Zbrodnie SS-RONA podczas Powstania Warszawskiego. Czarny szlak rosyjskich renegatów dowodzonych przez Bronisława Kamińskiego [RZEŹ WOLI]

Czytaj dalej
Fot. Bundesarchiv
Wojciech Rodak

Zbrodnie SS-RONA podczas Powstania Warszawskiego. Czarny szlak rosyjskich renegatów dowodzonych przez Bronisława Kamińskiego [RZEŹ WOLI]

Wojciech Rodak

Rosyjscy esesmani z RONA dopuścili się licznych zbrodni w trakcie powstania warszawskiego. Na tle innych jednostek narodowych na żołdzie SS wyróżniali się okrucieństwem.

Nocą z 7 na 8 stycznia 1942 r. kilkuset sowieckich partyzantów, dowodzonych przez enkawudzistę Aleksandra Saburowa, opuściło swoją bazę w lasach briańskich. Na przeszło stu saniach mknęli przez mrok w kierunku Łokotu.

Ta duża wieś była stolicą autonomicznego okręgu łokockiego, swego rodzaju rosyjskiej kolaboracyjnej republiki na ziemiach ZSRS zajętych przez III Rzeszę. Utworzono ją pod egidą Wehrmachtu z inicjatywy dwóch nienawidzących komunizmu osobników - Konstantina Woskobojnika i Bronisława Kaminskiego. To oni sprawowali władzę na tych terenach. Niemcy ufali im na tyle, że pozwolili im stworzyć własną siłę zbrojną, „milicję ludową”. W Łokocie stacjonowało około 350 doskonale uzbrojonych członków tej formacji. Sowieccy dywersanci zamierzali zmasowanym uderzeniem na osadę położyć kres działalności „zdrajców”. Chcieli ukarać ich dla przykładu, by wreszcie skutecznie zniechęcić miejscowych do dalszej współpracy z okupantem. Osiągnęli wręcz odwrotny skutek.

O świcie sanie z partyzantami zatrzymały się pod samą wsią. Saburow podzielił ich na trzy grupy szturmowe. Wkrótce wszystkie przeniknęły między zabudowania miejscowości.

Największa grupa bojowników ruszyła, by zdobyć koszary „milicji ludowej”, mieszczące się w gmachu technikum leśnego. Próba bezszelestnego zabicia wartowników nie powiodła się. Zostali zauważeni. Rozległy się pierwsze strzały. Zerwani z łóżek kolaboranci szybko się ubrali i poczęli razić ogniem z broni maszynowej i automatycznej napastników. Dywersanci wrzucali im granaty w okna, koncentrowali ogień na poszczególnych gniazdach kaemów, lecz opór obrońców nie słabł. Kolejni napastnicy padali od kul i od eksplozji granatów rzucanych z górnych pięter budynku. W końcu partyzanci zostali przygwożdżeni ogniem do ziemi. Było jasne, że milicjanci niebawem ruszą na nich do kontrnatarcia. By go uniknąć, ludzie Saburowa wycofali się.

Podobnie przebiegły walki drugiej grupy partyzantów pod kwaterą Woskobojnika, szefa autonomicznego okręgu łokockiego. Partyzanci otoczyli budynek, ale zostali zauważeni, zanim zajęli pozycje strzeleckie. Milicjanci zasypali ich gradem kul. Impet natarcia załamał się, dywersanci nawet nie zbliżyli się do okrążonego domu. Zostawiając na ziemi wielu zabitych i rannych, wycofali się.

Równolegle trzecia grupa partyzantów szturmowała łokockie więzienie. Tu też sprawiono im tęgie lanie. W dodatku oddziały zabezpieczające drogi dojazdowe do miejscowości alarmowały o zbliżającej się odsieczy dla milicjantów z posterunków w sąsiednich wsiach. Saburow, by uniknąć okrążenia i rozbicia, zaczął ewakuować swoich ludzi z Łokotu. Odwrót pomiędzy zabudowaniami przebiegał pod ciągłym ostrzałem. Kolaboranci odpuścili dopiero, gdy tamci zniknęli na saniach w lesie.

Szturm zakończył się całkowitą klęską sowieckich dywersantów. Mimo że zginęło ich przeszło 80, nie osiągnęli żadnego z założonych celów. Na „pocieszenie” zostawało im to, że udało im się śmiertelnie ranić Woskobojnika.

Jednak i bez niego „republika łokocka” przetrwała. Jej przywódcą został Bronisław Kaminski. Mało tego. Niemcy, będąc po wrażeniem waleczności rosyjskich kolaborantów, polecili mu przeprowadzenie szeroko zakrojonej mobilizacji w regionie. Rekrut garnął się do zwycięzców, a „milicja ludowa” rosła w siłę. Tak powstał zalążek okrytej czarną legendą 29. Dywizji Grenadierów SS.

