Ekstra
Magazyn
Ekstra Magazyn

Najlepsze teksty z całej Polski, w każdy piątek dla wszystkich prenumeratorów Cyfrowych. Poznaj Ekstra Magazyn

Nekrofil Kolanowski. Przerażający seryjny morderca z lat 80.

Czytaj dalej
Fot. archiwum śledztwa
Katarzyna Kaczorowska

Nekrofil Kolanowski. Przerażający seryjny morderca z lat 80.

Katarzyna Kaczorowska

To jeden z najbardziej makabrycznych seryjnych zabójców w PRL. Edmund Kolanowski był nekrofilem, który profanował i okaleczał ciała swoich ofiar i zwłoki wykopane z grobów.

Historia życia Edmunda Kolanowskiego przeniesiona na ekran mogłaby być wyświetlana chyba tylko dla specjalistów badających rozmaite patologie życia seksualnego. Widz, nawet taki, który lubi epatowanie przemocą, nie zniósłby opowieści o nekrofilu, który został mordercą. Ale zacznijmy tę opowieść od początku.

Jest 24 października 1947 r. Na świat przychodzi drugi syn państwa Kolanowskich. Dostanie na imię Edmund. Trzydzieści dziewięć lat później Edmund zostanie powieszony.

Nie miał szczęśliwego dzieciństwa. Nie kochała go matka, która nie mogła przeboleć śmierci starszego synka Andrzeja i z małym Edkiem jeździła na cmentarz w Miłostowie, na którym wiele lat później dopuści się on pierwszego zhańbienia kobiecych zwłok. Nie wiadomo, czy irracjonalnie obwiniała młodsze dziecko o śmierć starszego, dlaczego bezbronną i całkowicie zależną od niej istotę obdarzała na zmianę niechęcią i nienawiścią, czemu któregoś razu powiedziała mu ze złością: „żałuję, że nie utopiłam cię w pierwszej kapieli”... Miłości czy choćby akceptacji nie miał też Edek ze strony ojca - były więzień obozu koncentracyjnego Auschwitz po powrocie do życia tego życia nie potrafił sobie ułożyć. Obozowe piekło musiało wciąż do niego wracać, bo pił. A jak pił, to bił i żonę, i małego Edka, który próbował bronić matkę.

Nic dziwnego, że był dzieckiem zahukanym, nieśmiałym i zamkniętym w sobie. Matka nie pracowała, więc chłopiec nie chodził do żłobka ani do przedszkola. Nie lepiej było w szkole i na podwórku - Edek, dziecko z skazą dermatologiczną na twarzy, wiecznie sączącymi się pryszczami, strupkami, raczej odstraszał, niż zachęcał do wspólnej zabawy. A do tego jeszcze na lekcjach też szło mu kiepsko. Repetował pierwszą klasę. Potem trzecią i piątą.

Za kiepskimi ocenami szły też uwagi i fatalne noty z zachowania. Dziecko wymagające opieki, uwagi i miłości uznano jednak za wymagające leczenia psychiatrycznego i zamknięto je w zakładzie dla psychicznie i nerwowo chorych. Tam Edek miał skończyć szkołę podstawową, ale chyba nikt nie przewidział, że dostanie też inne, wyjątkowe lekcje - systematycznie wdrapywał się na drzewo, z którego miał widok wprost na okna prosektorium. Razem z innymi chłopcami zamkniętymi w zakładzie oglądali sekcje zwłok i obojętnieli na martwe ludzkie ciała. I jakby było mało tej trupiej makabry - podopieczni szpitala z nudów bawili się na pobliskim poniemieckim cmentarzu, na którym nie brakowało grobowców, idealnych na kryjówki.

Kto porwał ciało?

Rodzina 69-letniej Katarzyny P. była w szoku. Kiedy 27 lutego 1982 r. zebrali się w kaplicy cmentarza w Naramowicach, by godnie wziąć udział w pogrzebie, po otwarciu trumny okazało się, że w środku nie ma ciała. Owszem, były książeczka do nabożeństwa, różaniec, czarne pantofle, ale nie było Katarzyny P., która jeszcze 26 lutego w trumnie leżała, ubrana w stosowne odzienie, z butami na stopach i różańcem wokół dłoni.

