Gdzie szukać "złotego pociągu"? Tam... gdzie zawsze

Poszukiwany pociąg miał wyruszyć z Wrocławia i składać się z 12 wagonów ciągniętych przez dwie lokomotywy spalinowe Fot. Wikipedia Commons [1] Poszukiwany pociąg miał wyruszyć z Wrocławia i składać się z 12 wagonów ciągniętych przez dwie lokomotywy spalinowe

Podróż "złotego pociągu" z Breslau trwa już 70 lat. Tym razem skład ze skarbem ukrytym przez nazistów ma stać gdzieś w okolicach Wałbrzycha. Zapraszamy na poszukiwania

W hermetycznych skrzyniach równo poustawianych w zaplombowanych wagonach ma spoczywać najmniej 7 t złota w bankowych sztabach oraz kolejne tony innych kosztowności, w tym biżuteria z brylantami, rodowe sygnety i zastawa stołowa śląskich książąt. W tle przewija się wielowątkowa opowieść z nazistami i Wehrwolfem w rolach głównych. Słuchamy jej od wczesnych lat powojennych do dziś. Właśnie czas na kolejną odsłonę.

"Złotego pociągu" z Breslau szukali już ludzie z MBP, SB i UOP - w tym nawet słynny i na co dzień kojarzony z inwigilacją prawicy w latach 90. pułkownik Jan Lesiak. To on właśnie sprawdzał wiarygodność oferenta, zanim w 1995 r. wiceminister finansów w rządzie Józefa Oleksego podpisał oficjalną umowę gwarantującą poszukiwaczowi skarbów z podwarszawskich Janek Władysławowi Podsibirskiemu 10 proc. znaleźnego od każdej sztabki znalezionej w słynnym składzie.

Podsibirski szacował wartość "swojego" pociągu na 40 mln dol., umowa podpisana na wiceministerialnym szczeblu już dwie dekady temu nie pomogła się jednak do dzisiaj zmaterializować ani jednej sztabce. O dziwo, odbyło się to nawet dyskretnie, a cała sprawa wyszła na jaw dopiero podczas głośnego otwierania "szafy Lesiaka". I w czasach PRL podejmowano jednak - właśnie na poziomie ministerstw, kultury i spraw wewnętrznych - co najmniej trzy oficjalne, choć niezbyt jawne, inicjatywy poszukiwawcze. Wszystkie zakończyły się niczym.

Skarbów z Breslau

szuka każdego roku kilkuset eksploratorów, od czasu do czasu w poszukiwania włącza się też państwo. Najczęściej latem, co w zależności od stopnia wiary można łączyć i z idealnym sezonem poszukiwawczym, i z sezonem ogórkowym.

Teraz czas na Ministerstwo Skarbu i ABW. To resort (za czasów Oleksego jeszcze nieistniejący) jest właściwym adresatem oferty dwóch tajemniczych poszukiwaczy reprezentowanych przez poważną kancelarię prawną, którzy twierdzą, że właśnie odkryli 120-150-metrowy pancerny (lub opancerzony) skład z drugiej wojny światowej - i również zainteresowani są podpisaniem umowy gwarantującej znaleźne. Ich elementarną wiarygodność sprawdza zapewne Agencja (która jednocześnie w rozmowach z dziennikarzami zaprzecza nieoficjalnie jakimkolwiek działaniom). Sprawą zainteresował się wałbrzyski starosta.

Poszukiwacze zgłosili się bowiem także do niego - ze względu na to, że pociąg może być zaminowany lub wypełniony niebezpiecznymi substancjami, a unieszkodliwianiem tego rodzaju znalezisk zajmuje się z urzędu właśnie starostwo. Starosta Jacek Cichura nieformalnie spotkał się z poszukiwaczami, następnie otrzymał od ich prawnika całkiem już formalne pismo, po czym zawiadomił odpowiednie służby - policję, wojsko i prokuraturę.

