Powstańcy śląscy, w tył zwrot!

Październikowy przełom 1956 roku otworzył szansę także przed powstańcami. Ale był to świt dość krótki Fot. archiwum Październikowy przełom 1956 roku otworzył szansę także przed powstańcami. Ale był to świt dość krótki

Ich los po 1945 roku układał się w sinusoidę. Byli źle widziani, zamykani w więzieniach. Ale też stawiano ich na trybunach obok partyjnych notabli

Początek był całkiem niezły. Zaraz po drugiej wojnie światowej władze PRL tworzyły pozory, że to będzie prawdziwa Polska - podobna do tej sprzed wojny, choć socjalistyczna. Jeszcze funkcjonowały prywatne sklepy, a prezydent Bierut chodził w procesji Bożego Ciała obok prymasa Polski Augusta Hlonda. Więc i na Związek Weteranów Powstań Śląskich znalazło się miejsce.

- Związek powstał już 28 kwietnia 1945 roku z inicjatywy Jerzego Ziętka, przyszłego wojewody śląskiego - mówi Witold Iwaszkiewicz, kierownik Muzeum Czynu Powstańczego na Górze św. Anny. - I nawiązywał do tradycji podobnej organizacji przedwojennej. Podczas zebrania założycielskiego Aleksander Zawadzki podkreślał, że powstańcy śląscy byli tymi, którzy zadokumentowali przed światem, że ziemia polska bezsprzecznie należy do Polski.

Członkiem związku mógł zostać każdy uczestnik powstań i akcji plebiscytowej oraz ochotnik biorący udział w akcjach grup powstańczych w sierpniu i wrześniu 1939 roku w obronie polskiej granicy na Śląsku. Weteranom nie stawiano żadnych warunków politycznych. Nie mogli należeć jedynie ci, którzy splamili się współpracą z okupantem.

Ksiądz prałat Zygmunt Nabzdyk wychował się na powstańczych opowieściach mamy Walerii, sanitariuszki w trzecim powstaniu śląskim.
Epizody z powstania mama opowiadała dzieciom przed snem - zamiast bajek. W czasie najcięższych walk o Górę św. Anny opatrywała rannych po¬wstańców. Mówiła, jakim wstrząsem było dla niej obmywanie z krwi twarzy poległych. Ich ciała w jednej z kaplic kalwaryjskich czekały na przybycie rodzin i pogrzeb.

Ksiądz Nabzdyk jako młody chłopak uczestniczył w latach 40. w wielkiej uroczystości pod pomnikiem Czynu Powstańczego na Górze św. Anny. Amfiteatr był wypełniony powstańcami. Wobec nich występowali zgodnie Aleksander Zawadzki i minister Ziem Odzyskanych Władysław Gomułka, biskup Adamski z Katowic i administrator apostolski Śląska Opolskiego ksiądz Bolesław Kominek. Obecni byli sowieccy oficerowie. Ale ta sielanka miała się wkrótce skończyć.

Symbolicznym końcem dobrego okresu dla powstańców śląskich było włączenie w 1949 roku ich związku weteranów do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Stalinizm brał górę nad historyczną pamięcią.
Wielu powstańców ostentacyjnie odeszło wtedy z organizacji. Jednym z nich był ojciec profesora Franciszka Marka. Profesor przyznaje, że kiedy w 1949 roku składał papiery na uniwersytet, przemilczał, że jest synem powstańca. Bo to już było podejrzane.
- Ojciec był uczciwy aż do przesady - wspomina profesor. - Czułem, że należę dzięki niemu do elity, do środowiska ludzi szlachetnych i ideowych. Ta uczciwość kazała mu aktywnie pracować w Związku Weteranów Powstań Śląskich w Rybnikiem, ale kiedy związek włączono do ZBoWiD-u, wtedy z niego wystąpił. Zresztą takich jak on działaczy powiatowego szczebla nikt nawet nie pytał, czy chcą do ZBoWiD-u należeć.

Od tej pory ojciec pracował solidnie jako kolejarz, ale powstańczą przeszłością się nie chwalił. Trzymał się z dala od struktur PRL-u, poprzestając na zaangażowaniu w życie parafii.

Profesor podkreśla, że po utworzeniu NRD i umocnieniu żelaznej kurtyny władze patrzyły na powstańców niechętnie, bo powstanie miało przecież narodowy, polski, a nie klasowy charakter. Bardziej eksponowano dawnych członków KPD (Komunistycznej Partii Niemiec) niż powstańców.