Kobietę znaleziono kilka dni później na polu niedaleko cmentarza. Ciało było rozebrane. Ale najbardziej szokujące było to, że ten, kto je ukradł z trumny i obnażył, wyciął piersi i narządy płciowe. W czasach wszechobowiązującej cenzury informacja o dewiancie, który ukradł i zbezcześcił zwłoki, nie miała prawa znaleźć się w jakiejkolwiek gazecie, a tym bardziej w rzeczywistości stanu wojennego. Ale zbrodni, do której doszło pół roku później, już ukryć się nie dało.

Kolanowski wybierał świeże groby, które można było łatwo rozkopać, by wydobyć z nich trumnę z ciałem
archiwum śledztwa Podczas wizji lokalnej Edmund Kolanowski pokazywał milicjantom i prokuratorowi, jak wykopywał zwłoki i przenosił je na pole niedaleko cmentarza

Kiedy 11-letnia Alinka nie wróciła do domu, zaniepokojony ojciec pobiegł na milicję - na komisariat na Starym Mieście w Poznaniu. Dziewczynka, jak zwykle po lekcjach, pojechała na czerwonym składaku na łąkę między ulicą Łużycka a Jasną Rolą narwać trawy dla królików. Miała wrócić najpóźniej za godzinę, może dwie, ale nie wróciła na noc. Na poszukiwania dziecka wyruszyło czterdziestu milicjantów, były psy tropiące, ale Alinki nie odnaleziono. Kolejnym krokiem był apel w „Dzienniku Telewizyjnym”, który też nie popchnął śledztwa do przodu. Szukano wokół Ulmutowa, gdzie mieszkała dziewczynka. Płetwonurkowie sprawdzali okoliczne stawy i glinianki. Kiedy po miesiącu od zaginięcia, 15 grudnia 1982 r., w końcu znaleziono martwą Alinkę - na nasypie kolejowym - rozebraną i z obrażeniami dokładnie takimi samymi jak na ciele Katarzyny P., cała milicja z Poznania została postawiona na nogi. Nekrofil mógł być przerażający, ale interesowały go tylko martwe ciała. Śmierć i okaleczenie dziecka oznaczało, że człowiek o szokujących potrzebach seksualnych przekroczył barierę i może zacząć szukać kolejnych ofiar. Tym bardziej że na milicję zaczęły docierać sygnały o przypadkach bezczeszczenia zwłok na poznańskich cmentarzach.

Złego początki

Edmundowi nie wiodło się nie tylko w podstawówce. Z zawodówki wyleciał, bo dyrektor uznał, że nic z niego nie będzie - chłopak miał na pierwsze półrocze dwójki ze wszystkich przedmiotów i nie poprawił ich na koniec roku. Ale nie mógł też nic nie robić, więc matka wysłała go do elektryka na przyuczenie fachu - prywatnie.

Piętnastolatek, w którym szalały hormony i który zaczął się uważniej przyglądać dziewczynom, ani nie miał z kim porozmawiać o tym, co się z nim dzieje, ani nie miał szans choćby za zaproszenie koleżanki na ciastko czy lody. Jeździł więc w okolice poznańskiej akademii medycznej, zaczajał się na studentki i próbował je obłapiać za biust, pośladki, czasem wkładając rękę pod spódnicę czy sukienkę. Ponad 20 lat później, w czasie przesłuchań na milicji, zezna, że nie wiedział, jak się umówić z dziewczyną, jak ją zaczepić i poderwać. Owszem, czasem wydawało się, że może w końcu dostanie to, czego tak pragnął, ale jak miało dojść do zbliżenia, to w przenośni i dosłownie nie był w stanie stanąć na wysokości zadania.

Napięcie i wstyd, jakie narastały w Edku Kolanowskim, były tak silne, że któregoś dnia nastolatek próbował się zabić, wbijając sobie nóż w brzuch. Uratowali go chirurdzy, ale nie pojawił się żaden dobry psychiatra, który pomógłby wyprowadzić go z drogi, na którą zaczął zmierzać. Bo Edmund, któremu nie szło z żywymi dziewczynami, zaczął sobie jakoś radzić. Kradł z podwórek damską bieliznę wiszącą na sznurkach. Zdobycz zabierał do domu i nakładał na siebie. Tak przebrany zaspokajał swoje pragnienia, a później ukrywał majtki i biustonosze w szopie na podwórku. Pierwszy prawdziwy stosunek seksualny odbył z prostytutką - miał wtedy 22 lata i po latach opowiedział o tym doświadczeniu śledczym, którzy dowiedzieli się, że Kolanowski nie tylko sprawdził się w końcu jako mężczyzna, ale dostał też lekcję wychowania seksualnego. Kobieta, której zapłacił, pokazała mu kilka pozycji, które mogły mu dodać pewności siebie w sytuacjach intymnych.

