Rzeź na Santorini i porwanie generała. Prawdziwe akcje komandosów z Nawarony

Czytaj dalej
Fot. Wikipedia commons/Domena publiczna
Wojciech Rodak

Rzeź na Santorini i porwanie generała. Prawdziwe akcje komandosów z Nawarony

Wojciech Rodak

Sabotaże, szybkie rajdy komandosów, a nawet spektakularne porwanie generała. W czasie II wojny światowej Brytyjskie siły specjalne szczególnie aktywnie działały na terenie Grecji. Oto ich nasłynniejsze akcje.

Był 25 listopada 1942 r. Nad masywem góry Oiti w środkowej Grecji powoli zapadał zmierzch. W szarówce, pośród sosen i jodeł porastających jej wschodnie podnóże, można było dostrzec roje ruchliwych ciemnych sylwetek. To licho odziani i obuci, często jedynie w onuce i łapcie z koźlej skóry, greccy partyzanci próbowali się rozgrzać. Chodzili, podskakiwali, machali rękami i chuchali w dłonie. Robili wszystko, by odzyskać czucie w zmarzniętych kończynach, mocno sforsowanych po kilkugodzinnym marszu po górach w rzęsistym deszczu i na zimnym wietrze. Było ich niemal 140. Większość, ok. 86, należała do organizacji EDES (pol. Narodowo-Demokratyczna Liga Grecji). Resztę stanowili bojownicy z radykalnie lewicowej grupy ELAS (pol. Greckie Ludowe Wojsko Wyzwoleńcze). Pierwszą formacją dowodził 51-letni major Napoleon Zervas - niski, tęgi i brodaty weteran greckiej armii. Druga znajdowała się pod komendą 37-letniego Antanosisa Klarasa alias Aris Weluchiotis - drobnego brodacza z długim stażem w ruchu komunistycznym, słynącego z sadyzmu. Obaj panowie i ich partie z pewnością rzuciłyby się sobie do gardeł, gdyby nie obecność tuzina oficerów z brytyjskiej misji wojskowej Special Operations Executive (SOE). To właśnie jej dowódca, pułkownik Edmund „Eddie” Myers, w toku zręcznie prowadzonych negocjacji przekonał obu greckich antagonistów do tymczasowego połączenia sił. Musiał to zrobić, bo operacja „Harling”, za której powodzenie odpowiadał, wymagała zaangażowania dość znacznej liczby żołnierzy.

Jej sukces był z punktu widzenia brytyjskich strategów niezwykle istotny. Chodziło o przerwanie jedynej linii kolejowej prowadzącej z północnej Grecji do portu w Pireusie, którą płynęło zaopatrzenie dla Afrika Korps gen. Erwina Rommla. Po drugiej bitwie pod El Alamein, zwycięskiej dla Anglików, walki w Afryce Północnej wkraczały w decydującą fazę. Liczono, że nawet krótkotrwałe zakłócenie rytmu dostaw może wydatnie obniżyć zdolność bojową Wehrmachtu.

By wykonać tę misję, w październiku 1942 r. zrzucono nad środkową Grecję ekipę spadochroniarzy-sabotażystów pod dowództwem płk. Myersa. Ten po przeprowadzeniu rekonesansu uznał, że optymalnym punktem do długotrwałego uszkodzenia kluczowej linii kolejowej, będzie wysadzenie olbrzymiego wiaduktu biegnącego kilkadziesiąt metrów nad górską rzeką Gorgopotamos. Można go było łatwo niespodziewanie zaatakować, broniła go raptem setka włoskich żołnierzy, a górski teren utrudniał ewentualny pościg. Do pomocy w tym przedsię-wzięciu Myersowi udało się zwerbować oba największe greckie ugrupowania partyzanckie. Ceną za ich przychylność było m.in. mianowanie Napoleona Zervasa nominalnym dowódcą akcji.

