Fakty dokonane Piłsudskiego. Wojna polsko-ukraińska

Czytaj dalej
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Wojciech Rodak

Fakty dokonane Piłsudskiego. Wojna polsko-ukraińska

Wojciech Rodak

W listopadzie 1918 r. odrodzona Rzeczpospolita rozpoczynała walkę o granice. Jej pierwszymi przeciwnikami byli galicyjscy Ukraińcy, którzy także zaczęli tworzyć własne państwo.

Jesienią 1918 r. rozpadała się monarchia austro-węgierska. 28 października Polska Komisja Likwidacyjna (PKL), czyli tymczasowy organ władzy polskiej na terenie zaboru austriackiego, uznała władzę zwierzchnią nad całą Galicją, aż po Zbrucz. Na 1 listopada komisja zapowiedziała przyjazd do Lwowa. Działacze z Ukraińskiej Rady Narodowej (URN) również zamierzali na tych terenach utworzyć własne państwo. W związku z tym postanowili wyprzedzić Polaków. Ukraińscy oficerowie C.K. Armii stacjonującej w regionie, powiązani z ruchem narodowym, przygotowali tajny plan opanowania Lwowa. Z wybranych pułków galicyjskich, złożonych w większości z Rusinów, zdemobilizowano Polaków, uzyskując jednorodne etnicznie, czysto ukraińskie oddziały.

O brzasku 1 listopada 1918 r. żołnierze ci, pod komendą Dmytro Witowskiego, wkroczyli do Lwowa. Udało im się częściowo zaskoczyć Polaków, ale nie zdławili ich oporu. W zachodniej części miasta powstały naprędce dwie reduty, które skutecznie odpierały natarcia Ukraińców. Pierwszą, w szkole im. Henryka Sienkiewicza, dowodził kpt. Zdzisław Trześniewski, a drugą, w Domu Akademickim, miejski komendant Polskiej Organizacji Wojskowej Ludwik de Laveaux. Wkrótce obaj panowie podporządkowali się kpt. Czesławowi Mączyńskiemu, który był komendantem obrony miasta.

Polska kawaleria na patrolu.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Józef Piłsudski na uroczystościach dekoracji Lwowa krzyżem Virtuti Militari (1920).

Ukraińcy byli doświadczonymi frontowcami. Posiadali nowoczesną broń z zasobów C.K. Armii, amunicję i artylerię. Przeciw nim wystąpiło kilka tysięcy Polaków, wśród których przeważali uczniowie gimnazjów, terminatorzy i studenci. Mimo kiepskiego uzbrojenia, deficytu amunicji i braku wyszkolenia orlęta, jak nazwano później najmłodszych obrońców miasta, zdołały w ciągu dwóch dni opanować centrum Lwowa. Przewrotnie ich przewagę wyjaśnił potem jeden z ukraińskich świadków tych wydarzeń:

„Siły były nierówne. Z jednej strony w obcym mieście stał zmęczony ciężką wojną starszy mężczyzna lub młody wojak nieobeznany z miastem, wprawdzie odważny, ale ciężki, nieobrotny, psychika którego nie nadawała się do walk w mieście. Stał przy nim ochotnik, student lub mieszczanin. Tych było mało, za mało, śmiesznie mało. Z drugiej strony […] młodzi, zawzięci, nadzwyczajnie odważne dzieci lwowskich przedmieść, wnukowie bohaterów wojen o niepodległość w 1831, 1863 r., dzieci miasta, które dały polskim Legionom bataliony ochotników, młodzież wychowana na Sienkiewiczu, Żeromskim, owiana czarem bojów obu brygad Legionów”.

3 listopada Ukraińcy ściągnęli posiłki z prowincji i zaatakowali z całą siła wszystkie polskie punkty oporu. Pięciokrotnie mniej liczni obrońcy nie dość, że zadali Rusinom ciężkie straty, to jeszcze zajęli lotnisko i Zamarstynów. W krwawych walkach poległo lub odniosło rany 1,4 tys. żołnierzy ukraińskich, a 300 dostało się do niewoli.

5 listopada obie strony, wyczerpane starciami, podpisały 24-godzinne zawieszenie broni. Był to dopiero początek wielomiesięcznych zmagań o Lwów. Miasto stało się, w odradzającej się z popiołów Rzeczypospolitej, symbolem patriotyzmu i poświęcenia. Do Wojska Polskiego zgłaszały się dziesiątki tysięcy ochotników, którzy chcieli ruszyć na odsiecz stolicy Galicji i bić hajdamaków (jak pogardliwie określano Ukraińców).

