Marcin Dobrosz

Czerwoni książęta

Andrzej Jaroszewicz, rajdowiec, playboy i syn premiera PRL-u. To on pierwszy był nazywany Czerwonym Księciem Fot. archiwum Andrzej Jaroszewicz, rajdowiec, playboy i syn premiera PRL-u. To on pierwszy był nazywany Czerwonym Księciem
Marcin Dobrosz

Zdobyć miejsce na szczytach peerelowskiej partyjnej hierarchii. Bić pokłony przed kolejnymi sowieckimi gensekami. A jednocześnie żyć według zachodnich standardów. Tak radzili sobie czerwoni bonzowie. Oto ich poczet - od Cyrankiewicza do Jaroszewicza

Gdyby chodziło tylko o upodobanie do kobiet, to za pierwszego playboya w PRL-u mógłby uchodzić Bolesław Bierut. To wyjątkowo ponura, odrażająca i na dodatek nie do końca rozeznana postać. Miał żon na pęczki. No, może bez przesady, ale nie przejmował się tym, że jeszcze nie rozwiódł się z jedną, a już miał kolejną. Komu jak komu, ale pierwszemu powojennemu władcy kraju urzędy stanu cywilnego w papiery nie śmiały zaglądać.

Wiedza o jego kobietach jest niepełna i niepewna. Kiedy był jeszcze w Moskwie, miał u boku pierwszą żonę i konkubinę. Ten trójkąt żadnej ze stron, a przede wszystkim oblubienicom Bieruta, nie przeszkadzał. Być może pęd towarzysza Tomasza do niewiast był chęcią przełamania zahamowań, jakie miał w młodości, kiedy mu po prostu z kobietami nie wychodziło, ale ponieważ psychoanaliza nieznana była w kraju nad Wisłą, pozostanie to tajemnicą. Można więc uznać, że skoro jako młodzian Bierut nie radził sobie z jedną kobietą, to jako potężny aparatczyk mógł sobie pozwolić na znacznie więcej.

Włodzimierz Sokorski, blisko związany z Władysławem Gomułką, sam słynący z wybujałego ponoć temperamentu, o którym mowa będzie dalej, miał kiedyś nazywać Bieruta „Bolek jebaka”, na co ten ostatni bynajmniej się nie obrażał. Historycy do dziś sprzeczają się o to, ile żon miał Bierut, najczęściej mowa o czterech, a najgorsze jest to, że trzy miały być jego ślubnymi w tym samym czasie.

Na pewno jedną z nich była Janina Górzyńska, panna spod Lublina, którą Bierut poślubił w 1921 roku. Wierność w związkach nie była mocną stroną Bieruta i kiedy losy rzuciły go do Moskwy, wpadła mu w oko Małgorzata Fornalska pseudonim Jasia. Musiała podbić serce przyszłego prezydenta Polski, skoro pod jednym dachem zamieszkała z legalną żoną późniejszego dyktatora.

Nie wiadomo, jakie były późniejsze losy. Górzyńskiej wydaje się, że Bierut nawet nie zawracał sobie głowy tym, by się z nią rozwieźć. Towarzyszka „Jasia” musiała mieć nie tylko rewolucyjny temperament, skoro przez długie lata była u boku Bieruta, rodząc mu nawet dziecko. Kolejną kobieta w życiu Bieruta była mężatka Anastazja Kolesnikowa. Czasy były wojenne, rewolucyjne, nikt nie zawracał sobie głowy takimi drobiazgami jak stan cywilny.

Przez jakiś czas mieszkał na ziemiach polskich Bierut w mieszkaniu tej pani, potem ją rzucił i wyniósł się do Warszawy, a tam czekała już na niego towarzyszka „Jasia”. Kolesnikowa przypomniała o sobie długo po śmierci Bieruta, pisząc w 1974 r. list do Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza partii, z prośbą o specjalną rentę dla siebie i dzieci w uznaniu jej zasług czuwania u boku tak „wielkiego Polaka” jak Bolesław Bierut.

Gierek odbił piłeczkę do Moskwy, a towarzysze radzieccy zadbali o to, by była kochanka Bieruta nie zginęła tam jednak z głodu. O liście Kolesnikowej Polacy w tamtym czasie nic nie wiedzieli, ale na szczytach władzy huczało od plotek, że Bierut tracił głowę do kobiet, zmieniał je jak rękawiczki.