Zesłańcy do usług

Niemiecka ofensywa w Sowietach trwała. Pod koniec września 1941 r. zagony pancerne Wehrmachtu zbliżały się do Łokotu (dziś miejscowość leży w Rosji, w obwodzie briańskim, tuż przy granicy z Ukrainą). Mimo to większość mieszkańców wsi i jej najbliższych okolic nie wyglądała na przerażonych perspektywą okupacji. Wielu nienawidziło opresyjnej władzy sowieckiej z całego serca. Dlatego też, gdy członkowie kompartii i różnej maści funkcjonariusze wraz z rodzinami uciekali w popłochu na wschód, żegnały ich gwizdy i groźby. Po zajęciu regionu przez Wehrmacht, 4 października, ci z nich, którzy nie zdołali się ewakuować, byli mordowani bądź wydawani w ręce najeźdźcy.

Wtedy też uaktywnili się chętni do współpracy z III Rzeszą. Pierwsi zaoferowali swoje usługi przy tworzeniu lokalnej administracji dwaj ludzie represjonowani za rządów Stalina. Pierwszym był Konstantin Woskobojnik, nauczyciel fizyki, który osiadł w Łokocie po powrocie z zesłania na Syberii. Drugim był 42-letni Bronisław Kaminski - Polak z pochodzenia, inżynier gorzelnictwa, który w Łokocie wylądował po paru latach spędzonych w łagrze za otwarte krytykowanie kolektywizacji rolnictwa i autorytarnych tendencji w partii komunistycznej. Przebywał we wsi na zesłaniu, pracując w miejscowej gorzelni. Z miejsca Niemcy dali im zielone światło na działanie.

Równocześnie z budową struktur administracyjnych w regionie zaczęli tworzyć „milicję ludową”. Miała ona bronić mieszkańców przed sowiecką partyzantką i maruderami z Armii Czerwonej, którzy ukrywali się w masywach leśnych gęsto porastających cały rejon Briańska. Wehrmacht zaopatrywał ją obficie w broń i amunicję zdobytą na froncie. W przeciągu kwartału jej liczebność sięgnęła kilkuset żołnierzy.

W międzyczasie Woskobojnik i Kaminski, by jeszcze mocniej zademonstrować swoją wierność III Rzeszy, założyli Narodowosocjalistyczną Partię Pracy Rosji (NSTPR). Jej program zakładał przede wszystkim „zniszczenie państwa sowieckiego w drodze walki zbrojnej i utworzenie nowego demokratycznego [sic! - WR] państwa przy wsparciu niemieckich bagnetów”. W efekcie podjętej kampanii propagandowej udało się w krótkim czasie utworzyć po wsiach liczne komórki NSTPR.

Boje RONA

Po śmierci Woskobojnika w opisanej na wstępie bitwie z partyzantami Bronisław Kaminski został przywódcą kolaboracyjnej „republiki”. W lipcu 1942 r., w uznaniu zasług, mianowano go nadburmistrzem. Wtedy autonomiczny region, którym władał, znacznie się rozrósł, liczył osiem przedwojennych rejonów (sowiecki odpowiednik powiatu), a zamieszkiwało go, według różnych danych, od 600 tys. do 1,7 mln ludzi.

Dowódca pułku major Iwan Frołow (pośrodku) z oficerami RONA podczas powstania warszawskiego
Bundesarchiv Oddział sowieckich partyzantów z lasów briańskich

W siłę rosły także szeregi „milicji ludowej”, coraz bardziej potrzebnej Niemcom w obliczu nasilającej się aktywności sowieckich dywersantów. Pobór do niej był dobrowolny. Wstępowali do niej chętnie tutejsi chłopi, zabłąkani czerwonoarmiści czy wreszcie dezerterzy z sowieckiej partyzantki, którzy nie mieli najmniejszej ochoty wegetować w ziemiankach i ginąć „za Stalina”. Na jesieni 1942 r. osiągnęła takie rozmiary, że postanowiono ją zreorganizować na wzór wojskowy. Tak powstała Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa (RONA). Liczyła przeszło 10 tys. ludzi, w tym 14 batalionów strzeleckich, dywizjon pancerny (złożony tylko z maszyn sowieckich, m.in. T-34, BT-7, BT-5), baterię artylerii przeciwlotniczej i pluton żandarmerii.

