Paweł Stachnik

Koniec epoki taborów, czyli co władza ludowa zrobiła z Cyganami

Rodzina cygańska na tle tradycyjnego wozu. Fot. NAC, 1-P-2323-3 Rodzina cygańska na tle tradycyjnego wozu.
Paweł Stachnik

W Nowej Hucie Cyganie pracowali w walcowni, w stalowni, aglomerowni, zakładach betoniarskich. Przeszkodą w wyuczeniu ich jakiegoś zawodu był krótki czas pracy w jednym miejscu. Przenosili się bowiem z jednego do drugiego zwykle po trzech miesiącach

Tradycyjne wędrówki z taborem od wiosny do jesieni, swobodne życie blisko przyrody, taniec i śpiew, wolność i niezależność - tak w powszechnej opinii wyglądało życie wędrownych Cyganów.

W rzeczywistości nie było ono ani tak swobodne, ani tak wesołe, jak sądzono. W dodatku w maju 1952 r. komunistyczna władza uznała, że cygańskie wędrówki nie służą budowie socjalistycznego społeczeństwa i postanowiła Cyganów osiedlić. Tak zaczęła się ich tragedia. Opisuje ją w swojej najnowszej książce zatytułowanej "Ostatni tabor" dziennikarka Radia Kraków i pisarka Jolanta Drużyńska.

Wędrowanie to życie

Większość spośród mieszkających w Polsce cygańskich szczepów miała w swoją tradycję i odwieczny sposób życia wpisane wędrowanie. Co roku wiosną formowali tabor, opuszczali miejsce zimowego pobytu i wyruszali w Polskę.

Podróżowali w wozach ciągniętych przez konie, zatrzymując się to tu, to tam i zakładając obozowiska. Tak postępowali Cyganie z grupy Polska Roma, zwani Cyganami nizinnymi, tak robili Kełderasze, zajmujący się po drodze tradycyjnymi rzemiosłami cygańskimi, głównie zaś kotlarstwem.

Tak żyli też Lowarzy, wywodzący się najprawdopodobniej z terenów Węgier, oraz Cyganie ze wschodu Chaładytka Roma. Osiadły tryb życia prowadzili natomiast polscy Cyganie wyżynni zwani Bergitka Roma.

Ten luźny sposób życia, wymykający się regułom uporządkowanego państwa, nie podobał się komunistycznym władzom w Polsce. Podjęły więc decyzję, aby to zmienić i skłonić (albo zmusić) Cyganów do stałego osiedlenia się. 24 maja 1952 r. prezydium rządu podjęło uchwałę "W sprawie pomocy ludności cygańskiej przy przechodzeniu na osiadły tryb życia". - Był to początek końca dotychczasowego, praktykowanego przez Cyganów od wieków sposobu życia - opowiada Jolanta Drużyńska.
Uchwała przewidywała, że rady narodowe różnego szczebla rozpoczną szeroką akcję nakłaniającą Cyganów do osiedlenia się, Ministerstwo Oświaty zapewni cygańskim dzieciom miejsca w szkołach, a biedniejszym z nich książki, ubrania i buty, natomiast Ministerstwo Zdrowia obejmie ich opieką lekarską.

Ministerstwo Kultury i Sztuki miało otoczyć opieką cygańską twórczość artystyczną i muzyczną, a Ministerstwo Państwowych Gospodarstw Rolnych pomóc przy osiedlaniu się w PGR-ach.

Założenia były piękne, ale często niemożliwe do wykonania w warunkach niedoborów komunistycznej gospodarki, a i sami Romowie nie byli tymi "udogodnieniami" często zainteresowani.

Niewiele rodzin zajęło przydzielone im, tak bardzo deficytowe, mieszkania, dzieci nieznające często języka polskiego chodziły do szkoły nieregularnie, a cygańskie spółdzielnie nie działały (także z powodu niedoboru surowców lub zamówień) zbyt długo.
Wędrowanie tkwiło mocno w cygańskiej kulturze i sposobie życia. Tak robiły całe pokolenia i ich następcy nie chcieli tak łatwo zrezygnować z tego odwiecznego zwyczaju.

- Przemieszczanie wymuszał też charakter zawodów uprawianych tradycyjnie przez Cyganów: kotlarstwo, kowalstwo, muzykowanie. Bo ilu kotlarzy, kowali i muzyków potrzeba w jednej, zwykle małej miejscowości? - zauważa autorka.

Koniec taborów

Romowie opierali się nowym przepisom. Uciekali z miejscowości, w których ich osiedlono, nie posyłali dzieci do szkoły i nadal wyruszali w drogę swoim taborem. W takiej sytuacji władze sięgnęły po przymus. Do akcji włączono Służbę Bezpieczeństwa i milicję. Cyganów zatrzymywano pod pretekstem łamania przepisów przeciwpożarowych, przepisów o zwalczaniu chorób zakaźnych, przepisów o zgromadzeniach i o obowiązkowej służbie wojskowej.

Zarzucano im, że roznoszą choroby zakaźne, w swoich obozowiskach zaprószają ogień, gromadzą się bez zezwolenia, a młodzież uchyla się od poboru. Za zatrzymaniami szły kolegia i dotkliwe kary finansowe.