Wróćmy jednak do wojennych losów towarzysza „Tomasza”. Kiedy znalazł się u boku Fornalskiej, namiętności odżyły. Nie na długo jednak, bo w październiku 1943 r. hitlerowcy pojmali Fornalską, wkrótce została rozstrzelana. Okazało się, że Bierut miał już przy sobie kolejną pocieszycielkę.

Po wonie kariera Bieruta rozwijała się błyskawicznie i w miarę, jak stawał się coraz znaczniejszą figurą, coraz więcej kobiet pojawiało się u jego boku. W 1948 r. został dyktatorem Polski i wówczas związał się z młodszą o kilkanaście lat Wandą Górską. Ta wieloletnia kochanka była prawdopodobnie kolejną żoną towarzysza „Tomasza”.

O Górskiej mówiono już w czasie wojennej konspiracji, że była blisko, nawet fizycznie z wieloma towarzyszami, w tym z Bierutem. Podejrzewa się, że była też wtyczką radzieckiej bezpieki, której czujne oko chciało mieć baczenie na to, co sługusi Kremla znad Wisły wyczyniają w okupowanej Polsce. Górska poznała Bieruta po aresztowaniu towarzyszki „Jasi” i szybko znalazła miejsce u boku towarzysza „Tomasza”.

O tym, że ostro romansowali, mówiono w komunistycznym podziemiu, nic dziwnego, że w „wolnej” Polsce ich losy znowu się zeszły. Górska była kimś więcej niż sekretarką Bieruta, zachowywali się jak mąż i żona, choć formalnie małżeństwem nie byli.
Bierut miał Górską praktycznie przez całą dobę, w nocy w sypialni, potem w Belwederze jako jedną z sekretarek. Ale to od niej i od jej humoru zależało, kto dostanie się do gabinetu dyktatora, z czasem opiniowała nawet pisma, na których Bierut składał podpisy.

Ze zwykłego kopciucha, jak ją oceniało otoczenie, wyrosła na zausznika Bieruta, dbała o siebie, ubierała się w to, co było modne, dostępne i drogie. Przeżywała drugą młodość, widać - bycie kochanką prezydenta służyło jej.

Kiedy Bierutowi zmarło się w Kraju Rad w niejasnych okolicznościach, kochanka wypadła z obiegu. Nie biedowała jednak, dostała wysoką rentę, duże mieszkanie w centrum Warszawy, nigdy nie opowiadała o jurności Bieruta i odeszła ze świata w 1983 r. Kilkanaście miesięcy później zmarła też pierwsza żona Bieruta Janina Górzyńska.

Na pewno w cieniu Bieruta dorastał politycznie „wieczny” premier PRL-u, jak mawiano o Józefie Cyrankiewiczu. Rozpoczynał w ruchu ludowym, siedział w Oświęcimiu, po wojnie - ku rozpaczy rodziny i bliskich - związał się z komuną. Uznał, że to szansa nie tylko na polityczną trampolinę, ale też na luksusowe i rozwiązłe życie.

A plotkowała o jego romansach i miłości do szybkich aut cała Polska. Bo człowiek, który z woli Józefa Stalina został w 1947 r. premierem Polski, uchodził za czołowego playboya słusznie minionej epoki.

Wspomniany już Włodzimierz Sokorski mówił, że czasy pobytu w Oświęcimiu Cyrankiewicz zapijał wódką, romansami i miłością do drogich samochodów oraz pewnej unikalnej motorówki. Może tak było, a może tylko skwapliwie korzystał z tego, na co mogli sobie w tamtych czasach pozwolić tylko nieliczni.

Jego pierwszą żoną była Joanna Munkówna, siostra późniejszego reżysera. Związek nie przetrwał wielu powojennych lat i na horyzoncie pojawiła się Nina Andrycz. Nim została żoną Cyrankiewicza, premier niczym zakochany młokos czynił do niej podchody, pojawiał się z bukietami kwiatów po jej przedstawieniach.

Andrycz nie mogła odrzucić zalotów inteligentnego, dobrze ubranego, no i wysoko postawionego mężczyzny, którego z racji łysiny żartobliwie nazywano Yulem Brynnerem dla ubogich.