Tak rozpoczęła się pierwsza z wojen o kształt ostatecznych granic II RP. Oto jak przebiegała.

Ukraina aż po San

Na przełomie XIX i XX w. silnie rozwijał się ukraiński ruch narodowy - bujniej u zaborcy austriackiego niż w carskiej Rosji. Tamtejsi działacze nacjonalistyczni, tak jak Polacy i inne narody Europy, postanowili wykorzystać upadek imperiów do zrealizowania swoich marzeń o niepodległym państwie. W efekcie ich zabiegów w 1918 r. powstały dwa suwerenne byty: Ukraińska Republika Ludowa (URL) i Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZURL). Choć łączył je etnos i podpisana w styczniu 1919 r. umowa zjednoczeniowa, to de facto były jednak odrębnymi organizmami, o niezupełnie zbieżnych celach. W dodatku każda z nich miała innych „wrogów nr 1”.

URL proklamowała niepodległość w styczniu 1918 r. na fali chaosu w czasie rewolucji bolszewickiej. Obejmowała tereny Ukrainy Naddnieprzańskiej ze stolicą w Kijowie. Władze URL, naciskane przez ofensywę komunistów, poszły na układ z państwami centralnymi. Przy wsparciu ich armii wyparły czerwonych ze swojego terytorium. Od traktatu brzeskiego (marzec 1918 r.) do wycofania armii niemieckiej i austriackiej (listopad 1918 r.) Republika mogła cieszyć się względnym spokojem. W następnych miesiącach wojska URL znów ruszyły w bój. Ustąpiły pola bolszewikom i białym gen. Denikina, a potem, wycofując się na początku 1919 r. na zachód, Polakom. Symon Petlura, od lutego 1919 r. przywódca URL, znalazł się w bardzo ciężkiej sytuacji. Nie mógł walczyć na wszystkich frontach. Wobec tego, w maju 1919 r., zawarł rozejm z Rzeczpospolitą, czyli jedynym wrogiem, który akceptował istnienie niepodległej Ukrainy nad Dnieprem. Jak się później okazało, był to tylko początek strategicznej przyjaźni. Zgoła inne podejście do Polaków mieli ich bracia z zachodniej części Ukrainy.

Działający w zaborze austriackim ukraińscy nacjonaliści uważali, że ich odrodzone państwo powinno obejmować całą Galicję, z zachodnią granicą opartą na linii od Sanu do Nowego Sącza. Nie wyobrażali sobie go bez Lwowa i Galicji Wschodniej, gdzie Rusini stanowili aż 70 proc. mieszkańców. Tymczasem w sierpniu 1918 r. Karol I, ostatni władca Austro-Węgier, obiecał polskim politykom, że to ich uważa za gospodarzy regionu i tylko z nimi będzie rozmawiał o jego przyszłości. Deklaracja cesarza i postawa Polaków przekonały Ukraińską Radę Narodową, że jakiekolwiek zabiegi dyplomatyczne są bezsensowne. Własne państwo trzeba było sobie wywalczyć. 1 listopada 1918 r. ukraińskie oddziały wojskowe uderzyły nie tylko we Lwowie. Zajmowały wsie i miasta w całej wschodniej Galicji, sporadycznie natrafiając na opór Polaków. Wobec powodzenia operacji, 9 listopada, URN proklamowała powstanie Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL) i apelowała o zjednoczenie wszystkich terenów zamieszkanych przez Ukraińców.

W ZURL Polacy stali się prześladowanymi obywatelami drugiej kategorii. Likwidowano polskie szkoły, sekowano polskich urzędników, szykanowano duchowieństwo katolickie, a nawet bezczeszczono kościoły. Władze patrzyły przez palce na wyczyny pazernego chłopstwa, które napadało na dwory szlacheckie. Schwytani polscy jeńcy byli często poddawani bestialskim torturom. Trzymano ich w obozach, gdzie setkami umierali z powodu głodu i epidemii, szczególnie tyfusu.

Podczas gdy Rusini wprowadzali w Galicji swoje porządki i łamali sobie zęby na Lwowie, Warszawa zbierała siły konieczne do przejęcia inicjatywy w tym starciu.