- W piśmie od poszukiwaczy rzeczywiście są rzeczy niezwykłe - mówił Cichura, który jednak nie emanował przesadnym entuzjazmem co do tych rewelacji. Co innego poszukiwacze. Oni twierdzą, że podadzą dokładną lokalizację składu natychmiast po tym, jak zagwarantowane im zostanie 10-procentowe znaleźne.
Najprawdopodobniej - tego przynajmniej uczy historia tych poszukiwań, tak było dotąd naprawdę zawsze - żadnego pociągu nie ma. A jeśli jest, to może to być na przykład po prostu pancerny skład "Porsel" zbudowany podobno w zakładach FAMO (później Dolmel) podczas oblężenia Wrocławia. Może to też być którykolwiek z pociągów specjalnych do obsługi kwater Hitlera w Gierłoży czy OKW Wehrmachtu w Mamerkach, ewakuowany w odpowiednim momencie na spokojniejsze - wciąż - Południe.

Albo też transport śmierci - taki, do którego nie chcielibyśmy zaglądać, ze zwłokami więźniów wymordowanych przy likwidacji obozów służących budowie podziemnego kompleksu Riese pod Walimiem albo z gazami bojowymi czy częściami do rakiet V-2 lub innych wunderwaffe Hitlera. Jest też wersja mówiąca o składzie z rudą - zależnie od źródeł, w obu wypadkach wątpliwych - albo wolframu, albo uranu. Prawie każda z tych wersji ma rodzaj oparcia w faktach, rzeczywiście też obszar dzisiejszego województwa dolnośląskiego był miejscem, w którym naziści budowali naprawdę liczne niezwykłe instalacje mające chronić najbardziej strategiczne gałęzie przemysłu zbrojeniowego przed bombardowaniami.

Najwięcej emocji

od zawsze budziła jednak właśnie historia o złotym transporcie z Breslau. Dziś każdy szanujący się mieszkaniec Wałbrzycha czy Jeleniej Góry wraz z okolicami potrafi wymienić co najmniej trzy miejsca, w których z całą pewnością - są na to dowody! - ukryte jest złoto Breslau. Sztolnie pod Śnieżką, Biały Jar nad Karpaczem, lochy Srebrnej Góry, przeniknięte krwią obozowych więźniów korytarze kompleksu Riese, 61,1. czy też - jak kto woli - 65. kilometr linii kolejowej Wrocław - Wałbrzych, Góra Sobiesz i Ślęża, zamki w Książu, Bolkowie, Grodźcu, nawet bajkowy Zamek Czocha - właśnie tam, dokładnie tam znajduje się złoto Breslau.

W każdym z tych miejsc można też oczywiście szukać Bursztynowej Komnaty, archiwów Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, planów i gotowych egzemplarzy najtajniejszych wunderwaffe Hitlera, wreszcie laboratoriów gotowych do wytwarzania broni atomowej - wszystkiego tego, co naziści ukryli. Ale złoto zawsze wygrywa.

Legenda zaczyna się w Breslau, pod koniec 1944 r. Na rozkaz gauleitera Hanka prezydium policji nakazuje cywilom złożenie wszystkich posiadanych oszczędności i kosztowności we wrocławskich bankach. Niemcy posłusznie maszerują do banków, zgromadzone zostają imponujące skarby. Niedługo później Breslau zostaje ogłoszony twierdzą. Niemcy mają bronić Festung Breslau do ostatniego żołnierza. W połowie lutego rozpoczyna się oblężenie, Armia Czerwona nie szczędzi środków ani ludzi, by zgnieść niemiecką obronę. Festung Breslau szturmowana jest z użyciem ciężkich czołgów i nalotów, w których jednorazowo bierze udział nawet po 750 bombowców Pe-2. Resztki Niemców w Breslau kapitulują jednak dopiero w ostatnim dniu wojny.