Partyzanci i Brytyjczycy wyruszyli z lasów pod Oiti w kierunku wiaduktu zaraz po zapadnięciu zmroku. Gdy doszli do źródeł potoku, odłączyły się od nich dwa 12-osobowe oddziały ubezpieczenia. Zajęły one stanowiska w odległości ok. 900 m od posterunków strzegących północnego i południowego krańca wiaduktu. Przecięto linie telefoniczne. Gdyby zauważono zbliżający się pociąg, żołnierze ci mieli wysadzić tory.

Dalej odłączyły się dwie liczące po ok. 40 ludzi grupy uderzeniowe, które miały zdobyć strażnice przy krańcach wiaduktu. Partyzanci wspinali się w górę po skałach w ciszy, niczym koty.

Reszta ekipy - dowódcy, odwody i zespół minerów dowodzonych przez Nowozelandczyka Toma Barensa - ukryła się w dolinie rzeki w bezpiecznej odległości od podnóża mostu.

Punktualnie o godz. 23:00 wszyscy byli na pozycjach wyjściowych. W piętnaście minut później na obu krańcach wiaduktu rozpętało się piekło - cała dolina rzeki rozbrzmiewała hukiem setek gęsto padających strzałów. Nie wszystko szło tak gładko jak planowano. Oto jak krytyczne chwile akcji wspominał Myers:

„Po półgodzinie z północnego końca wiaduktu nadeszła wiadomość, że nie poszło im zbyt dobrze. Zostaliśmy odparci przez Włochów dysponujących dużą ilością broni automatycznej i nasi ludzie nie zdołali sforsować drutów kolczastych i obezwładnić punktów oporu wroga. Sądząc po okrzykach dochodzących z południowego końca wiaduktu, wydawało się całkiem oczywiste, że tam poszło dobrze, a więc zdecydowaliśmy się rzucić natychmiast cały odwód na północny koniec wiaduktu.

Po jakiejś godzinie rozwijającej się dla nas pomyślnie bitwy Zervas zameldował o bliskim wyczerpaniu amunicji. Zdecydowałem, że musimy podjąć ryzyko. […] Zasygnalizowałem facetowi dowodzącemu minerami […] Tomowi Barensowi, by wraz ze swoją grupą minerską zaczął rozmieszczać ładunki”.

Saperzy wspięli się na konstrukcję wiaduktu. Napotkali kłopoty techniczne i pracowali w ogniu szalejącej bitwy, ale ok. godz. 1:30 udało im się zaminować obiekt. Wówczas Barens dał znać gwizdkiem, by wszyscy szukali osłony. Sekundy później rozległ się sygnał oznaczający zdobycie północnego krańca wiaduktu. I zaraz potem nastąpiły eksplozje. Dwa powykręcane przęsła runęły w dolinę rzeki.

Po opanowaniu obiektu Brytyjczycy chcieli wysadzić kolejny odcinek wiaduktu, by Niemcy nie mogli szybko naprawić szkód. Gdy minowali most, otrzymali sygnał, że jeden z oddziałów zabezpieczający akcję wdał się w potyczkę z nadciągającymi siłami wroga. W związku z tym sabotażyści musieli zagęścić ruchy. Wreszcie, po półgodzinie, detonacja powaliła następny odcinek konstrukcji. Chwilę później na niebie pojawiła się zielona rakieta sygnalizacyjna - wszystkie oddziały biorące udział w akcji zaczęły wycofywać się w kierunku zachodnim. Oto, jak Myers wspominał te chwile:

„Niebiosa były po naszej stronie. Zaczął padać śnieg, zacierając ślady. Do poprzedniego punktu zbornego dotarliśmy ledwie przed świtem, spoceni i ubrudzeni, wspinając się po zboczu, a nasz końcowy punkt zborny, głęboko w jodłowym lesie, osiągnęliśmy nieco po południu. Byliśmy w marszu, bez snu, prawie 48 godzin; zeszliśmy górskim zboczem z wysokości ok. 1500 m do kilkuset nad poziomem morza, stoczyliśmy bitwę i wróciliśmy, a jeśli chodzi o mnie to byłem bliski wyczerpania”. Operacja „Harding” zakończyła się sukcesem. Tym większym, że odniesionym kosztem jedynie czterech rannych. Powodzenie akcji nie miało, co prawda, tak wielkiego wpływu na rozprawę z Afrika Korps jak zakładano, ale jasno pokazało potencjał współdziałania SOE z siłami partyzanckimi na terenie Grecji. Dlatego w kolejnych latach wojny tę współpracę jeszcze mocniej zacieśniono.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Wysadzony wiadukt nad rzeką Gorgopotamos

Spektakularna akcja SOE na Bałkanach z pewnością mogła stanowić inspirację dla Alistaira MacLeana przy pisaniu np. „Komandosów Nawarony”. Podobnych operacji, już na znacznie mniejszą skalę, w okupowanej Grecji przeprowadzono dużo więcej. Oto najważniejsze z nich.