Represje z czasem zaostrzano. W marcu 1964 r. MSW przeprowadziło ogólnopolską akcję zatrzymywania wyruszających taborów. Palono czasem nawet koła wozów, zabierano konie. W prasie publikowano artykuły negatywnie pokazujące wędrujących Cyganów, drukowano też listy czytelników domagających się "generalnego, radykalnego uregulowania problemu". Coraz więcej Romów zmuszonych było do stałego osiedlenia się.

Dla wielu z nich, zwłaszcza starszych, to był wstrząs. Pozbawienie możliwości corocznego wędrowania, a co za tym idzie wymuszenie zmiany dotychczasowego sposobu życia, wpływało fatalnie na ich zdrowie psychiczne i fizyczne. Nikt wprawdzie nie prowadził szczegółowych badań, ale wielu zmarło bardzo szybko po osiedleniu, zaczynali też coraz częściej chorować. Podobno niektórzy w desperacji własnoręcznie porąbali i spalili swoje wozy...

Dziś tradycję cygańskiego wędrowania kultywuje Międzynarodowy Tabor Pamięci, który co roku latem wyrusza sprzed budynku Muzeum Etnograficznego w Tarnowie. Konne cygańskie wozy jadą z Tarnowa przez Żabno i Borzęcin do Szczurowej. W Taborze biorą udział Cyganie zjeżdżający z Polski i ze świata.

- Od udziału w Taborze Pamięci zaczęło się moje "głębsze" zainteresowanie tematyką romską, ich kulturą, a przede wszystkim historią, bowiem to właśnie historia szczególnie czasów II wojny światowej i okresu powojennego jest główną tematyką moich książek. W lipcu 2012 r. po raz pierwszy przejechałam z Taborem z Tarnowa do Szczurowej - opowiada Jolanta Drużyńska. Na własnej skórze poczuła też, że taki sposób podróżowania wcale nie jest wygodny, łatwy i przyjemny…

Po drodze rozmawiała ze starszymi Cyganami, wypytywała o czasy, w których tradycyjne wędrowanie było możliwe, o romskie kulturowe zakazy i nakazy, o życie codzienne w taborze i po osiedleniu się.

Czy Cyganie chcieli się zwierzać komuś, kto nie należał do ich środowiska? Początkowo nie, ale z czasem krakowska dziennikarka zdobyła ich zaufanie.

- To, że uczestniczyłam w Taborze Pamięci, już było sprzyjającą okolicznością, a poza tym, gdy sami Romowie orientują się, że rozmówca wie wiele o specyfice ich życia, zna ich obyczaje, to podchodzą do niego życzliwiej - wyjaśnia autorka.

Dzięki tej podróży, a potem następnym, mogła poznać od praktycznej, a nie tylko literackiej strony cygańskie życie, porozmawiać z ludźmi, którzy pamiętali czasy sprzed zakazu wędrowania i zebrać relacje o przebiegu zatrzymywania taborów i przymusowego osiedlania Romów. Materiał uzupełniony informacjami z setek dokumentów peerelowskiego MSW przechowywanych w archiwum IPN, złożył się na wydaną w tym roku książkę "Ostatni tabor. Jak władza ludowa zakazała Cyganom wędrowania".

Cyganie w Nowej Hucie

Wśród wielu ciekawych historii opisanych w tej książce, znajdziemy także tę o grupie Cyganów ze szczepu Bergitka Roma mieszkających na Podhalu (w Jurgowie, Nowym Targu i Czarnej Górze), która wzięła udział w budowie Nowej Huty. Przyciągnęła ich - jak tysiące innych ludzi - szansa na zdobycie pracy i polepszenie swojego losu.

Postacią wyróżniającą się w grupie stał się Walenty Gil, kowal ze Spiszu. Najpierw pracował jako zwykły robotnik, potem wykorzystano jego kowalskie umiejętności i trafił do działającej w kombinacie kuźni.

Niebawem został brygadzistą, a potem przodownikiem pracy. Przedstawiono go do odznaczenia Srebrnym Krzyżem Zasługi, który przypiął mu sam premier Józef Cyrankiewicz. Po kilku latach pracy i zdobycia pewnej pozycji Gil zabrał swoją rodzinę i wrócił na Spisz.

- Gil był rzeczywiście wyróżniającą się postacią, jednym z niewielu Cyganów pracujących w Nowej Hucie, który miał jakiś fach w ręku. Inni, niemający wykształcenia, pracowali ciężko jako zwykli robotnicy. Wprawdzie mieli możliwość awansu, ale warunkiem było posiadanie wykształcenia. Cyganie go nie mieli, więc kółko się zamykało - opowiada pani Jolanta.

Na 66 pracujących w Nowej Hucie Cyganów zaledwie trzech było robotnikami wykwalifikowanymi: dwóch było kowalami (Walenty Gil i Andrzej Gabor), a jeden kierowcą (Kazimierz Gabor). Pozostali pracowali w walcowni, w stalowni, aglomerowni, w ciepłownictwie miejskim, zakładach betoniarskich i żelbetowych. Cyganki zatrudniano w Przedsiębiorstwie Oczyszczania Miasta jako sprzątaczki lub przy zieleni. Przeszkodą w wyuczeniu ich jakiegoś zawodu był krótki czas pracy w jednym zakładzie. Cyganie przenosili się bowiem z jednego do drugiego zwykle po trzech miesiącach. Dziś o nowohuckim epizodzie podhalańskich Cyganów niewielu pamięta.

Paweł Stachnik

Paweł Stachnik

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.