Bohaterska "Hawrań" - historia Ireny Siwickiej-Żychiewicz

Czytaj dalej
Fot. fot. archiwum rodzinne
Katarzyna Hołuj

Bohaterska "Hawrań" - historia Ireny Siwickiej-Żychiewicz

Katarzyna Hołuj

Dziś rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Jedną z kobiet, które stanęły wtedy do walki była Irena Siwicka-Żychiewicz, prababcia Julii Ingarden. Jej losy opisała prawnuczka w konkursowej pracy. Chce ocalić pamięć o bohaterce sprzed lat.

Julia mieszka w Jaworniku. Jest uczennicą Gimnazjum numer 1 w Myślenicach (zdała do II klasy) i harcerką. Swojej prababci poświęciła pracę napisaną na tegoroczną edycję konkursu "Losy Bliskich, losy Dalekich - życie Polaków w latach 1914 - 1989". "Niezwykła historia mojej prababci", bo taki nosiła tytuł, przyniosła jej miejsce w finale etapu wojewódzkiego. Praca uzyskała też wyróżnienie od Fundacji Armii Krajowej w Londynie "za zachowanie pamięci AK".

Prababcia Julii, a babcia jej mamy - Mai, urodziła się w 1920 roku. Do niedawna jeszcze wnuczka i prawnuczki (Julia ma siostrę i dwóch młodszych braci-przyp. red.) niewiele wiedziały o niej.

- Wiedziałam od mamy, że babcia brała udział w Powstaniu Warszawskim, że przemieszczała się kanałami, że była w obozie, ale niewiele więcej - opowiada Maja Ingarden.

Zbieranie materiałów o babci i prababci utrudniał fakt, że w dokumentach jej nazwisko kilkakrotnie zostało przekręcone i figurowała w nich m.in. jako Irena Wawroń, ps. Śliwicka-Zalewska.

Irena Siwicka (trzecia z prawej) na zjeździe harcerstwa w Spale w 1935 roku
fot. archiwum rodzinne Irena Siwicka-Żychniewicz

Pseudonim z miłości do Tatr

W rzeczywistości jej prawdziwe nazwisko brzmiało Siwicka, po mężu Żychiewicz, fałszywe, którym się posługiwała z mężem - Zaleska, a pseudonim, który przyjęła w konspiracji to "Hawrań".

Niedługo po tym, jak Irena zdała maturę, wybuchła II wojna światowa. Jeszcze w tym samym 1939 roku ukończyła kurs sanitarny i praktykę sanitarną organizowane w ramach obowiązkowego Przysposobienia Wojskowego Kobiet. Dla PWK porzuciła harcerstwo, do którego należała. Dla obydwu tych zajęć nie wystarczało czasu, a wojna wisiała na włosku.

Jeszcze zanim wybuchła, po maturze zdanej w warszawskim Liceum im. Emilii Plater, zgodnie z panującym wtedy zwyczajem, Irena razem z przyjaciółką Wandą, udała się do wróżki. Ta, oprócz przepowiedni wybuchu wojny, która nie zaskoczyła dziewcząt, powiedziała jeszcze, że Irenie mąż… spadnie z nieba, a obie przyjaciółki - Irena i Wanda umrą na to samo.

Wybuch wojny i wcześniejsza śmierć matki przekreśliły marzenia Ireny o rozpoczęciu studiów medycznych, na które dostała się po zdaniu matury. Będąca w żałobie dziewczyna, kiedy tylko zaczęła się wojna, stanęła jednak do walki. Najpierw była noszową, potem sanitariuszką. Nawet po kapitulacji Warszawy, nie odstąpiła rannych i pomagała im w ukrywaniu się. Równolegle pracowała w wypożyczalni książek, zaangażowała się w działalność konspiracyjną i podjęła naukę na tajnych kompletach Wydziału Medycznego.