Aktorka nie chciała jednak po ślubie, który miał miejsce w 1947 r., grać tylko roli dodatku do sypialni premiera. Kochała aktorstwo i to było jej życie, jak mówiła u schyłku swoich dni. Nie znaczy to, że nie korzystała z atrakcyjnych wypadów zagranicznych, od Kremla począwszy, na Indiach czy Chinach skończywszy. Drogimi futrami obsypywali ją przywódcy radzieccy i Chin, ponoć sam towarzysz Stalin darzył ją atencją, zaś z jednym z jej pobytów w Rosji związana taka historia.

Andrycz, nie chcąc opuścić swojego występu w warszawskim teatrze, wymknęła się z Moskwy i nie informując nikogo, poleciała do Polski. Towarzysze, którzy przyjechali z Cyrankiewiczem na Kreml, byli pewni, że kiedy Stalin się o tym dowie, wpadnie w furię, a złość dyktatora niejedno miała oblicze.

Skończyło się jednak nadzwyczaj łagodnie, bo kiedy radziecki dyktator dowiedział się o powodach nagłego wyjazdu Andrycz, miał powiedzieć tylko, że musi ona kochać bardzo swój zawód i on to rozumie. Dopiero po tym wyznaniu Stalina wszystkim ustąpiła nerwowa biegunka.

Zwykłym Polakom nie podobało się dworskie życie Cyrankiewicza i jego pani. Kiedy na początku lat 60. ruszali do Indii, opisywano bizantyjskie - jak na warunki PRL-u - przygotowania do tej wyprawy, a na partyjnych zebraniach padały głosy protestu przeciwko szykowaniu kreacji dla Andrycz przez paryskich krawców.

Obrywało się też samej Andrycz od jej środowiska, że zgarnia najlepsze role, że ustawia teatralny repertuar, mając za sobą poparcie potężnego męża. Szeptano też, że to właśnie przez wszechwładną za sprawą małżeństwa Ninę padła wspaniała kariera Ireny Eichlerówny. O samym stylu gry Andrycz można było pisać tylko dobrze, biada temu, kto ośmieliłby się skrytykować jej, co tu ukrywać, nudnawe i bez polotu role koronowanych głów.

Dzięki mężowi Andrycz mogła nie tylko podróżować po świecie, mieszkała w też luksusowym mieszkaniu przy stołecznej Alei Róż 8, a było to miejsce zastrzeżone było dla elity, korzystała z luksusowych ośrodków wypoczynkowych władzy. Na pewno też korzystała z luksusowego cacka, jakim była zachowana do dziś motorówka.

W tamtym okresie była ona osiągalna tylko dla gwiazd i playboyów w najdroższych zakątkach Europy. Chodzi o Rivę Super Floryda - włoska robota, dzieło sztuki, jak mówią o niej znawcy. Zachowała się w nienagannym stanie, jej silnik V8 firmy Chris Craft wymagał tylko przeczyszczenia, pracuje jak złoto. Okazało się, że ma on mały przebieg, bo pracował tylko 90 godzin. Tb by oznaczało, że dygnitarze praktycznie jej nie używali. Może część tych godzin silnik wypracował dla Cyrankiewicza i Andrycz. Ówczesny premier miał słabość do takich właśnie przedmiotów. Wieść niesie, że mógł się tą motorówką urwać choć na chwilę swoim ochroniarzom.

Do Polski trafiło to cacko za czasów Gomułki i Cyrankiewicza, ale o jego zakupie zdecydował ten ostatni. Przez lata motorówka stała w luksusowym ośrodku rządowym w Łańsku pod Olsztynem. Takie motorówki mieli m.in.: Sophia Loren, Brigitte Bardot, Sean Connery i Brad Pitt. Dobrze zachowane motorówki tego typu warte są dziś fortunę, amatorzy gotowi są zapłacić nawet kilkaset tysięcy dolarów.

Jednak na pierwszym miejscu u Cyrankiewicza były nie samochody czy motorówki, ale kobiety. Były premier nie grzeszył wiernością, zresztą jego żona - jak się wydaje - też. Był czas, kiedy Warszawa szeptała o jego romansie z późniejszą gwiazdą telewizji Ireną Dziedzic, która to znajomość miała jej pomóc w karierze.