Porwanie generała

Kreta znajdowała się pod niemiecką okupacją od czerwca 1941 r. Siłami III Rzeszy na wyspie dowodził generał Fredrich-Wilhelm Müller. Miejscowi zwali go „rzeźnikiem”, ponieważ nie wahał się palić wiosek i rozstrzeliwać ich mieszkańców, jeśli tylko lokalni partyzanci zwiększyli swoją aktywność. Anglikom podpadł, gdy jesienią 1943 r. sprawił im tęgie lanie w bitwie o wyspy Dodekanez (archipelag we wschodniej części Morza Egejskiego). Wówczas wśród oficerów SOE zrodził się zuchwały pomysł, by porwać groźnego przeciwnika z Krety i przetransportować go do Egiptu. Na początku 1944 r. Brytyjczycy przystąpili do jego realizacji.

Na początku napotkali niespodziewane trudności. W czasie pierwszego lotu nad Kretą, 4 lutego, na spadochronie wyskoczył tylko mjr Patrick Leigh Fermor, który dowodził akcją. Wówczas reszta jego kompanów - kpt William Stanley Moss i dwaj greccy „cichociemni” Jeorjos Tyrakis i Manoli Paterakis - pozostała w maszynie, ze względu na złe warunki pogodowe. Potem podjęto kilka następnych nieudanych prób przetransportowania agentów drogą powietrzną. Ostatecznie przewieziono ich na wyspę motorówką dopiero 4 kwietnia. Na plaży pod wsią Tsoutsouros powitał ich Fermor i kretańscy partyzanci.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów

Podczas gdy brytyjscy specjalsi próbowali przedostać się na Kretę, nastąpiła zmiana na stanowisku generała-gubernatora. Okrutnika Müllera zastąpił 48-letni, nie obciążony zbrodniami wojennymi, gen. Heinrich Kreipe. Mimo to agenci SOE nie zamierzali porzucać swego planu. I to na niego rozpoczęli polowanie.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Od lewej: Georgios Tyrakis, Stanley Moss, Patrick Leigh Fermor, Emmanouil Paterakis\ i Antonios Papaleonidas.

Rekonesans przeprowadził osobiście sam Fermor. Ucharakteryzowany na greckiego pasterza dyskretnie obserwował przez kilka dni willę generała w Knossos pod stolicą wyspy, Heraklionem. Zauważył, że Kreipe zwykł podróżować samochodem jedynie z szoferem, bez żadnej dodatkowej obstawy. I to nawet wieczorami. Postanowił więc wykorzystać lekkomyślność niemieckiego dostojnika i przygotować na niego zasadzkę na jednej z mniej uczęszczanych dróg tuż pod jego domem. Swój plan wprowadzili w życie wieczorem 26 kwietnia.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Przebieg operacji porwania gen. Kreipe na Krecie

Owego dnia około godz. 21:30 gen. Kreipe wyjechał ze swojego domu. Nie przebył nawet kilometra, gdy jego samochód zwolnił, by pokonać ostry zakręt drogi. Wtedy właśnie przed maską auta wyrośli jak spod ziemi żołnierze w mundurach niemieckiej żandarmerii polowej. Krzycząc „halt!” i machając rękami zmusili wóz do zatrzymania. Owymi „żandarmami” byli Fermor i Moss. Ten pierwszy skierował się do drzwi, przy których siedział generał, i zażądał od niego okazania dokumentów. Gdy Kreipe sięgnął do kieszeni po papiery, Moss otworzył drzwi szofera i z impetem uderzył go w głowę trzymaną dotychczas za plecami żelazną pałką. Kierowca padł bez przytomności. Generała sparaliżowało ze strachu, a Fermor wymierzył w niego swój automat. Momentalnie z przydrożnych krzaków wybiegli greccy towarzysze Anglików i skuli Kreipego kajdankami. Wtedy zaczęła się kolejna, trudniejsza, część operacji - porwanego trzeba było wywieźć z Krety.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Stanley Moss