W 1940 roku, po wpadce konspiratorów, na kilka miesięcy trafiła na Pawiak, skąd szczęśliwie jej ojcu udało się ją wykupić. Niestety niedługo po tym sam znalazł się na Pawiaku, a stamtąd wywieziono go do obozu w Majdanku, gdzie zmarł w 1943 roku. Irena zaraz po wyjściu z więzienia wróciła do konspiracji przyjmując pseudonim "Hawrań", jako że od wczesnej młodości jej wielką miłością były Tatry. Działała głównie w Śródmieściu Północnym, tu, gdzie jej batalion - "Kiliński" (przemianowany tak z wcześniejszej nazwy "Vistula"). Ukończyła kurs ogólnowojskowy II stopnia, a później także kurs oficerski.

Szefowa sanitariuszek

Była jedyną kobietą w gronie założycieli kompanii "Szare Szeregi" wchodzącej w skład batalionu "Kiliński" i szefową wojskowej służby kobiet, gdzie dała się poznać jako doskonała organizatorka. Liczba kobiet podległych jej rosła wraz z awansowaniem na wyższe stopnie (aż do porucznika) i powierzaniem coraz bardziej odpowiedzialnych zadań.

Najpierw podlegało jej 15 dziewcząt, a pod koniec powstania już około 1000. Były one podzielone na sekcje sanitariuszek i łączniczek. Do obowiązków Ireny, jak pisze Julia, należał m.in. werbunek i szkolenie ochotniczek, zapewnienie zakwaterowania, zaopatrzenia i opieki lekarskiej dla swoich podwładnych, praca wychowawcza, kulturalno-oświatowa i wychowanie fizyczne.

Właśnie ta umiejętność organizacji jest cechą, która najbardziej imponuje dziś jej prawnuczce Julii.

- Podziwiam babcię za to, że była "prawą ręką" swojego dowódcy, Leona Gajdowskiego ps. "Ostoja", a potem majora Stanisława Steczkowskiego, "Zagończyka" - mówi dziewczyna.

Powołując się na wspomnienia m.in. "Ostoi" pisze o swojej prababci: "pełniąc w czasie Powstania tak bardzo odpowiedzialną funkcję, była zawsze pogodna i operatywna, a dla podkomendnych przyjacielska i opanowana. W miarę narastania gruzów i zgliszczy w północnym Śródmieściu Warszawy, z niesłabnącą energią i odwagą wyręczała swego dowódcę mjr. "Zagończyka" w sprawach rozlicznych zajęć z zakresu organizowania i zabezpieczania najbardziej istotnych warunków twardego życia żołnierzy powstańczych.
Za jej obywatelski wkład pracy, trudu i czasu w przygotowaniu oddziałów WSK w 4 Rejonie do zbrojnego wystąpienia, komendant główny, na wniosek mjr. "Zagończyka", odznaczył ją Srebrnym Krzyżem Zasługi z Mieczami, a za odwagę wykazaną w obliczu nieprzyjaciela, tak w okresie okupacji, jak również w czasie walk powstańczych, Krzyżem Walecznych, oraz awansował na stopień podporucznika."

Rodzinne mieszkanie Ireny przy ulicy Fałata w Warszawie służyło jako azyl dla cichociemnych, czyli żołnierzy, którzy zrzucani na spadochronach przedostawali się do Polski, aby tu zasilić siły Armii Krajowej.

Mąż... prosto z nieba

W lutym 1943 roku w drzwiach tego mieszkania stanął Antoni Żychiewicz, skoczek zrzucony w okolicach Mińska Mazowieckiego, i z miejsca, zresztą z wzajemnością, zakochał się w Irenie. Tak oto spełniła się przepowiednia o mężu, który spada z nieba.

Ślub wzięli kilka miesięcy później, w październiku. Małżeńskim szczęściem, przynajmniej w tamtym wojennym czasie, nie cieszyli się długo. Przed wybuchem Powstania Antoni trafił bowiem do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.

Irena znów, mimo nieszczęścia które ją dotknęło (nie znała losów męża) nie wahała się co zrobić, kiedy wybuchło powstanie. Tak jak w 1939 roku stanęła do walki i wytrwała do końca, największą zaś karą było dla niej oddanie broni, kiedy ją i innych żołnierzy, którzy przeżyli zabierano do obozu jenieckiego.