Na drodze Cyrankiewicza były też inne panie, jak np. pewna ekspedientka w sklepie z kwiatami na rogu Alej Jerozolimskich i ulicy Marszałkowskiej. Cyrankiewicz zachodził tam często i nie o kwiaty chodziło, aż wreszcie wychodził i młoda mężatka rzuciła ślubnego, by zaszyć się potem gdzieś z premierem.

Co na to Andrycz? Jak wieść niesie, nie była mu dłużna i miała romansować z wieloma, a na liście jej „bliskich” mieli być i ówczesny radziecki ambasador w Polsce, i sam marszałek Rokossowski, wreszcie dygnitarze mniejszego kalibru.
Małżeństwo Cyrankiewiczów runęło, bo Andrycz nie chciała mieć dzieci. Dwukrotnie zachodziła w ciążę i dokonywała aborcji.
Podczas ich całego związku Cyrankiewicz nie rezygnował z libacji i orgietek w zamkniętych ośrodkach rządowych. Tak rozsmakował się w luksusie, że nie mógł pozwolić, by jego podniebienie zabrakło wykwintnych potraw czy drogich trunków. Raz
o mało co nie przypłacił tej słabości karierą.

Podczas jednej z biesiad w ośrodku w Łańsku usłużni donieśli Cyrankiewiczowi, że zaraz zajedzie tam Gomułka. Reakcja premiera była szybka. - Proszę nakryć dla towarzysza pierwszego sekretarza - skinął na kelnera, który doskonale wiedział, w czym rzecz. Ze stołu zniknęły kawior, łosoś i drogie francuskie koniaki. Pojawiły się śledzie, twarożek, a nawet kaszanka. Cyrankiewicz był uratowany, bo Gomułka nie tolerował luksusu.

Po rozwodzie z Andrycz Cyrankiewicz związał się z Krystyną Kempską. Była ona lekarzem i miała trójkę dzieci z poprzedniego związku. Była przeciwieństwem Andrycz, kochała dom, pojawiała się na uroczystościach u boku Cyrankiewicza. Osoby bliskie premierowi mówiły, że dzięki niej ustatkował się. Przestał rozglądać się za spódniczkami, pokochał rodzinne ciepełko. A może po prostu para jurności już z niego uleciała?

Cyrankiewicz, który groził robotnikom Poznania odrąbaniem ręki, nie doczekał wolnej Polski, zmarł w styczniu 1989 r. Głęboko w jego cieniu żył i działał inny partyjny kacyk Włodzimierz Sokorski. Przedziwne były losy człowieka, który młode lata spędził na Krymie w domu dziadka, a w powojennej Polsce robił karierę u boku Gomułki.

W przeciwieństwie jednak do niezbyt lotnego Gomułki Sokorski uchodził za mózgowca i wielkiego... kobieciarza. Był wojskowym, za czasów Wojciecha Jaruzelskiego dochrapał się nawet stopnia generała brygady. Był ministrem kultury i szefem Komitetu ds. Radia i Telewizji, którą to funkcję pełnił w latach 1956-1972. Pracownicy, a szczególnie pracownice tej ostatniej firmy wspominali, że nie prze-puścił żadnej pięknej kobiecie, gustował w młodych, a bliskie związki z Sokorskim mogły być trampoliną do kariery.

O tym, kto dokładnie skorzystał na kontaktach z facetem, który nie grzeszył urodą ani taktem, trudno powiedzieć. Faktem jest, że o Sokorskim, jak o nikim innym w tamtych czasach, a były to siermiężne lata 60. i 70. ubiegłego wieku, mówiono: pies na kobiety. Jego samego mile łechtały te opinie, nie zaprzeczał, kiedy wypominano mu romanse. Podczas jednej z prelekcji na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego w drugiej połowie lat 70. jego wywody szybko przemieniły się w pytania o jego zamiłowania do kobiet. Podpuszczany przez studentów Sokorski sypał jak z rękawa szczegółami swojego prywatnego życia, co w zderzeniu z jego ponurym wyrazem twarzy wywoływało tylko uśmieszki. Ktoś po prelekcji powiedział tylko, że z seksem przeszedł Sokorski dawno na trenerkę, tylko pogodzić się z tym nie potrafił.