Ludzie Kaminskiego od początku 1942 r., w kooperacji z oddziałami niemieckimi lub węgierskimi, uczestniczyli w operacjach przeciwko komunistycznym partyzantom. W lasach Republiki Łokockiej, które stanowiły zaplecze frontu, działało ich kilka tysięcy. Byli dokuczliwi zarówno dla Wehrmachtu, jak i kolaborantów. Rzadko napadali na silne posterunki wojskowe. Za to atakowali wioski - zabijali cywilów, nawet kobiety i dzieci, jako „rodziny kolaborantów”. Byli zdemoralizowani i niedożywieni. Ich wyżsi oficerowie nierzadko oddawali się pijaństwu. Osobliwie wyglądało to zwłaszcza w przypadku kierownictwa oddziału o szumnej nazwie „Śmierć niemieckim okupantom”. Jego dowódca i politruk wypędzili bimber z kilkudziesięciu kilogramów zapasów żywności dla całej jednostki, po czym spożyli go, nie dzieląc się z nikim. Ich ludzie tymczasem patrzyli na to i głodowali. Nic więc dziwnego, że w takich warunkach mnożyły się dezercje.

O sukces w walce z takim przeciwnikiem było Wehrmachtowi i RONA nietrudno, zwłaszcza że miały znaczną przewagę liczebną i w czasie obław w lasach wspomagało ich Luftwaffe. Ich operacje przeciwpartyzanckie nierzadko kończyły się spektakularnymi sukcesami. Oto przykłady. W akcjach o kryptonimie „Trójkąt” i „Czworokąt” z września 1942 r. zabito lub wzięto do niewoli 2244 dywersantów. Podczas operacji „Cygański Baron” („Zigenauerbaron”) w maju 1943 r. kompletnie rozbito jedno z sześciotysięcznych zgrupowań dywersantów - zabito lub wzięto do niewoli 3 tys. ludzi, a dalszych 900 zdezerterowało. Trzeba zaznaczyć, że w toku tych działań także niemieckie oddziały nie oszczędzały cywilów. Wioski oskarżone o sprzyjanie partyzantom były krwawo pacyfikowane.

W tym czasie, do stycznia 1943 r., liczebność oddziałów RONA sięgnęła 20 tys. ludzi. Kolaboracyjna formacja świetnie radziła sobie w walce z partyzantką i cieszyła się popularnością wśród mieszkańców republiki. Była solą w oku NKWD. Jej agenci niejednokrotnie przenikali w jej szeregi. Zawiązywali spiski, zamierzali wywołać bunt przeciwko Kaminskiemu - bezskutecznie. Kontrwywiad RONA udaremniał większość tych intryg. Winni byli rozstrzeliwani. Ponadto enkawudziści podejmowali próby likwidacji nadburmistrza łokockiego. Raz nawet byli blisko realizacji swojego zamiaru. Dostarczyli Kaminskiemu „prezent”, w którym znajdowała się bomba. Ten jednak rozpakował go niewłaściwie - to go uratowało. Zauważył minę i w porę wyrzucił „podarunek” przez okno samochodu. Ten po chwili eksplodował na bruku.

Od lutego 1943 r. Niemcy stopniowo tracili inicjatywę na froncie i zaczęli cofać się na zachód. Latem ofensywa Armii Czerwonej zbliżała się do Republiki Łokockiej. W związku z tym Bronisław Kaminski zarządził na początku sierpnia ewakuację jednostki oraz wszystkich chętnych cywilów na wschodnią Białoruś, w okolicę miasta Lepel. Wielu żołnierzy RONA nie wsiadło do pociągu - woleli zostać w rodzinnych wioskach, z bliskimi. Dlatego też na nowe miejsce dyslokacji dotarło jedynie 7 tys. z nich. Towarzyszyło im około 30 tys. ludzi z rejonu Łokotu o nastawieniu antysowieckim.

Na początku września 1943 r. Armia Czerwona „wyzwoliła” byłą stolicę kolaborantów. Tymczasowo przeniósł się tu spory oddział NKWD. Szybko i krwawo ukarano buntowników przeciwko władzy ludowej.

W Czarnym Zakonie

Po przeniesieniu na Białoruś Kaminski borykał się z licznymi dezercjami i buntami. Jego żołnierze, oddaleni od swoich rodzinnych okolic, nie rwali się do walki, często ulegali sowieckiej propagandzie i agentom. Mimo to udało mu się utrzymać jej liczebność na poziomie 6 tys. żołnierzy.