Miasto jest niemal doszczętnie zburzone, zginęło tam ok. 180 tys. Niemców - w przeważającej większości cywile, spora część ludności uciekła. Przepadły liczne zabytki i dzieła sztuki. A po złocie zgromadzonym w bankach słuch zaginął. Już w pierwszych dniach po kapitulacji Breslau interesowali się jego losem ludzie z NKWD. Z jakim skutkiem - nie wiemy. Ale temat wielokrotnie wracał.

W roku 1953

bezpieczniacy z wrocławskiego UBP aresztowali niejakiego Herberta Klose, który jako lekarz weterynarii mieszkał na fałszywych papierach w Sędziszowej - wsi pod Złotoryją. Klose ukrywał swą wojenną przeszłość - karierę zakończył w randze kapitana Prezydium Policji w Breslau. Kariera miała co najmniej interesujący przebieg. Na początku Klose służył w SS Schutzpolizei na terenie Francji. Potem w Katowicach, wreszcie w 1942 r. trafił do Wrocławia.

Rzekomo miał tam pracować nie tylko dla policji, ale też dla Abwehry. Rzekomo też w ostatnich dniach przed kapitulacją miał zostać dowódcą grupy sabotażowo-dywersyjnej w powiecie złotoryjskim, a zatem być współzałożycielem lokalnego Wehrwolfu. Klose zeznał, że gdy Sowieci zbliżali się do miasta, kosztowności zebrane od obywateli Breslau zostały przewiezione z bankowych skarbców do Prezydium Policji. Zgromadzono je - według Klosego - w dokładnie 56 obitych blachą, hermetyzowanych skrzyniach.

Każda miała ważyć od 50 do 300 kg, co dawałoby łącznie od 2,8 do 16,8 t. Klose twierdził, że na moment przed domknięciem oblężenia Festung Breslau przez Armię Czerwoną zapadła decyzja o wywiezieniu złota w bezpieczne miejsce. To, że Niemcy rzeczywiście zdecydowali się w odpowiednim momencie ewakuować skarby Breslau, wydaje się wysoce prawdopodobne - trudno zresztą o bardziej racjonalną decyzję w obliczu zagrożenia. Musiało to się stać pod koniec grudnia 1944 r. lub na początku roku 1945 - nie później niż na początku lutego. Według Klosego był to styczeń.

W dalszej opowieści tajemniczego hauptmanna i weterynarza jest już wiele sprzeczności. Nie ma za to żadnego pociągu - według wersji Klosego hermetyczne skrzynie miała powieźć ku Sudetom kolumna ciężarówek. Ich ostateczne miejsce przeznaczenia miało też znajdować się raczej w rejonie Jeleniej Góry niż Wałbrzycha - tu jednak Klose zaplątał się wyjątkowo mocno i wymienił aż siedem potencjalnych lokalizacji: Śnieżka, Cieplice, Ostrzyca, Ślęża, zamek Grodziec, podziemia Twierdzy Kłodzkiej i góra Wielisławka.

Żeby historia była jeszcze bardziej skomplikowana, sam Klose miał brać udział w ostatecznej już fazie transportowania skarbu - w kierunku Śnieżki - jednak miał wówczas spaść z konia, stracić przytomność i w związku z tym nie widzieć, dokąd dowieziono skrzynie. Cała ta historia niezbyt trzyma się kupy - nie zrobiła też chyba piorunującego wrażenia na ubowcach - Klose do późnej starości mieszkał w Sędziszowej. Klosemu w każdym razie zawdzięczamy najszerszy opis tego, co miało się dziać ze skarbem jeszcze we Wrocławiu i stosunkowo precyzyjną - choć bynajmniej niekoniecznie wiarygodną - wersję dotyczącą jego rozmiarów. Z kolei pociąg - zarówno jako środek transportu skarbu, jak i jego ukrycia - pojawia się w zupełnie innej wersji opowieści.

