Miał zniknąć bez żadnego śladu. Żołnierz, który do dzisiaj nie został zrehabilitowany

Andrzej Plęs
Hieronim Bednarski z synem Jerzym - Szybowice, 1950 r.
Hieronim Bednarski z synem Jerzym - Szybowice, 1950 r. Archiwum rodzinne
Udostępnij:
Po raz pierwszy zabito go w marcu 1953 roku z wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego w Opolu. Potem PRL próbował zabić pamięć o nim

- Władza ukarała bandytę - tłoczono do głów tym, którzy kojarzyli Bednarskiego. Na tyle skutecznie, że nawet potomkowie Hieronima bali się go wspominać.

W domu Sławomira Burego w Zwięczycy o dziadku Hieronimie się nie mówiło. Wiedział tyle, że dziadek nie żyje, ale nijak nie mógł się dowiedzieć, kiedy i jak zginął. Do dzisiaj nie wie - jak. Wie tylko dlaczego. Dowiedział się też dlaczego Hieronima Minka (bo tak na niego mówiono) otaczała w rodzinie taka aura tajemnicy.

I wtedy pojechał szukać przodka gdzieś w Opolskie, na zapuszczony cmentarz ewangelicki, na którym bezpieka wrzuciła dziadka do dołu po kryjomu. Bez tabliczki, bez nazwiska, bez krzyża. I kazała o nim zapomnieć, bo "wrogiem ludu" był.
Zaczął od relacji osób, które mogły coś wiedzieć o działalności dziadka. Następnym krokiem był wniosek do Instytutu Pamięci Narodowej.

- Na pierwszych dokumentach, jakie dostałem, wykreślono nazwiska - tłumaczy Sławomir Bury. - Jednak zostało wystarczająco dużo danych, by przez kojarzenie faktów dotrzeć do osób, które miały związek ze śmiercią dziadka.
Razem z przyjacielem, Marcinem Maruszakiem, archiwistą z IPN, ruszyli w Opolskie.

Bednarski już przed wojną zaangażował się w działalność Akcji Katolickiej, a jego antykomunistyczne poglądy wykorzystywał wywiad policji państwowej. Hieronim zbierał dla niej informacje o działalności i członkach komórek komunistycznych.

Nie jest jasne dlaczego on, z jego przeszłością, zdecydował się na aktywność w tajnej, komunistycznej organizacji zakładowej Zakładów Lotniczych w Rzeszowie, ale zapewne ta działalność dała mu w 1943 roku przepustkę do komunistycznej Gwardii Ludowej. Dowództwo GL chyba wybaczyło mu przedwojenne poglądy, skoro dostał pseudonim "Nawrócony".

Po kilku miesiącach jego oddział GL rozbiło gestapo, a już jesienią Bednarski walczył w szeregach Armii Krajowej. I tym razem jego nowi dowódcy w nowej formacji zbrojnej przebaczyli mu kilkumiesięczny romans z komunistyczną partyzantką. Dowodził patrolem dywersyjnym placówki AK Rzeszów, kryptonim "22" w okresie Akcji "Burza".

Przeprowadzili kilka spektakularnych akcji na okupantach, rozkręcali tory, niszczyli mosty, a kiedy na teren Rzeszowszczyzny wkroczyła Armia Czerwona, nie poddali się wezwaniu nowej władzy, nie ujawnili się. Bo nie o taką władzę i nie o taką Polskę walczyli.

A nowa władza pilnie obserwowała wszystkich, którzy związani byli z AK. Jesienią 1944 r. Bednarski dostał powołanie do wojska. Po kilku tygodniach zdezerterował na rozkaz swojego przełożonego z AK. Został dowódcą głęboko zakonspirowanej drużyny egzekucyjnej, likwidującej zdrajców, którzy wyparli się udziału w AK i zaakceptowali nową władzę, członków PPR, milicjantów, "utrwalaczy władzy ludowej", współpracowników UB. Karą za odmowę wykonania rozkazu przełożonych była śmierć.