Galicja dla Rosjan

Przywódcy odradzającej się Polski nie wyobrażali sobie jej bez Lwowa i okolic. Galicja od średniowiecza do zaborów wchodziła w skład Korony. Pomimo że etnicznie dominowali w niej Ukraińcy, to Polacy stanowili elitę gospodarczą, intelektualną i kulturalną tamtego regionu. Podobnie myślała większość polskiej opinii publicznej, porwanej patriotyczną atmosferą listopada 1918 r. Powstanie ZURL i atak na Lwów odbierano jako policzek i oczekiwano od naczelnego wodza szybkiego odzyskania tych ziem. Tymczasem Piłsudski musiał działać ostrożnie.

Rada Najwyższa ententy (USA, W. Brytania, Francja, Włochy i Japonia), która w Wersalu na nowo rysowała mapę powojennej Europy, postanowiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie narzucenie rozstrzygnięcia państwom na wschodzie kontynentu. W związku z tym Polsce nakazali zatrzymać wszelkie działania polityczne i militarne na wschodniej granicy. Ukraińcom nic nie sugerowano - dla ententy i ZURL, i URL po prostu nie istniały. Całość Ukrainy Naddnieprzańskiej i Galicji przyznawano białej Rosji. Skąd taka decyzja? Ponieważ emigracyjni politycy rosyjscy mieli duże wpływy na zachodnich salonach politycznych. Mówili Francuzom, że bez żyznych ziem Ukrainy nie będą mogli spłacić potężnych długów, które zaciągnęli u nich na początku XX w. Paryżowi, którego zrujnowany skarbiec świecił pustkami, ten argument świetnie trafiał do przekonania.

Tymczasem Piłsudski, jak zawsze, poszedł własną ścieżką - tą, którą uważał za najlepszą dla Polski. Uznawał za konieczne zajęcie całej wschodniej części byłego zaboru austriackiego po Zbrucz. Zdobycie Lwowa z przyległościami i naftowego zagłębia borysławskiego stanowiło plan minimum. Poza tym widział na horyzoncie groźne bolszewickie widmo i chciał mieć w walce z nim sprzymierzeńca na wschodzie. Naddnieprzańską URL postrzegał jako przyszłe państwo buforowe pomiędzy Polską a „ojczyzną proletariatu”. Dlatego też od wiosny 1919 r. trwały rozmowy z petlurowcami ws. rozejmu.

Inicjując te działania, Piłsudski nie zamierzał w żaden sposób otwarcie kwestionować uprawnień Rady Najwyższej. Po prostu chciał postawić ją przed faktami dokonanymi. Oto, jak to zrobił.

„Na hajdamaków!”

Sejm i endecja naciskały na Piłsudskiego, by rozprawił się ZURL. Nie było to jednak możliwe w krótkim czasie. Zagrożone były wszystkie granice młodego kraju, a liczebność wojsk, będących dopiero w pierwszej fazie organizacji, ograniczona. Naczelny wódz nie mógł sobie pozwolić na koncentrację w Galicji na tyle znacznych sił, by od razu zmiażdżyć wroga. Wobec czego kampania ukraińska przebiegała etapami.

Najpierw trzeba było uratować Lwów. W drugiej połowie listopada 1918 r. do pogrążonego w walkach miasta przybył z Przemyśla ppłk Michał Tokarzewski-Karaszewicz z 1,5 tys. żołnierzy. Polacy osiągnęli przewagę. W nocy z 22 na 23 listopada Ukraińcy opuścili miasto, ale nie zwinęli oblężenia.

Polska kawaleria na patrolu.
Narodowe Archiwum Cyfrowe Polska artyleria na linii frontu.

W następnych dniach pod miasto przybyła kilkutysięczna Armia „Wschód” pod dowództwem gen. Tadeusza Rozwadowskiego, wspomaganego przez świetnych, obiecujących oficerów, m.in. płk. Franciszka Kleeberga, płk. Władysława Sikorskiego i gen. Wacława Iwaszkiewicza. Ten sztabowy „dream team” działał perfekcyjnie. Od grudnia 1918 r. do marca 1919 r. - walcząc z dwukrotnie, a czasami nawet trzykrotnie liczniejszym przeciwnikiem - oddziały Armii „Wschód” odnosiły niemal same zwycięstwa. Najpierw zabezpieczyły Lwów, a potem unieszkodliwiały kolejne ukraińskie ofensywy mające na celu jego zdobycie. Siły zbrojne ZURL utknęły na linii od Rawy Ruskiej po Chyrów.

Wiosną 1919 r. to Polacy przeszli do ofensywy, ponieważ wreszcie mogli zebrać większe siły na jednym froncie. Pod koniec kwietnia sukcesem zakończyła się operacja wileńska - zamknięto ważny teatr działań, z którego można było przerzucić żołnierzy na południe. Poza tym wtedy przybył z Francji gen. Józef Haller wraz ze swoją świetnie wyposażoną i wyszkoloną Błękitną Armią.