Ściśle mówiąc, miał wyruszyć pierwotnie z Wrocławia, a w finalnym odcinku ze Świebodzic w kierunku Wałbrzycha miał składać się z 12 wagonów (w tym jednego osobowego) ciągniętych przez dwie lokomotywy spalinowe - choć trasa była już wtedy zelektryfikowana - i nigdy nie dojechać do nieodległej przecież stacji przeznaczenia. Ale i tu nie istnieją żadne wiarygodne źródła - w pewnym sensie nawet zeznania (w końcu to zeznania) Klosego można traktować poważniej niż opowieść o tajemniczym składzie. I tak naprawdę wiemy tylko trzy rzeczy. To, że w 1944 r. we Wrocławiu zebrano kosztowności od obywateli.

To, że los tych kosztowności pozostał nieznany. I jeszcze to, że na Dolnym Śląsku rzeczywiście znajduje się wiele obiektów, które mogłyby posłużyć za miejsce ukrycia skarbu. Reszta to już tylko legendy. W tym rozdziale siedemdziesięcioletniej już historii poszukiwania złota Breslau skupiamy się na powiecie wałbrzyskim i na wersji o pociągu. Skoro tak, to możemy zawęzić obszar zainteresowania do trzech konkretnych miejsc.

Po pierwsze

- zamek Książ czy raczej system znajdujących się pod nim podziemnych instalacji, do których miały być doprowadzone połączenia kolejowe i drogowe. Teoretycznie może istnieć możliwość, że podczas wielokrotnych badań tych podziemi przeoczono jakąś nieznaną do dziś ich część. W praktyce jednak podziemia są całkowicie zadeptane przez turystów, a w jednej z podziemnych komór mieści się nawet stacja sejsmiczna PAN. Po drugie - tajemniczy, bardzo precyzyjnie wskazywany od czasów wojny, a około dekady temu na nowo rozpropagowany w środowisku eksploratorów 61.1. kilometr linii kolejowej Wrocław - Wałbrzych. Dokładnie tam ma znajdować się nieodkryty do dziś znakomicie zamaskowany tunel kolejowy zbudowany przez Niemców w ostatnich latach wojny.

Problem jednak w tym, że mimo tak precyzyjnej lokalizacji nie sposób się tam dopatrzeć żadnych śladów świadczących o tym, że kiedykolwiek istniało tam jakiekolwiek odgałęzienie linii kolejowej prowadzące do rzekomego tunelu. Nie ma też żadnych innych oznak ani źródeł, które pozwalałyby choćby uwiarygodnić teorię 61.1. kilometra. Po trzecie - potężny kompleks podziemnych fabryk Riese wydrążonych w zboczach Gór Sowich w rejonie Walimia i Głuszycy. Tam także znajdują się podziemne korytarze, do których mógł wjechać cały pociąg - i to niejeden, a nawet całe wydrążone w skale hale produkcyjne. W ostatnich dniach przed ewakuacją Niemcy powysadzali i pozalewali wejścia do podziemi - według niektórych przekazów uprzednio spędzając tam więźniów wykorzystywanych niewolniczo przy budowie kompleksu.

W Walimiu i okolicach także trwa zarówno amatorska, jak i profesjonalna eksploracja - ale nawet dziś szacuje się że udało się odnaleźć najwyżej połowę instalacji Riese, co składa się na kilkanaście kilometrów tuneli. Nie zostało też nawet jednoznacznie określone ostateczne przeznaczenie tego gigantycznego kompleksu - najprawdopodobniej planowano tam przeniesienie części przemysłu zbrojeniowego. W każdym razie to właśnie Riese pozostaje do dziś najmniej zbadaną niemiecką instalacją regionu. Tak więc jeśli to na terenie powiatu wałbrzyskiego miałby znajdować się ukryty przez nazistów pociąg ze złotem z Breslau, to tylko tam, w sztolniach Riese, gdzieś w Górach Sowich między Walimiem a Głuszycą.

Witold Głowacki

[1] Zdjęcie udostępnione jest na licencji:

Creative Commons
Uznanie autorstwa - Na tych samych warunkach. 3.0. Niemcy

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.