wyznaczył im rolę złodzieja. Może to dlatego, że funkcjonariusze MO generalnie nie cieszyli się nadmiernie dużą estymą. No, ale „złodziej” też przecież nie brzmi dumnie - zauważa z uśmiechem Filip Kruszański. - Ja, oprócz standardowych zabaw w Indian albo w ściganego, lubiłem robić użytek z długich szklanych rurek - dorzuca Tomasz z Rzeszowa. - Nie pamiętam, skąd je braliśmy, w każdym razie pluliśmy przez nie ryżem, względnie kulkami z plasteliny. Dostać taką kulką - to nie było przyjemne...

Bywało niebezpiecznie

Ulubione miejsce spotkań i długich dysput na podwórku stanowił trzepak (lub kilka trzepaków). Tutaj można się było wyrobić towarzysko, ale i sprawnościowo. Dzieciarnia wykonywała fikołki czy wymyki, których nie powstydziliby się profesjonalni akrobaci. Zdarzało się jednak, że te popisy kończyły się bolesnymi upadkami. - To fakt, że nieraz wymyślaliśmy zabawy, które naszym rodzicom mogłyby zmrozić krew w żyłach - przyznaje Wywrocki. - Dla przykładu, wychodziło się na wieżowiec i podziwiało panoramę miasta. Albo urządzaliśmy zawody, kto z największej wysokości skoczy na górkę z piasku. Albo właziliśmy do kanału telekomunikacyjnego na swoim osiedlu, a wychodziliśmy w kanale przy ul. Dąbrow-skiego. Pod ziemią szło się 2-3 km.

Młodzi poszukiwacze mocnych wrażeń pasjami przygotowywali i odpalali mieszanki z saletrą, karbidem. Pan Tomasz z kolei przypomina sobie wojny blokowe. - Było wtedy trochę śmiechu, ale i chuligaństwa - nie ukrywa. - Z rówieśnikami z sąsiedniego blokowiska stawaliśmy np. po przeciwnych stronach ulicy i obrzucaliśmy się różnymi rzeczami. Za narzędzia walki służyły m.in. jajka, grudy ziemi albo. kalarepa, w którą wtykało się kolce róży. Wojna trwała z reguły przez parę dni, po czym następowało zawieszenie broni. Rozmaite ryzykowne tudzież łobuzerskie pomysły można było wprowadzać w czyn głównie dzięki temu, że w tamtych czasach dzieci na podwórkach przeważnie pozbawione były wnikliwej kurateli rodziców. - Rodzice na ogół stali akurat w sklepowej kolejce - dopowiada Wywrocki.

Na tropach Deyny i Bońka

Przypominając, jak przed laty wyglądało życie na podwórku, grzechem byłoby nie napomknąć o piłce nożnej i zabawach około-piłkarskich. - Futbol to była nasza miłość - podkreśla pan Waldemar. Organizowano mecze blok na blok, klatka na klatkę. Odbywały się zmagania w żonglowaniu piłką. Sympatycznym „wypełniaczem czasu” była siatkonoga. Wzięcie miała gra w beki - piłkarski pojedynek, ale jeden na jednego i bez możliwości przekraczania połowy boiska. Popularna była też gra w kwadraty, które rysowano kredą. Piłkę wolno było podbijać nogą, głową. Z rywalizacji odpadał ten, na którego polu futbolówka odbiła się dwa razy.

Trzeba wiedzieć, że dawniej każdy małolat, posiadający własną piłkę do „nogi”, miał prawo chodzić dumny jak paw, ponieważ futbolówka to nie była błaha rzecz. Deficyt piłek był tak dotkliwy, że czasami padały one łupem złodziei. -Ceniono zwłaszcza „prawdziwe” piłki. Czyli mające taki sam rozmiar jak piłki, którymi grali dorośli piłkarze - wyjaśnia Jakub Uhrin.