To, co mogło wywoływać uśmieszki i politowanie dla pożal się Boże playboya, spotykało się z ostrą reakcją towarzyszy ze świecznika ówczesnej władzy. Był Sokorski czterokrotnie żonaty, miał trzy córki i syna, był do szpiku kości cynikiem. Jego wybrankami były młode dziewczyny. Znane są jego słowa, że jedna z żon to nawet urosła w jego łóżku o dwa centymetry.
Krążyły opowieści, że kiedy Sokorski przedstawił Gomułce swoją kolejną młodą wybrankę, ten ostatni wpadł w szał i sporo zajęło Sokorskiemu, by przekonać szefa partii, że on jest człowiekiem z zasadami, jak już pójdzie z kobietą do łóżka, to potem musi być obowiązkowo ślub.

Kiedy stuknął Sokorskiemu szósty krzyżyk i u jego boku pojawiła się kolejna żona, która mogła być jego wnuczką, jeden z towarzyszy miał go zapytać, co zrobi, gdy będzie miał osiemdziesiątkę na karku. Na to Sokorski spokojnie odparł, że się rozwiedzie i poślubi kolejną, rzecz jasna, dużą młodszą od siebie.

Nie wiadomo, ile z tych opowieści było prawdziwymi, sam towarzysz generał lubił ubarwiać szczegóły swego życiorysu, a u kresu swoich dni wyznał, że miał udane życie z kobietami, one go musiały bardzo, ale to bardzo kochać. Faktem jest, że w przeciwieństwie do wielu par, które rozwodem kończą swój związek i potem obrzucają się błotem, Sokorski utrzymywał poprawne stosunki z kolejnymi żonami. Może jednak stała za tym nie miłość do erotomana gawędziarza, ale interesowność. Sokorski wiele znaczył w tamtej Polsce, mógł wiele pomóc, ale też mógł bardzo zaszkodzić.

Nie mogłoby na liście miłośników luksusu, wystawnego życia zabraknąć kobiety. Kiedy była u boku Edwarda Gierka jako władcy Śląska rzadko pojawiała się na oficjalnych uroczystościach. Oddana mężowi wolała mu robić jego ulubione kluski, niż narażać się na publiczne wystąpienia.

To wszystko zmieniło się w jej życiu, kiedy Gierek ruszył do Warszawy, by objąć rządy po obalonym Gomułce. Wtedy, z tymi samymi utapirowanymi włosami Stasia, jak mówiono o żonie Gierka, była coraz częściej na publicznym widoku. Potem doszły zagraniczne podróże, wreszcie zaczęto mówić, że prosta Ślązaczka przemieniła się w jaśnie panią, której z racji pozycji męża należy się luksus.

Polityka najwyraźniej jej nie interesowała, ale piękne ciuchy, drogie perfumy - już tak. Stasia miała apetyt na piękne rzeczy, a ponieważ trudno je było znaleźć nawet w sklepach za „żółtymi firankami”, w których zaopatrywali się najważniejsi w kraju, robiła wypady na zgniły Zachód.

Polacy plotkowali o jej podróżach do Paryża, gdzie na koszt państwa, rzecz jasna, miała robić zakupy, chodzić do fryzjerów.
Z tymi wyjazdami do Paryża do końca nie jest pewne, za to Wiedeń był bezsprzecznie na trasie częstych podróży Stasi. Odnotowali to skwapliwie pracownicy polskiej ambasady w austriackiej stolicy, po latach te fakty ujawniono.

Stasia często towarzyszyła mężowi w jego podróżach zagranicznych, korzystała wtedy z okazji, by uzupełnić swoje szafy. Jej nieszczególna uroda budziła śmieszki u zwykłych Polaków, którzy mogli jednak tylko pomarzyć o luksusach, na jakie pozwalała sobie ta Ślązaczka.