W chwilę później Moss siadł za kierownicą auta. Fermor, przebrany w generalski mundur i czapkę, usiadł na siedzeniu pasażera. Związanego Kreipego umieszczono pod tylną kanapą, na której usiedli Tyrakis, Paterakis i jeden miejscowy partyzant. Co do ogłuszonego szofera, to zabrali go lokalni bojownicy ruchu oporu. Potem poderżnęli mu gardło i starannie ukryli jego ciało.

Tymczasem samochód ruszył na zachód wyspy, bo stamtąd planowano ewakuację całej ekipy z ich żywą zdobyczą. Maskarada okazała się niezwykle skuteczna. Agenci przejechali przez sam środek pełnego niemieckich żołnierzy Heraklionu. Po drodze pokonali aż 22 punkty kontrolne. Żaden z żandarmów nie miał śmiałości zatrzymywać generalskiego auta. Ograniczali się do wyprężania piersi na baczność i pośpiesznego usuwania zapór z dróg.

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Heraklionem a Retimno grupa rozdzieliła się. Moss, dwaj Kretańczycy i generał, już bez kajdanek na rękach, ruszyli pieszo w góry, kierując się na południowe wybrzeże wyspy. Tymczasem Fermor i Tyrakis pojechali samochodem kilka kilometrów na zachód. Chcieli porzucić wóz możliwie najbliżej wybrzeża, by stworzyć wrażenie, że grupa już odpłynęła na okręcie podwodnym. Gdy znaleźli odpowiednie miejsce, zatrzymali się. W aucie zostawili kilka niedopałków po brytyjskich papierosach, beret wojskowy i list. Informowali w nim, że za porwaniem generała stoją tylko brytyjscy żołnierze i greccy „cichociemni”, tak więc żadna forma represji miejscowej ludności nie może być usprawiedliwiona. Następnie Fermor i Tyrakis także ruszyli w góry. Dołączyli do reszty towarzyszy i generała dwa dni później.

Tymczasem na wyspie wrzało. Mistyfikacja nie zwiodła Niemców. Ich patrole i samoloty przeczesywały interior wyspy w poszukiwaniu Kreipego. Sytuację ściganych skomplikował miejscowy ruch oporu, niezwiązany z operacją. Partyzanci zabili kilku żołnierzy Wehrmachtu w rejonie miejsca, gdzie przemieszczali się agenci SOE. Na okoliczne wioski spadły represje. Czekając, aż hitlerowcy się uspokoją, Fermor ze swoją ekipą ukrywali się w jaskiniach i pasterskich szałasach w paśmie wysokich gór w głębi Krety, nieopodal wsi Lochria.

Wreszcie jednemu z agentów SOE stale pracujących na wyspie udało się nawiązać radiowy kontakt w centralą w Egipcie w sprawie ewakuacji komanda porywaczy. Uzgodniono, że najbardziej sprzyjające ku temu warunki panują na plaży w okolicach miejscowości Rodakino, w połu-dniowo-zachodniej części wyspy. To właśnie tam wieczorem 14 maja zjawił się Fermor i reszta ludzi z generałem Kreipe. Po wymianie morsem sygnałów rozpoznawczych do brzegu podpłynęła szybka łódź Special Boat Service. Około godz. 10 agenci SOE mogli wreszcie odetchnąć, podążając w kierunku egipskiego portu Mersa Matruh z pogodzonym ze swoim losem hitlerowskim oficerem na pokładzie.