Najpierw trafiła do Lamsdorf, a potem przenoszono ją w inne miejsca. Wreszcie po wyzwoleniu obozu, z Niemiec wróciła do Polski, gdzie odnalazł ją mąż. Miał dla niej prezent - odkupione od współwięźnia z Sachsenhausen za kilka porcji obozowego jedzenia, pozłacane lusterko. Do dziś jest ono jedną z nielicznych rodzinnych pamiątek, które pozostały po Irenie i Antonim.

Oboje przeżyli wojnę. Irena zmarła wcześniej. W 1970 roku pokonał ją nowotwór. Niedługo po niej, na tę samą chorobę, zmarła jej przyjaciółka Wanda.

Głosy młodszych pokoleń

Wnuczka Ireny - Maja Ingarden sprzeciwia się głosom mówiącym, że powstanie było bezsensowną, bo z góry przegraną walką, która na dodatek pochłonęła mnóstwo ofiar.

- Jestem zdecydowaną obrończynią powstania i powstańców. Z jednej strony, bo mam do tego stosunek emocjonalny. Uważam za bardzo niesprawiedliwe to, że działania powstańców sprowadza się do błędu. Dlaczego nikt nie zastanawia się, co by było gdyby nie było powstania, albo gdyby powstańcy wygrali? To nie był błąd, a oni nie byli dzieciakami, jak się nieraz o nich mówi. Byli dojrzali, chcieli walczyć i umrzeć wolni, bo jestem przekonana, że liczyli się z tym, iż umrą - mówi. - Czytając wspomnienia powstańców miałam okazję się przekonać, że wielu z nich twierdzi, że gdyby jeszcze raz mieli podjąć decyzję, już znając jej konsekwencje, postąpiliby tak samo. Cena powstania, owszem, była wysoka, ale dzięki niemu nie staliśmy się siedemnastą republiką ZSRR, ale pozostaliśmy Polską. Jaka ona była, taka była, ale jednak była to Polska.

Julia zaś kończy swoją pracę zadając sobie pytanie, jak sama zachowałaby się na miejscu swojej prababci. I sama sobie na nie odpowiada:

"Walczyłabym, to pewne. Ale czy z takim oddaniem, poświęcając wszystko - dom, rodzinę, przyjaciół? Nie wiem, ile mogłabym znieść i prawdę mówiąc - wolałabym tego nigdy nie sprawdzać..."

Irena Siwicka (trzecia z prawej) na zjeździe harcerstwa w Spale w 1935 roku
fot. Katarzyna Hołuj Rodzina państwa Ingardenów: Julia (w kapeluszu) z rodzicami i rodzeństwem

Poznaj Tajemnice Państwa Podziemnego:
"Tajemnice Państwa Podziemnego" to dokumentalny serial historyczny wyprodukowany przez Polska Press Grupę we współpracy z Muzeum Powstania Warszawskiego. Patronem medialnym jest miesięcznik "Nasza Historia".

Tajemnice Państwa Podziemnego - wydanie specjalne Naszej Historii

Katarzyna Hołuj

Komentarze

2
Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

przerwa

Aliantami byli też Rosjanie i ich rząd nawoływał m.in. rozrzucając ulotki na Warszawę do powstania . Trudno było przewidzieć że zdradzą i nie tylko , że nie pomogą ale też zabronią innym pomocy. Ich oddziały stały na Pradze .
Złamali wcześniejsze porozumienia i nie pozwolili lądować samolotom z pomocą na swoich lotniskach.
Tą zdradą nawet Niemcy byli zaskoczeni , którzy liczyli się początkowo z oddaniem Warszawy.
Powstanie nie było błędem - błędem było , niestety po raz kolejny, zawierzenie sowietom !

spokojny

W obliczu miażdżącej przewagi 2 wrogów (hitlerowskiego i sowieckiego - p. np. przebieg Powstania na Pradze) podobnie jak wielu polskich politykow i wojskowych tamtego okresu uważam, że bez porozumienia z naszymi aliantami nie powinno się Powstania rozpoczynać.
A takiego porozumienia nie było.

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.