Kiedy przeprowadziła się do Warszawy wraz z wyborem Gierka na I sekretarza, poczuła, że może wiele z życia skorzystać, witała możnych ówczesnego świata, bywała na salonach, a w latach 70. została nawet magistrem na Uniwersytecie Śląskim, by móc spokojnie obnosić się ze swoim życiorysem. Rzecz bowiem w tym, że w swojej pracy dyplomowej opisała... losy swoje i męża, kiedy mieszkali w Belgii. Jest więcej niż pewne, że ktoś za nią napisał te wspomnienia, ale upragniony dokument dostała. Sam Gierek sprawiał wrażenie pantoflarza i ponoć od żony bar¬dziej bał się tylko radzieckiego niedźwiedzia Leonida Breżniewa

Stasia pokochała zresztą nie tylko wypady do Austrii, często zaglądała do ośrodków rządowych w Arłamowie i Łańsku. Bywała też w dworku w Bieszczadach, który na swój użytek przejęli partyjni bonzowie, a ona pomagała go urządzić, by było miło i przytulnie.

O jej styl dbali pracownicy katowickiego zakładu odzieżowego Elegancja, którzy szykowali kostiumy i płaszczyki dla żony I sekretarza. I wreszcie ten prawdziwy playboy PRL-u, który na pewno zakasał swymi podojami i wyczynami Cyrankiewicza. Andrzej Jaroszewicz żył w tamtych czasach jak panisko, bo jego ojcem był premier Piotr Jaroszewicz. Andrzej kochał kobiety. Pięć żon miał, co było wówczas rekordem, słynął też z jazdy szybkimi samochodami i podróżami po świecie. Zwykli Polacy nie mieli tyle wyobraźni, by o tym pomarzyć.

O jego wystawnym życiu krążyły legendy. Był nietykalny, mocno więc musiał przeżyć spotkanie z ludźmi detektywa Krzysztofa Rutkowskiego, kiedy już za wolnej Polski powalono go jak zwykłego bandziora na chodnik, skuto kajdankami i odstawiono do aresztu. Zarzucano mu próbę wymuszenia 150 tys. euro, ostatecznie jednak od tego zarzutu został Andrzej Jaroszewicz po jakimś czasie uwolniony. W czasie, gdy był Czerwonym Księciem, takie sceny były nie do pomyślenia.

Nazywano go też Extra Mocny, bo lubił szybką jazdę, szybką i ostrą miłość. Dzięki pozycji ojca młody Jaroszewicz miał świat otwarty, mógł realizować swoją pasję, czyli jazdę szybkimi autami. Samochody nie były dla niego problemem - już jako początkujący kierowca ujeżdżał mercedesa, potem lancię stratos.

Wiele mówiono wtedy o zalotach młodego Jaroszewicza do Maryli Rodowicz, która związana była z Danielem Olbrychskim. Jaroszewicz jeździł za Marylą Rodowicz po Polsce, gdy ona koncertowała, były kwiaty, ostatecznie jednak ich romans przetrwał tylko kilkanaście dni.

Sama Rodowicz wyznawała potem, że była bardziej od niego zaangażowana w tym układzie, ale najwięcej emocji wzbudzały opowieści o tym, jak doszło do bitki Daniela Olbrychskiego z młodym Jaroszewiczem. Kiedy ten pierwszy dowiedział się, że Rodowicz jest u znajomej i ma tam pojawić się Jaroszewicz, kazał się jej stamtąd wynosić. Kiedy piosenkarka go nie posłuchała, Olbrychski miał wparować na posesję i tam celnym ciosem powalić Jaroszewicza. Żeby było śmieszniej - działo się to w bezpośrednim sąsiedztwie willi... generała Jaruzelskiego, który nie znosił hałasu.

Był też element kryminalny w życiu Czerwonego Księcia, kiedy w latach 70. obiegła Warszawę plotka, że razem z innym playboyem Władysławem Komarem byli umoczeni w śmierć pewnej młodej, bardzo atrakcyjnej dziewczyny. Prawda okazała się taka, że dziewczyna zatruła się czadem, kiedy brała kąpiel.

Były też inne historie o skandalicznych wybrykach młodego Jaroszewicza i choć wiele z nich nie trzymało się kupy, to jednak ludzie chcieli wierzyć, że to prawda. Bo cokolwiek by mówić, w szarych, wręcz ponurych czasach takie opowieści elektryzowały zwykłych ludzi. I pomyśleć tylko, że dziś przeciętny biznesmen może swojemu synalkowi czy córeczce zafundować życie na o wiele wyższym poziomie, niż prowadzili je playboye minionej epoki. No cóż, jakie czasy, tacy playboye.

Marcin Dobrosz

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.