Akcja na Krecie szybko przeszła do legendy brytyjskich służb. Jednak jej sukces należy rozpatrywać raczej w kategoriach propagandowych niż strategicznych. Niestety, jej powodzenie pociągnęło za sobą niezamierzone, ale tragiczne, skutki. Po porwaniu Kreipego, na wyspę wrócił gen. Müller i znów zaczął nią rządzić ciężką ręką. Tylko w czasie pacyfikacji w Dolinie Amari 22 sierpnia 1944 r. życie straciło przeszło 160 kretań-skich cywilów.

Rzeź na Santorini

Gdy ekipa Fermora przygotowała zasadzkę na generała, 200 km na północ od Krety, na wyspie Santorini, ich koledzy ze Special Boat Squadron (SBS), specjalnej jednostki komandosów SAS (Special Air Service) operujących na niewielkich statkach, także mogła pochwalić się znacznym zwycięstwem. Przeprowadzony przez nich atak był elementem szeroko zakrojonej kampanii nękania włosko-niemieckich garnizonów rozlokowanych na wyspach Morza Egejskiego prowadzonej od jesieni 1943 r. Oto jego przebieg.

19 kwietnia 1944 r. dwa szkunery z trzydziestoma dziewięcioma ludźmi, w dwudziestoma komandosami SAS, wypłynęły z kryjówki u wybrzeży Turcji i skierowały się na zachód. Dowodził nimi zaprawiony w bojach dywersant major Anders Lassen. Ten 23-letni Duńczyk wstąpił na angielską służbę tuż po rozpoczęciu wojny. Za swoje zasługi w czasie licznych akcji, w tym Operacji Postmaster, nosił już na piersi Krzyż Wojskowy z podwójnymi okuciami.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Anders Lassen

Komando Lassena dopłynęło do Santorini w nocy z 22 na 23 kwietnia. Tam 20 żołnierzy z sił uderzeniowych zeszło na ląd, a reszta odpłynęła, by zabezpieczać i ukryć statki w pobliskim archipelagu.

Komandosi, którzy zostali na wyspie, nawiązali kontakt z przedstawicielami greckiego ruchu oporu. Następny dzień przesiedzieli ukryci w jaskini nieopodal wsi Vourvoulos. A tymczasem jeden z nich, Grek Stefan Casulli, udał się na rekonesans, by przyjrzeć się obiektom, które miały zostać zaatakowane. Po wysłuchaniu jego raportu Lassen zdecydował podzielić swoje siły na trzy części, z których każda miała inne zadanie do wykonania.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Żołnierze SBS na jachcie

Komandosi ruszyli do akcji tuż po północy (z 23 na 24 kwietnia). Grupa prowadzona przez Keitha Balsillie miała zająć i zniszczyć budynki i maszt radiostacji znajdujące się nieopodal wsi Imerovigli. Wykonała swoje zadanie bez walki. Załoga placówki nie wystawiła ani jednej straży. Wszyscy smacznie spali. Więc Brytyjczycy po kolei zakradali się do domów, w których kwaterowali Niemcy, i wyciągali ich z łóżek. Jeńcy mieli nietęgie miny, gdy jeden z członków komanda, pochodzący z Wiednia Żyd Carl Kahane, oświadczył im z enigmatyczną miną w ich ojczystym języku, że „dla nich wojna się skończyła”. Gdy tylko specjalsi założyli ładunki z zapalnikami czasowymi na wszystkich instalacjach radiostacji, to wyruszyli, wraz z ośmioma jeńcami, w drogę do punktu zbornego. Jak zaczęli schodzić górską drogą, to usłyszeli huk eksplozji - swoją część misji wykonali wzorowo.

Równocześnie największa grupa komandosów, prowadzona przez Lassena, przekradała się do centrum Firy, stolicy wyspy, by dokonać szturmu na budynek, w którym skoszarowanych było ok. 35 żołnierzy niemieckich i włoskich. Oto jak te chwile wspominał sam dowódca akcji:

„Udało nam się przedostać niezauważonym aż do środka koszar, mimo że przed budynkiem stali wartownicy, a psy z okolicznych domów alarmująco ujadały. W środku budynku znajdowało się 12 pokoi. Początkowo zamierzaliśmy brać jeńców, jednak z braku latarek, musieliśmy zmienić nasz plan działania”.

