Helena Wysocka

Gabi i Uwe. Łączy ich miłość i historia

"Badając historię swoich dziadków, Gabi i Uwe dostrzegli, że nie tylko oni muszą się nauczyć żyć z duchami przeszłości..." Fot. Archiwum "Badając historię swoich dziadków, Gabi i Uwe dostrzegli, że nie tylko oni muszą się nauczyć żyć z duchami przeszłości..."
Helena Wysocka

Dziadek Gabrieli został zamordowany w Auschwitz w tym czasie, gdy dziadek Uwe był esesmanem w Krakowie

- Trzeba nauczyć się żyć z duchami przeszłości - mówią małżonkowie Gabriela i Uwe.

Mówią, że kolejne pokolenia nie muszą dźwigać grzechów przodków. Pod warunkiem, że nie będą ukrywać prawdy. Uwe Seltmann dodaje, że każdy jest zdolny do wszystkiego - dobrego i złego.

- Tak, jak mój dziadek - zauważa. - Był wykształcony, bawił się z dziećmi, czytał książki i grał na fortepianie. A gdy wychodził z domu, zakładał mundur i był gotowy zabić.

Uwe: Pisał, że kwitną bzy i kazał zabijać

Urodzony w Niemczech Uwe miał zaledwie kilka lat, gdy w paszporcie ojca dostrzegł, że ten z kolei urodził się w Krakowie. Później dowiedział się, że dwie ciotki - siostry ojca - przyszły na świat w Lublinie. Zainteresował się tym. Usłyszał tylko tyle, że dziadkowie mieszkali w Polsce.

- Na kolejne pytania odpowiedzi już nie uzyskałem - wspomina Uwe. - Rodzice twierdzili, że nie wiedzą.
I tak Kraków stał się dla Uwego mitem, ale też miejscem ogromnej tęsknoty. Pierwszy raz Seltmann przyjechał do Polski, gdy miał 14 lat. Odnalazł dom przy ul. Kościelnej, gdzie mieszkali dziadkowie, ale nie miał odwagi, by wejść do środka.

Choć jeszcze wtedy nie miał pojęcia, czym zajmował się dziadek...

W Niemczech skończył teologię ewangelicką, został dziennikarzem i znowu przyjechał do Krakowa, by poznać żydowskie życie. Wszedł do synagogi Remuh na Kazimierzu. Był ponury listopadowy dzień. Jakiś mężczyzna żarliwie się modlił. Mówił, że mieszka w Londynie. Co roku, w listopadzie, przyjeżdża do Krakowa, by wspomnieć rodzinę spaloną przez nazistów.

- Zaczął mnie dopytywać: Dlaczego interesujesz się życiem żydowskim? Dlaczego właśnie tutaj? Dlaczego mnie zaczepiłeś? - wspomina Uwe. - Opowiedziałem mu, że dziadek tutaj mieszkał. Wtedy popatrzył na mnie jakoś dziwnie i powiedział: Czujesz się winny, prawda?

To był punkt zwrotny. Uwe mówi, że tam, w synagodze, miał wizję. Ujrzał twarz dziadka. Chyba dziadka, bo jego fotografii w rodzinnym domu nie było.

- Nigdy o nim nie rozmawialiśmy - dodaje. - Tak, jakby nie istniał.

Zaczął grzebać w przeszłości. Gromadzić dokumenty, szukać świadków. Rok później, także w synagodze, ale w Bonn spotkał starszą kobietę. Okazało się, że doskonale znała dziadka, chodziła z nim do szkoły. Od niej dowiedział się, że Lothar von Seltmann pochodził z Austrii. Był synem królewskiego i cesarskiego radcy dworu w Wiedniu. Studiował historię i gospodarkę, a w listopadzie 1939 roku skierowano go do Generalnej Guberni. Był wysoko postawionym oficerem SS, należał do sztabu Odilo Globocnika. Tego, który stworzył obozy zagłady w Bełżcu, Sobiborze i Treblince.

- Dowiedziałem się też, że dziadek odpowiadał za stłumienie powstania w gettcie. Był oskarżony o mordowanie Żydów i Polaków - dodaje. - W tym samym czasie, w listach adresowanych do rodziny pisał, że kwitnie bez, że natura budzi się do życia. Ale on nie może się tym cieszyć, bo wykonuje ciężką pracę... Aż trudno uwierzyć, że kazał strzelać do ludzi.

Uwe dowiedział się też, że w grudniu 1944 roku jego dziadka wysłano na front. Był w okolicy Gorlitz. Gdy weszli Rosjanie, poszedł do lasu. Z pistoletem.