Czy ta lekcja mu pomogła? Niewykluczone, bo w 1970 r. Edmund Kolanowski ożenił się z salową ze szpitala miejskiego. Zamieszkali z Zofią w mieszkaniu, w którym do dyspozycji mieli własny pokój, ale kuchnię i łazienkę dzielili z dwiema staruszkami.

Rok później jedna z nich umarła. W mieszkaniu. Zwłoki w pokoju obok musiały wywołać w Kolanowskim rozmaite skojarzenia. Pewnie przypomniał mu się zakład dla psychicznie chorych, gdzie podglądał sekcje zwłok i zabawy na poniemieckim cmentarzu. Nie bał się trupa. Trup go pociągał. Tak bardzo, że nie mógł się powstrzymać i wszedł do pokoju, w którym leżały zwłoki. W 1982 r. przesłuchujący Kolanowskiego milicjanci usłyszeli, że wtedy, w 1971 r., podszedł do łóżka, na którym leżały zawinięte w prześcieradło zwłoki sąsiadki. Zaczął je odkrywać. A jak już odkrył, zaczął dotykać.

Milicjantom przyznał się w czasie kolejnych przesłuchań, że profanacji ciała na cmentarzu dopuścił pierwszy raz w życiu, kiedy miał 25 lat. Po prostu poszedł, wybrał świeży grób, wykopał trumnę, odchylił wieko i onanizował się na trupa. Po wszystkim zamknął trumnę i zakopał z powrotem. Nikt się nie dowiedział, że ktokolwiek w jakikolwiek sposób naruszył spokój zmarłej.

W pewną majową noc

Po zabójstwie 11-letniej Alinki, której ciało miało charakterystyczne okaleczenia, po kolejnych sygnałach o naruszeniach grobów i zbezczeszczonych w taki sam sposób zwłokach, milicja zaczęła obstawiać poznańskie nekropolie.

Założono, że poszukiwany mężczyzna jest drobnej budowy i średniego wzrostu - na miejscu kolejnych eskapad poszukiwanego zabezpieczano kolejne ślady butów. W nocy z 6 na 7 maja 1983 r. sukces wydawał się bliski. Kolanowski nie wpadł na to, że w środku nocy na cmentarzu może nie być sam. Kiedy milicjanci zobaczyli, że ktoś zapala świeczkę na jednym z grobów, ruszyli, by złapać nieznajomego. Ten uciekł, lepiej znał cmentarz, ale zostawił rozkopany grób i ślady jednoznacznie sugerujące, że uciekinier jest poszukiwanym nekrofilem.

Do pracy przystąpili milicjanci, których dzisiaj nazwano by profilerami - założono, że zabójca Alinki najprawdopodobniej albo pracuje w fabryce produkującej kosmetyki Pollena Łaskarzew, bo przy grobie znaleziono beżowy papier z takim napisem, albo w drukarni, gdzie drukowany jest papier dla Polleny. I rozpoczęto obserwację mężczyzn, którzy pracowali w tych zakładach - szczególnie podejrzani byli ci ze świeżymi śladami zranień na twarzy. Milicjanci byli pewni, że uciekinier, przedzierając się przez cmentarne krzaki, tuje, na pewno się pokaleczył. I to rzeczywiście był dobry trop - jeden z pracowników przedsiębiorstwa miał ślady na twarzy niewyglądające jak zacięcia po goleniu. W dodatku zgadzał się też jego numer buta z tym ze śladów zabezpieczonych na cmentarzach. A kiedy się okazało, że obserwowany siedem lat siedział w więzieniu za trzy napaści na kobiety i usiłowanie gwałtu, było niemalże pewne, że podejrzany to sprawca szukany od grudnia 1982 r.