Ekipa, która porwała generała Kreipe. Patrick Leigh-Fermor (siedzi w środku) i Stanley Moss (siedzi z prawej) w otoczeniu greckich kompanów
Wikipedia commons/Domena publiczna Jeden z komandosów SBS na statku

I wówczas w ciemnościach rozpoczęła się regularna masakra. Komandosi działali z zimną krwią i precyzją. Sierżant Nicholson kopał drzwi do pokoju, wówczas Lassen wrzucał do niego dwa granaty. Po ich eksplozji Nicholson ostrzeliwał wnętrze pomieszczenia z karabinu maszynowego Bren. Na koniec wpadał do niego Lassen i pistoletem wykańczał resztę przeciwników. I tak w ciągu kilkudziesięciu sekund udało im się powtórzyć tę morderczą sekwencję kilkukrotnie, oczyszczając prawie cały parter budynku z kompletnie zaskoczonych Niemców i Włochów. Przy czym obaj nie zostali nawet draśnięci. Dużo mniej szczęścia miał ich kolega Casulli, który został trafiony serią przez jednego z wybudzo-nych Niemców. Zmarł na miejscu. Podobnie jak sierżant Kingston, który dostał postrzał w brzuch przed budynkiem.

Strzelanina rozgorzała także wokół koszar. Niemiecki patrol i wartownicy otworzyli ogień do komandosów ubezpieczających główne siły uderzeniowe. W momencie kryzysowym przyszedł im na odsiecz Nicholson. Znienacka wypadł przez główne wejście do budynku i serią z biodra zmusił przeciwników do ucieczki.

Tymczasem sierżant Hender-sonem miał schwytać lub zabić dowódcę niemieckiego garnizonu, porucznika Hesse, który kwaterował ze swoim ordynansem w innej części Firy. Brytyjczyk zaczaił się przed zajmowanym przez niego domem w krzakach. Liczył, że oficer, zaalarmowany odgłosami bitwy, pobiegnie w tym kierunku, by sprawdzić, co się dzieje. Kompletnie pomylił się w rachubach. Hesse zbiegł przez tylne wyjście z domu. Henderson zauważył to. Zaczął go gonić. Jednak Niemiec miał nad nim zbyt dużą przewagę. Sfrustrowany komandos zakończył pogoń rzucając w kierunku uciekiniera granatem. Niecelnie zresztą.

Około godz. 3:30 nad ranem całe komando Lassena wraz jeńcami zgromadziło się w punkcie zbornym. Niedługo potem byli już na swoich szkunerach i zmierzali w kierunku Turcji. 29 kwietnia dopłynęli z powrotem do bazy.

Bilans operacji, zwanej „rzezią Lassena”, był imponujący. Specjalsi SBS/SAS zabili 41 żołnierzy przeciwnika, 27 ranili, a 19 pojmali. Przy czym sami stracili jedynie dwóch kolegów, a dwóch kolejnych odniosło tylko lekkie rany.

Większą cenę krwi zapłacili mieszkańcy wsi Vourvoulos, którzy pomogli Lassenowi i jego ludziom. Niemcy rozstrzelali pięciu z nich za współpracę z sabotażystami.

W następstwie ataku na Santorini hitlerowcy powiększyli swoje garnizony na wyspach położonych na Morzu Egejskim o 4 tys. żołnierzy. Na nic się to zdało. W dwa i pół miesiąca później komando SBS zaatakowało ich posterunek na wyspie Simi. Niemieckie straty były wówczas jeszcze większe niż na Santorini. Ale to już temat na kolejną opowieść.

Bibliografia:

- R. Bailey - „Tajna wojna. Historia operacji specjalnych podczas II wojny światowej”

- R. Stroud - „Porwanie na Krecie”

- M. B. McGlynn - „Special service in Greece”

- B. Pitt - „Special boat squadron”

- E. Myers - „Greek entanglement”

- A. Ogden - „Sons of Odysseus : SOE Heroes in Greece”

- A. Beevor - „Kreta. Podbój i opór”

Wojciech Rodak

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

Przemysław B

Świetnie opisana mało znana historia II wś.

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.