- Pytałem krewnych, co oni na to, że grzebię w przeszłości, że chodzę śladami dziadka - mówi. - Najmłodsi wzruszali ramionami, najstarsi byli przeciw. A pozostali stwierdzili: Rób co chcesz.
Dziewięć lat temu napisał więc książkę. Zbudował opowieść o losach ofiar i oprawców II wojny światowej.

Zamieścił w niej wspomnienia świadków, strzępy dokumentów i zdjęcia z 1941 roku, kiedy Lother von Seltmann i jego koledzy z SS jeździli po Zamojszczyźnie w poszukiwaniu krwi niemieckiej. Fotografie, na których były bramy z kwiatów i przerażone twarze ludzi. Książkę opatrzył tytułem, który w tłumaczeniu na język polski brzmi: "Jeżeli milczą sprawcy, głos zabierają wnuki". Gdy wydawnictwo się ukazało, część rodziny nie chciała go znać.

Gabi: Dziadka rzucili na stertę do spalenia

Gabriela, z domu Maciejowska, pochodzi z Krakowa. Jej dziadek, Michał Pazdanowski, mieszkał z żoną i dziećmi w polskiej wsi Żabie na Huculszczyźnie, dzisiaj to Werchowyna (Ukraina). Był wykształcony, pomagał zakładać szkołę i ją prowadził.

W 1942 roku ktoś zrobił listę dla Niemców, kogo zabrać do niewoli. Wzięli polskich inteligentów. Dziadek Gabrieli najpierw trafił do więzienia w Stanisławowie, stamtąd na Majdanek, a później, jednym z ostatnich transportów, do Auschwitz.

Z obozów przysyłał listy, dużo listów, ale te trafiały do szuflady. Nikt ich nie czytał. Ze strachu. Cieszyli się, że skoro pisze, to żyje, i to im wystarczało. Kopert nie otwierali, bo mogły zawierać straszne historie z obozowego życia, których oni nie potrafiliby udźwignąć.

Listy przeczytała dopiero Gabriela. Dostała je od brata, kiedy zainteresowała się rodzinną przeszłością. Był też list nauczyciela spod Ostrowi Mazowieckiej, który jechał z dziadkiem jednym wagonem. Pisał on, że Pazdanowski był bardzo wycieńczony. W Auschwitz rzucili go na stertę do spalenia.

Gabriela spotkała Uwego w kawiarni Singer, na krakowskim Kazimierzu. Siedział przy sąsiednim stoliku, zaczęli rozmawiać.

- Nigdy nie spotkałam Niemca, który by tak otwarcie mówił o tym, że jego dziadek był hitlerowcem - dodaje. - Poprosiłam, by przywiózł swoją książkę, chciałam lepiej zrozumieć drugą stronę.

Kilka miesięcy później Uwe zaproponował jej wspólny wyjazd i oświadczył się. Była zaskoczona, ale się zgodziła. Materiał na suknię ślubną kupiła w Krakowie na ulicy Kościelnej. Później się okazało, że obok domu, w którym mieszkał dziadek Uwego.

- Nie wierzę w przypadki - mówi Gabi.

Parę lat temu pojechała z Uwem na Huculszczyznę.

- Spotkałam kobietę, która pomagała mojej babci - opowiada. - Zapytała: a gdzie byliście tak długo?

Uwe: Tak, do diabła, czuję się winny

Dziś Seltmannowie mieszkają w Krakowie. Stworzyli projekt, który ma na celu pojednanie ofiar i sprawców.

- Trzeba nauczyć się żyć z duchami przeszłości - przekonuje Uwe. - Nam się udało, ale tylko dlatego, że nie ukrywamy prawdy.

Dodaje, że wokół historii powstało wiele przekłamań, niedomówień. Na przykład niektórzy Niemcy czują się ofiarami II wojny światowej.

- A ja mówię: to prawda - wtrąca. - Miliony ludzi musiało opuścić Śląsk czy Poznań. Zostały zburzone kamienice, ale dlatego, że to my - Niemcy rozpoczęliśmy wojnę i zaczęliśmy zabijać ludzi.

Seltmannowie opowiadają, że na wieczorach autorskich zdarzają się różne sytuacje. Niektórzy proszą o pomoc. Cierpią, bo w rodzinie byli naziści.

- Uważają mnie za bohatera, bo miałem więcej odwagi niż oni - mówi Uwe.

Kilka miesięcy temu Seltmannowie wydali książkę, w której opisują, jak dokopywali się do historii swoich dziadków. Zatytułowali ją "Mój dziadek zginął w Auschwitz. A mój był esesmanem".

"Tak, do diabła, czuję się winny. Od dwudziestu lat czuję się winny... Czułem się odpowiedzialny za to, co zrobił mój dziadek, choć nie miałem pojęcia, czym się zajmował..." - napisał Uwe.

HELENA WYSOCKA, Gazeta Współczesna

Helena Wysocka

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.