Kolanowski wybierał świeże groby, które można było łatwo rozkopać, by wydobyć z nich trumnę z ciałem
archiwum śledztwa Edmund Kolanowski został skazany na karę śmierci - wyrok wykonano w więzieniu w Poznaniu przez powieszenie

Kolanowskiego zatrzymano 16 maja 1983 r. w pracy. Zaskoczony przyznał się do trzech aktów profanacji zwłok na cmentarzu na Miłostowie. I nie przyznał się ani do bezczeszczenia zwłok na cmentarzu w Naramowicach, ani do zabójstwa 11-letniej Alinki.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy jedna ekipa milicyjna przyjechała zatrzymać Kolanowskiego w pracy, druga wchodziła do jego mieszkania, by zrobić rewizję. I znalazła w piecu resztki ludzkich ciał.

Co wie konkubina?

Edmund Kolanowski nie mieszkał sam. Co prawda żona się z nim rozwiodła, kiedy siedział w więzieniu, i zabroniła jakichkolwiek kontaktów z dwiema córkami, ale poznał inną kobietę. Z Gabrielą też miał córkę.

Już następnego dnia po zatrzymaniu podejrzanego w komendzie milicji przed oficerem siedziała konkubina Edmunda Kolanowskiego. Kobieta zeznawała, że był dobry dla niej i dla dziecka. Nie pił, nie zdradzał jej, nie bił. Jedyne, co mogło niepokoić, to fakt, że dwa razy znalazła w piecu fragmenty ludzkiego ciała. Zdenerwowana zapytała wtedy Edka, co to jest, a on zirytowany odburknął, że wykopuje na cmentarzach zwłoki i żeby się tym więcej nie interesowała, bo coś jej zrobi.

Nie pytała więc więcej, ale za to milicja pytała coraz więcej, składając odpowiedzi na kolejne pytania w coraz bardziej makabryczną opowieść o pewnym niepozornym mężczyźnie.

Milicja nie tylko gromadziła dowody obciążające Kolanowskiego - na jego kurtce znaleziono ślady krwi o grupie takiej samej jak zamordowanej jedenastolatki. Szukano też w całym kraju podobnych do poznańskich przypadków. I znaleziono - 16 maja 1981 r. w Wawrze koło Warszawy zamordowano 21-letnią Hannę S. Ciało, już po śmierci, okaleczono w taki sam sposób jak Katarzyny P. i Alinki. Kolejny przypadek zgłoszono z Nowej Soli. Tam w nocy z 27 na 28 lipca 1980 r. w kaplicy na cmentarzu sprofanowano zwłoki starszej kobiety. Też w wyjątkowo charakterystyczny sposób.

Milicjanci pracowali, a Kolanowski milczał. Aż do aresztu śledczego, w którym siedział, przyjechała jego matka.

Cztery miesiące po wizycie matki Edmund Kolanowski złożył oświadczenie, w którym przyznał się do zabicia Alinki i profanacji na naramowickim cmentarzu. Dwudziestoośmioletni porucznik Jerzy Jakubowski przesłuchujący nekrofila po latach w książce „Policjant” zdradził, co usłyszał od matki Kolanowski. Miała mu powiedzieć:

Synu, jeśli chcesz mieć jeszcze matkę, która będzie cię kochać do końca swoich dni, musisz wszystko powiedzieć temu panu.

Kolanowski wybierał świeże groby, które można było łatwo rozkopać, by wydobyć z nich trumnę z ciałem
archiwum śledztwa Edmund Kolanowski został skazany na karę śmierci - wyrok wykonano w więzieniu w Poznaniu przez powieszenie

W październiku tego samego roku Edmund Kolanowski przyznał się też do zabójstwa Hanny S. w Wawrze oraz profanacji zwłok wkaplicy cmentarnej w Nowej Soli. Powiedział też w końcu śledczym, dlaczego okaleczał zwłoki. Wycinał martwym kobietom piersi i narządy płciowe po to, by przyszywać je do manekinów, które sam tworzył z podkradanych Gabrieli rajstop, majtek i biustonoszy w schowku na trzecim piętrze budynku, w którym mieszkał. Łatwiej było oczywiście wtedy, kiedy działał w okolicy, w której mieszkał. Ale na wyjazdach też sobie jakoś poradził - fragmenty ciał wkładał najpierw w gazetę, potem do worków i w końcu do siatek. I wracał pociągiem do Poznania. Mimo fetoru, jaki się wokół niego rozchodził, nikt go nie wylegitymował, nie zapytał, co przewozi.

