Małgorzata Szlachetka

"Uciekać żeby zjeść talerz gotowanych ziemniaków"

Sierpień 1944, oswobodzony obóz Majdanek Fot. Wikimedia Commons Sierpień 1944, oswobodzony obóz Majdanek
Małgorzata Szlachetka

Za próbę ucieczki z niemieckiego obozu koncentracyjnego na Majdanku groziła śmierć. Niepokorny więzień był wieszany na szubienicy stojącej na każdym z pól więźniarskich albo rozstrzeliwany

Ze 150 tys. więźniów, którzy przeszli przez obóz na Majdanku, na ucieczkę zdecydowało się co najmniej 512 osób.

Na piechotę

Czasami zdarzały się historie tak niewiarygodne jak ta, której bohaterem był słowacki Żyd Dionyz Lenard. Nie tylko udało mu się w czerwcu 1942 roku uciec z obozu, ale też wrócić do rodzinnej Słowacji. Gdy zaczął myśleć o ucieczce, nie zastanawiał się nad szczegółami, czyli którędy będzie biegł czy gdzie się ukryje. Najważniejsze było samo: „Uciekać, uciekać, uciekać z tego piekła, żeby móc zjeść talerz gotowanych ziemniaków (...)" - napisze później.

Impulsem, by więcej się nie wahać, tylko działać, był widok lubelskich Żydów ze zlikwidowanego getta na Majdanie Tatarskim, którzy trafili do obozu. „Strasznie było patrzeć na nich. Pomyślałem, że my będziemy tak wyglądać, jeśli jeszcze długo tu zostaniemy. Ciała wychudzone na skórę i kości, niezdrowy kolor skóry, zapadnięte oczy" - czytamy w relacji Lenarda.

Uznał, że najlepszym dniem do ucieczki będzie sobota. Tego dnia, wieczorem, wielu esesmanów wracało do Lublina. Wcześniej Dionyz zaopatrzył się w skórzane buty. Cywilne ubranie kupił za kawałek chleba i 10 złotych. Potrzebne do ucieczki rzeczy ukrył między materiałami przygotowanymi do budowy kolejnych baraków.

Sam też się tam schował i zasnął. Gdy się obudził, wokół było ciemno i pusto. Zrzucił drewniaki. Założył skórzane buty, oderwał Gwiazdę Dawida i obozowy numer. Wyszedł na szosę prowadzącą do Chełma. Trzy dni nocował na dworze. Głód zmusił go do wejścia na teren jednej z mijanych wsi. Prosił o mleko po słowacku, jak twierdzi, w piętnastu domach usłyszał odmowę. W 16. - młodzi bracia poczęstowali go kawą. Na odchodne dostał trzy jajka na twardo, 15 dag „dobrej kiełbasy wieprzowej" i kawałek chleba. Poza tym manierkę z kawą.

Na wozie

Felicji Bidachowej i Helenie Żuk w ucieczce pomógł esesman Otto Schulz. Niemiec najpierw spotkał się w Lublinie z należącym do Armii Krajowej mężem Felicji. Zaniósł mu gryps od niej. Obaj uznali, że najlepszym sposobem będzie przemycenie kobiet na furmance jednego z robotników, którzy pracowali przy rozbudowie obozu na Majdanku.

Kobiety weszły do płóciennych worków, które następnie, już zawiązane, zostały włożone na wóz. Strażnicy nie skontrolowali ładunku. Na ulicy Pawiej Otto Schulz posłał woźnicę po papierosy, sam zaś rozwiązał worki, żeby wypuścić kobiety. - Bardzo się cieszył, że ucieczka się udała, ale ten Polak, który nas wiózł, wydał Schulza, no i tego Orpisza (więźnia - dop. red.), który mnie wynosił na furmankę - relacjonowała później Felicja Bidachowa; jej świadectwo znajduje się w Państwowym Muzeum na Majdanku.

Oprócz Schulza zostali też aresztowani inni esesmani, którzy mimo że wiedzieli o planowanej ucieczce, nie udaremnili jej. Otto za karę trafił na front. Gdy pod koniec wojny znalazł się w niewoli u aliantów, powołał się na nazwiska byłych więźniarek z Majdanka.

W śnieżycy

Paweł Dąbek (późniejszy poseł w czasie PRL i wojewoda lubelski), Kazimierz Maliński i Mieczysław Osiński uciekli w czasie śnieżycy, w nocy z 16 na 17 marca 1944 roku. Przykryli się białymi prześcieradłami. Następnie przeczołgali się niemal pod nosem Niemców, którzy siedzieli w budce strażniczej. Nożycami, które mieli przy sobie, poprzecinali druty kolejnych ogrodzeń.

