Dzięki tej akcji uratowano żołnierzy AK

24 lipca 1966 roku odbyło się odsłonięcie pomnika Partyzanta Armii Krajowej upamiętniającego brawurową akcję. Fot. Archiwum urzędu gminy w Niebylcu 24 lipca 1966 roku odbyło się odsłonięcie pomnika Partyzanta Armii Krajowej upamiętniającego brawurową akcję.

Wszystko zaczęło się od aresztowania komendanta krakowskiego okręgu Armii Krajowej

W ręce gestapo wpadła lista awansowa kilkuset żołnierzy i oficerów AK. Lista była wprawdzie szyfrowana, ale by nazwiska żołnierzy AK stały się dla okupantów jawne, było tylko kwestią czasu. Wśród zagrożonych dekonspiracją znaleźli się m.in. żołnierze Inspektoratu Rzeszowskiego AK.

Na początku lipca 1944 roku Niemcy mieli już listę nazwisk i plan aresztowań. 3 lipca nad ranem samochody niemieckie wyjechały z Rzeszowa do Dobrzechowa, gdzie ujęto ppor. Bolesława Indyka, ps. "Iperyk", zastępcę dowódcy oddziału partyzanckiego "Rakieta".

W Godowej usiłowano aresztować Tadeusza Moskala, ps. "Tur", dowódcę grupy dywersyjnej. Zdołał uciec, ale ostatecznie zgłosił się sam, kiedy zobaczył, że Niemcy przystawili do skroni jego brata pistolet. W Lutczy ujęto zastępcę dowódcy placówki, a z nim - zaszyfrowaną listę ponad 600 nazwisk i pseudonimów żołnierzy AK. Niemieckie wozy ruszyły do Niebylca i Gwoźnicy po kolejnych zatrzymanych, po czym zawróciły z aresztowanymi do Rzeszowa.

Kontrakcja

Pozostali konspiratorzy o aresztowaniach natychmiast powiadomili telefonicznie placówkę w Czudcu. Nikt nie miał pojęcia, którędy Niemcy będą wracać do Rzeszowa i czy rzeczywiście będą wracać, ale dowództwo czudeckiej placówki wysłało gońców pieszych i rowerowych z alarmem do podległych jednostek.

Zmobilizowano się natychmiast, plan na taką sytuację był ten sam - przeciąć niemieckiemu konwojowi drogi odwrotu, dlatego obstawiono drogi dojazdowe w kierunku Rzeszowa. Jedna grupa zaczaiła się na drodze na granicy Lutczy i Żyznowa na wypadek gdyby konwój z aresztowanymi miał jechać do Strzyżowa.

W tym samym czasie łącznicy ze Strzyżowa pobiegli zaalarmować oddział niebylecki AK. Dotarli do Połomi na kilkadziesiąt minut przez przejazdem dwóch niemieckich ciężarówek z zatrzymanymi. Nie wiedzieli jednak więźniów jest transportowanych oraz jak liczną i jak mocno uzbrojoną konwój ma ochronę.

Trzynastu żołnierzy AK przyczaiło się przy drodze w Połomii z jednym zaledwie pistoletem maszynowym, kilkoma karabinami i kilkoma butelkami benzyny.

Kierowcę i pasażera pierwszej ciężarówki skosiła seria z pistoletu maszynowego, wóz stoczył się maską do rowu, a pilnujący więźniów Niemcy runęli na więźniów. Ci, choć z rękami związanymi drutem kolczastym, zdołali obezwładnić strażnika. Zaczęła się nierówna walka, bo - jak się potem okazało - żołnierze AK mieli przeciwko sobie ok. 20 mocno uzbrojonych Niemców.

Na pomoc konwojowi pierwszej ciężarówki przyjechała druga. Istniało prawdopodobieństwo, że bardzo słabo uzbrojeni partyzanci zostaną zmiażdżeni siłą ognia przeciwników. Wtedy dowódca oddziału AK dał sygnał tym podwładnym, którzy wprawdzie nie mieli broni, ale z butelkami z benzyną przyczaili się nad strumykiem.

Gromki ryk "huraaaa!" wywołał wśród Niemców panikę, szybko wycofali się do drugiej ciężarówki i odjechali w kierunku Rzeszowa, zostawiając na miejscu czterech zabitych. Po stronie partyzantów strat nie było.

Były za to zdobyczne: karabin maszynowy, ciężarówka, amunicja, teczka z tajnymi dokumentami, a przede wszystkim - siedmiu odbitych więźniów. Co przewoziła druga ciężarówka - nie wiadomo do dziś. Był wśród nich Tadeusz Moskal "Tur" zakatowany przez gestapo na rzeszowskim zamku, Tadeusz Kawalec z Połomi, który zginął w oświęcimskim obozie, Józef Kiełbasa z Baryczki, który przeżył Oświęcim tylko dlatego, że pracował w kuchni i żywił się łupinami ziemniaków. W tym samym obozie zginęło jeszcze trzech ich kolegów z tego konwoju.

Republika lokalna

Brawurowa akcja w Połomi, a także udane rozbicie ekspedycji niemieckiej w Hyżnym przeprowadzone w tym samym dniu to dwie udane akcje miejscowych żołnierzy. Były one początkiem tzw. Rzeczpospolitej Hyżnieńsko - Niebyleckiej.

Chwilę po partyzanckim ataku w Połomi przeciwko partyzantom ruszył oddział żandarmerii niemieckiej ze Strzyżowa. Niemcy trafili na odpoczywających po walce żołnierzy AK. Potyczka była krótka. Pierwszy strzał karabinowy powalił jadącego konno komendanta żandarmów, chwilę później jego podwładni uciekli. Sukcesy ośmieliły partyzantów - opanowano posterunek żandarmerii w Niebylcu, potem rozbijano kolejne placówki.

- Armia Krajowa od tego momentu zyskała kontrolę nad terenem i utrzymała ją aż do wkroczenia wojsk sowieckich - tłumaczy dr Piotr Szopa z rzeszowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej.

NOWINY

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.