Makabryczne manekiny, które tworzył, z przyszytymi narządami prawdziwych kobiet, służyły mu do uprawiania seksu. Wcześniej odbywał stosunki seksualne z tymi lalkami, tworzył im narządy płciowe z gąbek, mówił nawet do nich, że są ładne, ale zaspokojenie poczuł dopiero wtedy, gdy wyposażył je we fragmenty ludzkich ciał. Gąbki nie przynosiły mu takiej satysfakcji.

Kiedy po raz pierwszy okaleczył zwłoki? Kiedy trzeci raz pojechał na cmentarz w Naramowicach, rozkopał świeży grób, wykopał trumnę, otworzył ją i onanizował się nad zwłokami wyniesionymi z cmentarza na pobliskie pole. Kolanowski przyznał milicjantom, że wtedy, 26 lutego 1982 r., nie miał wzwodu. Ale jakiś głos w głowie powiedział mu „wytnij”, więc wyciął. I poczuł w końcu spełnienie.

I zeznawał ponad rok później: „Wkładałem członek do przyszytych narządów, wykonując ruchy posuwiste, aż do wytrysku nasienia. Po dwóch-trzech dniach narządy odpruwałem i paliłem w piecu kaflowym w pokoju. Lalkę rozwalałem i wyrzucałem do śmietnika”.

Jedyny taki przypadek?

Po aresztowaniu Edmunda Kolanowskiego psychiatrzy i seksuolodzy uznali, że to jedyny taki przypadek na świecie.

Jego historia przypomina tę z głośnego filmu „Milczenie owiec”, gdzie morderca ściągał skórę ze swoich ofiar, by uszyć z nich „strój dla siebie”. Edmund Kolanowski wpadł, bo 7 maja 1983 r. poszedł na polski horror „Wilczyca” - z Krzysztofem Jasińskim i Iwoną Bielską w rolach głównych. Film o kobiecie, która po śmierci wraca jako wampirzyca wilczyca, Kolanowski obejrzał w poznańskim kinie Apollo. Po wyjściu na ulicę Ratajczaka nie mógł się uspokoić. Wrócił do domu, schował pod kurtkę kuchenny nóż i wyszedł z powrotem. Tramwajem linii 8 pojechał na miłostowski cmentarz. Już wiedział, że nie zadowoli go zwykłe wycięcie piersi i narządów płciowych kolejnemu trupowi, ale tym razem musi odciąć skórę z przodu tułowia. A po powrocie do domu, w schowku na trzecim piętrze, przyszyć ją do manekina.

To był błąd. Nie wiedział, że na cmentarzu są tajniacy, czekający na jakikolwiek błąd nekrofila mordercy.

Biegli, którzy mieli za zadanie ocenić stan Edmunda Kolanowskiego, nieprzyjętego do wojska z powodu choroby psychicznej, w swojej opinii napisali, że jest on „spokojny, niekiedy się denerwuje i nie panuje nad sobą”. Sam oskarżony opisał siebie tak:

Nieśmiały, wstydliwy, szczery, pracowity, wytrwały, uparty, smutny, ospały, flegmatyczny

Już na procesie w sądzie Edmund Kolanowski odwołał wszystkie zeznania złożone w śledztwie. Powiedział, że wymusiła je na nim milicja i jest niewinny zarzucanych mu zabójstw i profanacji. Sędzia Jacek Sobczak nie miał jednak cienia wątpliwości. - Ze strony oskarżonego, jako niepoprawnego sprawcy najcięższych zbrodni, zagraża życiu i zdrowiu ludzi stałe niebezpieczeństwo - powiedział 4 czerwca 1985 r., wydając wyrok skazujący Edmunda Kolanowskiego na karę śmierci. Wyrok wykonano rok później, 28 lipca.

Tutaj się czyta. Bez reklam.

Tak jak w kiosku. Kupując prenumeratę cyfrową, możesz czytać codzienne wydanie Naszej Historii.

Co zyskujesz:

  • dostęp do wszystkich treści Naszej Historii
  • codzienne e-wydanie Naszej Historii
  • artykuły, reportaże, wywiady i multimedia
  • co tydzień nowy numer Ekstra Magazynu
Katarzyna Kaczorowska

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.