- Moja pierwsza gała nazywała się Saturn - włącza się Kruszański. - Była wprawdzie „wymiarowa”, ale w latach 80. zeszłego wieku nasz główny przedmiot pożądania stanowiły piłki „Jupiter P5”. Nimi rozgrywały mecze Resovia czy Stal Rzeszów.
Infrastruktura boiskowa pozostawiała wiele do życzenia, ale nikt nie miał wygórowanych oczekiwań. Areną frapującego piłkarskiego widowiska mógł stać się w gruncie rzeczy każdy trawnik. Słupki bramek robiono z cegłówek, kamieni, fragmentów odzieży, wykorzystywano rosnące drzewka. Uprawiano, rzecz jasna, i inne dyscypliny. Pan Tomasz pamięta, jak z kolegami na podwórku urządzał zawody żużlowe. - Jeździliśmy, oczywiście, na rowerach, np. na składakach „Wigry”. Niekiedy dochodziło do kolizji, a niektórzy przewracali się... celowo, aby dodać wyścigom dramatyzmu.

My się zimy nie boimy

- Śpiewająco zapewniały dzieciaki przy różnych okazjach. A kiedyś zima to była... zima, śnieg leżał tygodniami. Podwórka wcale wówczas nie zamierały, prawdziwie zimowa pogoda stwarzała szerokie możliwości interesującego spędzania czasu. Można było ulepić bałwana, stoczyć bój na śnieżki, pójść na lodowisko i pośmigać na łyżwach. - A jaką wspaniałą trasę mieliśmy do jazdy na sankach! - przypomina sobie Waldemar Wywrocki. - Jak jeszcze nie było obwodnicy południowej, to z górki obok cmentarza Staroniwa, gdzie teraz biegnie ulica Panoramiczna, zjeżdżaliśmy aż do ulicy Szarych Szeregów (wtedy ul. Warskiego - red.). Trasa liczyła dobre kilkaset metrów. - Zimą obowiązkowo budowaliśmy igloo - dopowiada Wywrocki. - I pilnowało się, by ktoś nam naszego igloo nie zniszczył.

Swoich wielbicieli miał hokej. Kruszański: Lodowisko robiliśmy sami; wiadrami rozlewaliśmy wodę na placu przed blokiem. Kto nie miał łyżew, po lodzie poruszał się w samych butach. W sklepie „Maraton” przy ul. Marchlewskiego (obecnie ul. Lisa-Kuli - red.) zaopatrywaliśmy się w krążki i kije. Hokejowy kij dało się zresztą zrobić samemu. A jeśli aura nie sprzyjała zabawom na polu, to zapraszało się znajomych do domu, by zagrać z nimi w państwa-miasta, bierki, statki, spróbować szczęścia w grach planszowych lub zabawić się w ciepło-zimno.

Zabaw było bez liku, wszystkich wymienić nie sposób. Wspomnijmy jeszcze tylko otym, że był taki okres, kiedy wśród młodzieży panował istny szał karciany. Grano m.in. w pana, inaczej nazywanego inteligentem (posługiwano się jeszcze inną nazwą, ale wysoce niecenzuralną), w makao, tysiąca, kuku, wojnę, świnię. - Dobre było 66, rozwijało myślenie. Potrafiliśmy w to grać i po 10 godzin - wspomina pan Waldemar.

Tamtych podwórek już nie ma

Podwórka, niegdyś tętniące życiem, dziś opustoszały. Młodzi raczej preferują inne rozrywki, mają komputery, Internet, multum kanałów w telewizji. Na podwórkach widać głównie matki z malutkimi dziećmi. - Te nieco starsze dzieciaki mają teraz także sporo zajęć pozalekcyjnych, uczęszczają na karate, akrobatykę, naukę tańca - zauważa Wywrocki. - Oczywiście, dobrze, że są te zajęcia. Według mnie jednak żadne zajęcia, a tym bardziej gry komputerowe, nie dadzą młodzieży tego, co nam kiedyś dawało podwórko. Ileż tam było przygód, przyjaźni, śmiechu, płaczu...

Cezary Kassak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.