- Kiedy osiadłem na Opolszczyźnie na stałe w 1953 roku, wojewodą był komunista Mrocheń, który właściwie nie znał polskiego. Za to powstańcy Szymon Koszyk i Wincenty Karuga siedzieli w kryminale. To już wtedy środowisko polskich Ślązaków, w tym powstańców śląskich, praktycznie wycofało się z życia publicznego.

Nie zawsze kończyło się tylko na wewnętrznej emigracji. Udział w "niesłusznym" po¬wstaniu, przynależność do Polskiej Organizacji Wojskowej, klerykalizm (przecież aktywnymi działaczami plebiscytowymi i powstańczymi byli polscy księża) ściągała kłopoty na głowy powstańców i ich bliskich.

Nierzadko ci sami ludzie, którzy za walkę o Polskę szli do niemieckich obozów koncentracyjnych, teraz byli prześladowani przez bezpiekę.

Strzelecki biznesmen Karol Cebula, którego ojciec pochodził z Gliwic i walczył w trzecim powstaniu śląskim pod Górą św. Anny, wspomina, że tato opowiadał o tym rzadko. I on, i jego koledzy, woleli nie mówić o tym, dlaczego się bili. A cel mieli jeden - móc żyć w Polsce. Kosztowało ich to wiele:

- Po dojściu Hitlera do władzy ojciec nadal deklarował się jako Polak i kilka lat spędził w niemieckim więzieniu - wspomina Cebula. - Został wykluczony z niemieckiego wojska. Nie tylko na czas pokoju, ale i w okresie wojny. Po wojnie upomniało się o niego UB i wylądował na ulicy Klasztornej w Gliwicach, gdzie mieściła się bezpieka.
- Moją mamę o tyle trudno było prześladować, że nie pracowała wtedy zawodowo - opowiada ksiądz Nabzdyk. - Było nas w domu dziewięcioro, więc zajęć jej nie brakowało. Represje spadły na ojca. Zresztą nie tylko na niego. Mój wujek Bernard Augustyn był w Buchenwaldzie za przynależność do Związku Polaków w Niemczech. Potem ubek nazwał go niemiecką świnią. "Do nazywania polską świnią już się przyzwyczaiłem - odpowiadał wujek. "Ale niemiecką świnią zostałem pierwszy raz".

Ksiądz Nabzdyk pamięta, że ojca zwolniono z funkcji inspektora szkolnego już w 1948 roku, jako niebezpiecznego klerykała. Pracy nie miał. Rodzinę usunięto z mieszkania.
- Tato poprosił więc, by mu wydano paszport - dodaje prałat. - Urzędnik ze złośliwą satysfakcją zasugerował, że chce wyjechać do Niemiec. "Tam już byłem" - odparł ojciec - "w Sach¬senhausen i Dachau. Teraz pojadę na Madagaskar, skoro jestem trędowaty". Pomogło o tyle, że ostatecznie kazano ojcu dojeżdżać do pracy w szkole w Nysie.

Październikowy przełom 1956 roku otworzył szansę także przed powstańcami. Ale był to świt dość krótki. Franciszek Marek pamięta, że zastępcami wojewody Ryszarda Hajduka zostali Wincenty Ka¬ruga i Franciszek Adamiec.

- Ale jak się partia umocniła, szybko starano się ich pozbyć. W 1957 roku zlikwidowano jedno stanowisko wicewojewody i utracił je Karuga - wspomina profesor. - Po dwóch tygodniach etat wrócił, ale już dla kogoś innego. Frankowi Adamcowi jego następca, Józef Krotiuk pomógł zostać dyrektorem Muzeum Śląska Opolskiego. W życiu publicznym znów było o powstańcach cicho.

Powstańcy znowu stali się widoczni za rządów Edwarda Gierka. Na początku lat 70. zaczęli się pojawiać na trybunie pierwszomajowych pochodów. Nie dodawało im to popularności w śląskim środowisku. Występowali ramię w ramię z lokalnym partyjnym bonzą. A ten zwykle nie był ulubieńcem tłumów.