Na przełomie kwietnia i maja na froncie galicyjskim skoncentrowano pod dowództwem gen. Hallera 50 tys. żołnierzy WP, 200 dział i blisko 900 karabinów maszynowych. Tymczasem armia zachodnioukraińska pod gen. Mychajło Omelianowiczem-Pawlenką liczyła 44 tys. ludzi, 144 działa i około 500 karabinów maszynowych.

W połowie maja polskie oddziały przeszły do ofensywy w Galicji i na Wołyniu. Na początku czerwca zagnały siły ukraińskie na linie Zbrucza i Dniestru. Wtedy, po odpoczynku i przegrupowaniu, zdecydowały się zaatakować Polaków. Ofensywa czortokowska, po początkowych sukcesach i odepchnięciu Polaków na zachód, straciła impet. Nie mogła przełamać obrony Brzeżan, a poza tym zaczynał coraz bardziej doskwierać jej brak amunicji.

27 czerwca dowodzenie frontem przejął osobiście Józef Piłsudski. 28 czerwca przełamano front pod Jazłowcem. Po kolejnych dwóch tygodniach zmagań naczelnik państwa osiągnął swój cel - wojska ZURL zostały ponownie zepchnięte za Zbrucz.

Warto tutaj przypomnieć, że wybitnie niebohaterską kroniką tej kampanii są pamiętniki wydane pod tytułem „Zawadiaka” Jerzego Konrada Maciejewskiego, warszawskiego ochotnika z 19. pp „Odsieczy Lwowa”. Polscy żołnierze pojawiający się na kartach jego książki, o wiele częściej niż współczesnymi rycerzami, do jakich w naszej literaturze przywykliśmy, są wiecznie głodnymi rabusiami, gwałcicielami czy też prymitywnymi antysemitami, którzy „dla zabawy” obetną brodę i pejsy galicyjskiemu chasydowi. Za domniemaną kradzież, której dopuścili się ukraińscy chłopi, są gotowi puścić z dymem całą wieś. Daleko im jednak było do barbarzyństwa Armii Czerwonej czy Wehrmachtu.

Pomimo że dla niektórych może to być lektura dosyć nieprzyjemna, ponieważ mocno uderza w mit o polskim żołnierzu, to jednak warto przyjrzeć się odmalowanym przez Maciejewskiego postaciom. Choćby dlatego, że tak właśnie wyglądali prawdziwi cisi bohaterowie polskiej niepodległości.

Galicja „prawie” zdobyta

Wojna polsko-ukraińska kosztowała życie 10 tys. żołnierzy WP i 15 tys. żołnierzy rusińskich. Mocno ucierpiała także ludność cywilna wschodniej Galicji. Miała ucierpieć jeszcze mocniej - rok później po tych terenach przeszła Armia Konna Budionnego.

Ententa poszła Polsce na rękę. Początkowo przyznała jej Galicję Wschodnią, ale nie jako integralną część kraju, tylko jako terytorium sporne, które miałoby zostać przyznane białej Rosji, gdyby ta się odrodziła i wystosowała odpowiednie roszczenia. Ten status zmieniono dopiero w 1923 r., gdy stwierdzono, że jednak biali nieprędko wrócą do swej ojczyzny.

Piłsudski, po upadku ZURL, dogadał się z Petlurą. Polacy walczyli ramię w ramię z Ukraińcami przeciwko bolszewikom w 1920 r. Ostatecznie jednak koncepcja utworzenia suwerennej Ukrainy Naddnieprzańskiej nie powiodła się. Bolszewicy okazali się zbyt silni. W listopadzie 1920 r. rozgromili wojska Petlury.

Rząd Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej trafił na emigrację, ale ostatecznie w 1923 r. rozwiązał się. ZURL istniała ledwie kilka miesięcy, lecz pamięć o niej i pretensje do „polskich okupantów” wśród Rusinów z Galicji Wschodniej pozostały żywe przez cały okres międzywojenny. W kulcie żałoby po ZURL wychowało się nowe pokolenie ukraińskich nacjonalistów, takich jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz. Chcieli uniknąć błędów starszego pokolenia popełnionych w czasie I wojny światowej, a ostatecznie ponieśli jeszcze bardziej spektakularną klęskę, posyłając przy tym na śmierć dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi.

Książki o wojnie polsko-ukraińskiej:

Wojciech Rodak

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.