W nowym miejscu RONA także brała udział w operacjach przeciwpartyzanckich. Szczególnie zasłużyła się w czasie operacji „Frühlingsfest” wiosną 1944 r. Razem ze swoimi niemieckimi partnerami zlikwidowała przeszło 14 tys. sowieckich bojowców. Kaminski otrzymał za nią Żelazny Krzyż.

W czerwcu, gdy rozpoczęła się wielka sowiecka ofensywa „Bagration”, RONA, wraz z kilkunastoma tysiącami cywilów, została przeniesiona do Raciborza. Jednocześnie RONA włączono do Waffen-SS i przekształcono na 29. Dywizję Grenadierów SS. Niedługo potem, by przypieczętować akces jednostki, Bronisław Kaminski spotkał się z samym Heinrichem Himmlerem. Otrzymał od szefa Czarnego Zakonu osobiste podziękowania za dotychczasową walkę, a także Żelazny Krzyż I Klasy.

Dowódca pułku major Iwan Frołow (pośrodku) z oficerami RONA podczas powstania warszawskiego
Biundesarchiv Bronisław Kaminski, dowódca RONA

Kilka dni po tym spotkaniu, 3 sierpnia, 1,5 tys. żołnierzy dywizji wysłano, by pacyfikować powstanie w Warszawie. Rosjanie, dowodzeni na polu walki osobiście przez Kaminskiego i Frołowa, operowali w ramach okrytej ponurą sławą Kampfgruppe „Reinefarth”, a potem w zgrupowaniu gen. Rohra. W walkach na Ochocie początkowo ponieśli ciężkie straty - od kul akowców esesmani stracili jednego dnia 50 zabitych i rannych. Potem jednak przywykli do specyfiki walk miejskich. 12 sierpnia do szturmu na mocno obsadzony przez powstańców Monopol Tytoniowy na Kaliskiej poprowadził ich osobiście Kaminski. Stracili 70 ludzi, ale obiekt został zdobyty. Za ten wyczyn posypały się kolejne ordery dla dowództwa dywizji. Potem esesmani brali udział także w krwawych walkach w Śródmieściu.

Poza ofiarnością w walce z powstańcami ludzie Kaminskiego wsławili się także bestialskimi zbrodniami na cywilach. Mordowali kobiety i dzieci. Grabili na potęgę. Każdy weteran walk w Warszawie zabrał ze sobą co najmniej 15-20 zegarków ręcznych, nie wspominając o innych dobrach.

Pod koniec sierpnia rosyjscy esesmani zostali wycofani pod Warszawę, do położonego w puszczy kampinoskiej Truskawia. Mieli zwalczać operujące stamtąd akowskie oddziały partyzanckie. Jednak tym razem to oni zostali przechytrzeni. Adolf Pilch ps. Góra-Dolina zaatakował ich znienacka nocą z 2 na 3 września. Z rąk Polaków zginęło ich aż 200.

Sowieccy „wyklęci”

Bronisław Kaminski został zlikwidowany przez Niemców w niejasnych okolicznościach w sierpniu 1944 r. Powodem miała być jego niesubordynacja wobec gen. Ericha von dem Bacha.

Po śmierci dowódcy resztki 29. dywizji przerzucono do południowych Niemiec i rozwiązano. Jej żołnierzy wcielono do innych jednostek. Tam zastał ich koniec wojny.

Dowódca pułku major Iwan Frołow (pośrodku) z oficerami RONA podczas powstania warszawskiego

Po wojnie alianci zachodni wydali Sowietom większość weteranów RONA. Podczas pokazowych procesów wielu z nich nie wykazało skruchy za swoją kolaborację z Niemcami. Czterech oficerów formacji, w tym Frołowa, skazano na karę śmierci. Resztę na kary więzienia o różnym wymiarze.

Nie wszyscy kolaboranci złożyli broń w 1945 r. Znalazło się wielu takich, którzy później wrócili do lasów briańszczyzny, by walczyć z władzą komunistów - napadali na wiejskie spółdzielnie, zabijali partyjniaków i funkcjonariuszy różnych służb. Do 1951 r., gdy wpadła ostatnia banda, złapano niemal 300 takich łokockich „wyklętych”.

Więcej o dziejach RONA przeczytają państwo w książce Iwana Kowtuna i Dmitrija Żukowa pt. „29. Dywizja Grenadierów SS »Kaminski«”, która ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Replika

Wojciech Rodak

Komentarze

1
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

r.niwinski

Nie ma co - pięknie napisana laurka dla tego degenerata i jego podkomendnych-zwyroli. I skąd ta informacja o ich dzielności w walce? Skoro sam von dem Bach oceniał, że wartość bojowa tych ludzi była mizerna i bardziej interesował ich rabunek i gwałty od walki.

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.