Kanałami

Ta ucieczka mogła się nie udać, gdyby jej uczestnicy ściśle ze sobą nie współpracowali. Z Majdanka wydostali się 28 marca 1944 roku, kanałami odprowadzającymi ścieki z terenu obozu. Idąc pod ziemią minęli dziesięć studzienek. Po drodze musieli przecinać kraty, jakie zostały zamontowane przy każdej studzience; po przepiłowaniu dwóch z trzech prętów dało się przejść.

Nie wszyscy od razu zeszli pod ziemię. Na początek ruszyli Mikołaj Caban i Robert Skrzypczak. To oni poprzecinali kolejne druty. Stefan Iwanek został w cieplarni, aby odwrócić uwagę kapo. W tym celu częstował go wódką - pół litra miało wystarczyć na przecięcie krat w trzech studzienkach.

Jednocześnie trzeba też było pilnować, czy nikt nie podchodził do studzienek. Gdy do jednej z nich zbliżył się esesman, uciekinier stojący „na czujce" nie wiedział co zrobić. Nagle doznał olśnienia. Zaczął jak opętany wrzeszczeć do kolegi, aby ten przestał się obijać i zabrał się za uczciwą pracę. Podziałało. Niemiec niczego nie podejrzewając, poszedł w swoją stronę.

Do kanałów ostatecznie weszło dziewięciu mężczyzn: Oprócz Cabana i Skrzypczaka, Tadeusz Czajka, Stefan Drozd, Władysław Gałasiński, Stefan Iwanek, Wiktor Piątkowski, Henryk Srebrzycki i Jan Sarzyński. W wąskiej rurze ciężko było im się czołgać, dodatkowo brudna woda zalewała oczy. Kolana i łokcie zaczynały krwawić. Trzeba było po drodze zostawiać kolejne ubrania i bagaż, żeby w ogóle przecisnąć się przez wąskie rury.

Gdy wydawało im się, że już znajdują się w bezpiecznej odległości, jeden z nich wyjrzał przez studzienkę. Zobaczył buty esesmana. Ruszyli, czołgając się dalej. Przy jednym z włazów natknęli się na szkielet człowieka, prawdopodobnie w ten sam sposób próbował znaleźć się na wolności. Dziesiąta studzienka znajdowała się już za drutami obozu. Uciekinierzy jak dzieci ucieszyli się, gdy zaczął padać śnieg. Powód? Przykrył ślady ich ucieczki. Gdy wydostali się z obozu, wpadli do domów na terenie wsi Dziesiąta. Od mieszkańców dostali jakieś ubrania. Nie mogli się tu jednak zatrzymać na dłużej.

W czasie wieczornego apelu ich nieobecność na pewno zostałaby zauważona przez kapo. Po drodze spotkali kobietę, która popatrzyła na nich ze łzami w oczach. Podzieliła między nich chleb i kiełbasę, które miała w koszyku.

- Jedźcie - powiedziała po prostu. Ten moment trwać będzie w mojej pamięci jako najszczerszy, najbardziej bezinteresowny odruch, chyba nawet symbol serdecznej, ludzkiej życzliwości - napisze później Tadeusz Czajka w swoich obozowych wspomnieniach „Czerwone punkty".

Od grupy odłączył się Stefan Iwanek. Poszedł do siostry, która mieszkała przy ulicy Dolnej Panny Marii i pracowała w sklepie na 3 Maja. Na ulicy udawał pijanego, dzięki temu nikt się zbytnio nie dziwił, że w trzaskający mróz wyszedł z domu bez płaszcza.

Samochodem

Wyjątkową fantazją wykazali się uciekinierzy: Mikołaj Stebliński, Jan Poniatowski i Michał Nadziej. 15 maja 1944 roku pracowali w komandzie zajmującym się naprawą samochodów załogi obozowej. Decyzję o ucieczce podjęli spontanicznie.

Mikołaj zaniósł wachmanowi Pinczerkowi pół litra wiśniówki, żeby ten dał zgodę na sprawdzenie samochodu na obozowych alejkach. Stebliński biegiem wrócił do baraku warsztatowego. Tam „dla kurażu wspólnie z Michałem i Jankiem wychylają ostatnią półlitrówkę z zapasu".