- To był fragment typowej komunistycznej polityki - wyjaśnia Franciszek Marek. - W Sejmie byli dyżurni katolicy tworzący koło poselskie Znak, a w życiu publicznym w regionie figurowali dyżurni Ślązacy. I to oni stawali na pierwszomajowej trybunie, czasem zresztą obok późniejszych aktywistów mniejszości niemieckiej.
- Zainteresowanie powstańcami wróciło rzeczywiście na początku rządów Gierka - potwierdza prałat Nabzdyk. - Kiedy pierwszy sekretarz był w Opolu pod pomnikiem na pl. Wolności, powstańcy wystąpili w mundurach i mieli nawet spotkanie z nim. Wyraźnie ich eksponowano. Stali się na tyle "modni", że przyznawali się do nich także ci, co wcale w powstaniu nie brali udziału. To wtedy pojawiły się w społeczeństwie kpiące komentarze, że powstańców z latami przybywa, zamiast ubywać. Ale gierkowska fala życzliwości też szybko minęła. Narodowego charakteru powstań z partyjną ideologią nie dało się na dłuższą metę pogodzić.

Odpowiedzią władz była próba wtłoczenia powstań śląskich w nurt słusznych klasowo wystąpień robotniczych. O ich prawdziwym rodowodzie starano się zapomnieć.
- To zaszkodziło nie tyle powstańcom, co zemściło się w latach 90. m.in. na Muzeum Czynu Powstańczego - uważa Witold Iwaszkiewicz. - Wszystko, co wiązało się z ruchem robotniczym, było po 1989 widziane źle. Bo też karmiono tym społeczeństwo przez 40 lat.

Potrzeba było co najmniej dekady, by tę naleciałość ideologiczną z powstań zrzucić. Powoli przebija się do świadomości wiedza o tym, że powstańcy nie byli robotniczymi rewolucjonistami, a Józef Piłsudski wcale się na nich nie wypiął, lecz pomagał jak umiał.

Wraz z gierkowskim otwarciem na świat zaczęła się fala wyjazdów. Niemcy targani pierwszym kryzysem demograficznym chętnie przyjmowali migrantów ze Śląska. Władze w zamian za kredyty gotowe były część Ślązaków wypuścić. Szansie czy pokusie lepszego życia część powstańców i ich potomków się nie oparła.

- Mój ojciec, Franciszek, był twardym Polakiem - wspomina pan Wojciech ze Strzelec Opolskich. - Poszedł do po¬wstania, bo chciał, żeby Śląsk przypadł Polsce. Walczył pod Górą św. Anny. Pięć lat siedział za to w Buchenwaldzie. W czasach PRL-u mówił nieraz, że mu się taka czerwona Polska, w której trzeba było w szkole śpiewać Międzynarodówkę, a dzieci dostają "po łapach" linijką za mówienie po śląsku, nie podoba. Mierzili go przywożeni w teczkach urzędnicy spoza Śląska. Ale dzisiejsza Polska, pełna kłótni, afer, cwaniactwa i wielkich różnic społecznych też chyba nie byłaby jego Polską. Myślę, że płakałby nad nią często.

Pan Wojciech nie ukrywa, że jego dzieci - wnuki powstańca - jeżdżą dorabiać do Niemiec i do Holandii. On sam też ma w życiorysie epizod wyjazdu za pracą.
- Siostra ojca pojechała mieszkać pod Hanower - mówi. - Już nie żyje, ale przez całe lata utrzymywaliśmy z nią kontakty. Przecież ona nie wyrzekła się ani Śląska, ani Polski. Wyjechała, bo chciała trochę lepiej żyć i tyle.

- To była często reakcja na przeżycia z lat wcześniejszych, na nękanie przez UB, nazywanie powstańców szwabami itd. - uważa ksiądz Nabzdyk. - Reszty dopełniły mieszane małżeństwa. One też się przyczyniły do emigracji.

- W Republice Federalnej spotkałem pana Widerę - mówi prof. Marek, który przed wojną był działaczem polskich banków w Niemczech, a po wojnie dyrektorem banku w Krapkowicach. - Kiedy go zobaczyłem na Zachodzie, powiedziałem grzecznie, ale szczerze, że on ze swoją przeszłością nie powinien był tam wyjeżdżać. A Widera odpowiedział mi na to, że upokorzenia od obcych są mniej bolesne niż od swoich. To trzeba rozumieć. I pamiętać, że tak było.

Krzysztof Ogiolda
NOWA TRYBUNA OPOLSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

    Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

    Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

    © 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.