Następnie Mikołaj wrzucił pod siedzenie auta przygotowany niemiecki mundur i furażerkę, i siadł za kierownicą. Michał zlał do baku paliwo ściągnięte z innych wozów, a Janek przywiązał do karoserii tabliczkę z napisem po niemiecku „Jazda próbna".
Stebliński zameldował wachmanowi: „Więzień nr 3431 przejściowo z obozu". Pinczerek dał niedbały znak ręką, że można jechać.

- Tymczasem Michał z Jankiem biegają w warsztacie od wozu do wozu i z instalacji zapłonowych usuwają palce rozdzielcze - czytamy w powojennej relacji więźnia Majdanka Mieczysława Panza, który także pracował w komandzie samochodowym.
Janek przerzucił przez druty kluczyki do tatry komendanta. Następnie razem z Jankiem zameldowali Pinczerkowi, że muszą pilnie wyjść poza III pole. Po chwili podje¬chała do nich simka z Michałem za kierownicą.

- W szwabskim znienawidzonym mundurze Kola wygląda bojowo, a gębę ma roześmianą od ucha do ucha. Opuszczając szybę boczną rzuca im: „Chłopcy, siadajcie, jedziemy!" - kontynuował Panza.

Janek wszedł do bagażnika, Michał usadowił się między siedzeniami, na podłodze. Na koniec kolega narzucił na niego jakąś płachtę. Drogi pilnował esesman z wielkim psem, który ujadał i ciągnął smycz. Michał nie stracił zimnej krwi i po niemiecku wrzasnął do niego: - Jak długo jeszcze, ty świński psie, będziesz tego psa na mojej drodze trzymał?

Zadziałało. Droga na wolność stanęła otworem.

W mundurze SS

Czesław Gaweł był kelnerem w obozowej kantynie SS. Dzięki temu miał większe możliwości, by uciec niż inni współwięźniowie.
Był 12 lipca 1944 roku, dziesięć dni przed wejściem armii radzieckiej na teren Majdanka. W obozowym warsztacie koledzy więźniowie dorobili Czesławowi klucz do szafy w pokoju załogi. Do szafy, w której wisiał esesmański mundur. Założył go na siebie. Nie miało większego znaczenia, że spodnie były za długie. Dobrał płaszcz i czapkę z trupią czaszką. Z pokoju wyszedł szybkim krokiem. Na obozowej drodze Niemiec niższy stopniem zasalutował i pozdrowił go Heil Hitler.

Gaweł minął komory gazowe „cuchnące zawsze cyklonem". Doszedł aż do rowu melioracyjnego ciągnącego się w stronę wsi Dziesiąta. Wskoczył do środka, od tego momentu poruszał się wyłącznie na czworakach. Nagle nad sobą zobaczył drewnianą kładkę, na której stał esesman z wilczurem. Wydawało się, że wszystko jest już stracone, ale znowu szczęście się do niego uśmiechnęło.

Strażnik nieoczekiwanie zszedł z posterunku, gdy poczuł mdły zapach ciał palonych w krematorium. - Znów jestem na dnie rowu, zakryty, wyciągam płaskie szczypce. Tnę druty. Ostrożnie przeciskam się przez otwór w kolczastym płocie. Jeszcze tylko ryzykowny nieco skok przez drogę wiodącą w tym miejscu na nasypie, kryją mnie zarośla. Jestem wolny" - tak te wydarzenia później opisał. Relacja Czesława Gawła znajduje się w Państwowym Muzeum na Majdanku.

Wolny poczuł się naprawdę, kiedy spodnie, płaszcz i esesmańską czapkę porzucił w krzakach.

42 rozstrzelanych

Za udane ucieczki życiem płacili ci, którzy zostali w obozie. Tak stało się np. w marcu 1942 roku. Wówczas doszło na największej w dziejach obozowej ucieczki, na którą odważyli się jeńcy radzieccy.

Nocą dwóch oficerów przecięło druty obok bloku kuchennego II pola. Inni, co sił w nogach, zaczęli biec w stronę przerwy w ogrodzeniu. Niemcy byli zupełnie zaskoczeni. Poza teren obozu wydostało się aż 98 osób. Esesmani z broni maszynowej zabili później 42 mężczyzn - to byli współwięźniowie z II pola, którzy nie wzięli udziału w ucieczce. Już po fakcie Niemcy narysowali odręczny plan ucieczki - krzyżykami zaznaczyli miejsca, w których miały się znajdować ciała zastrzelonych przy próbie ucieczki. Na papierze wszystko musiało się zgadzać.

Cytowane relacje pochodzą ze zbiorów Państwowego Muzeum na Majdanku w Lublinie.

Małgorzata Szlachetka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.