Pętla wokół Bednarskiego i jego oddziału zaciskała się: z jednej strony pod karą śmierci musieli wykonywać wyroki, z drugiej - tropiła go nowa władza. Była i trzecia: z jego rąk ginęli ludzie z rodzinnego terenu: Zwięczycy, Racławówki, Drabinianki. Rodziny zabitych nie miały powodu, żeby chronić Bednarskiego i jego grupę.

Oddział rozwiązano mu w połowie 1945 roku, teraz musiał ukrywać się na własną rękę. Na nazwisko Jan Ziółkowski dostał "lewe" dokumenty i nawet tzw. świadectwo moralności: Miejska Rada w Rzeszowie zaświadczyła, że ob. Ziółkowski jest lojalnym obywatelem i "zasługuje na pełne zaufanie". Dostał je tylko dlatego, że miał w nowych władzach wysoko postawionych krewnych.

Wyjechał do Jeleniej Góry, na ziemie odzyskane, gdzie nikt nikogo nie znał, nie mógł zidentyfikować. Wielu akowców z Rzeszowszczyzny wylądowało na Dolnym Śląsku i pomagało sobie. Wielu z nich Bednarski "załatwił" legalizację pobytu. Ale i tu bezpieka nie spała. Bednarskiego aresztowano.

Gdy uciekł z jeleniogórskiego aresztu, wrócił pod Rzeszów i znów zaangażował się w walkę. Tym razem z sowieckim okupantem. W oddziale "Straży" WiN dostarczał przełożonym informacje o funkcjonariuszach MO i UB. W marcu 1947 roku skorzystał z amnestii, ujawnił się władzom, zdał broń, ale walki nie porzucił, skoro dwa miesiące później uszedł z zasadzki ze strzaskanym kulą ramieniem.

Rok później z żoną i dziećmi wyjechał po normalne życie do Szybowic na Śląsku Opolskim, tu dostał pracę i... wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Wielu akowców tak robiło, by ukryć swoją przeszłość polityczną i poglądy. Ale nie uchroniło go to przed zainteresowaniem służb bezpieczeństwa.

W końcu wyszła na jaw jego przeszłość, usunięto go z partii i wyrzucono z pracy. Zaangażował się w działalność Konspiracyjnej Armii Polskiej, bo w głębi ducha nowej władzy nie akceptował. Podjął współpracę z komórką wywiadu amerykańskiego na Opolszczyźnie. Było to w najwyższym stopniu ryzykowne, bo Bednarskim wciąż interesowała się bezpieka.

Gdy zrobiło się szczególnie niebezpiecznie, z kolegami z KAP postanowił uciekać z kraju. Celem było Monachium, ośrodek amerykańskiego wywiadu. Dla sfinansowania ucieczki dokonali kilku tzw. ekspropriacji - napadali na członków PZPR, spółdzielnie samopomocy chłopskiej.

W pięciu ruszyli w czerwcu 1951 roku. Zatrzymani w Piechowicach, uciekli z aresztu Wojsk Ochrony Pogranicza. W pościg za nimi ruszyła czechosłowacka bezpieka. Rozdzielili się po przekroczeniu Łaby. Trzem udało się dotrzeć do Niemiec Zachodnich, Bednarski z Antonim Rzucidło wrócili do Szybowic. Tu był "spalony", uciekł więc na Mazury, pod Morąg, do znajomego z czasów konspiracji.

Walczyć nie przestał - przeprowadził kilka akcji na spółdzielnie samopomocy chłopskiej. W końcu bezpieka go wytropiła, areszt i powrót na Opolszczyznę. Po brutalnych przesłuchaniach, proces, wyrok śmierci, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na zawsze. Rada Państwa odrzuciła prośbę żony o ułaskawienie.

Wyrok wykonano 29 marca 1953 roku w opolskim więzieniu. Nie wiadomo w jaki sposób. Żona dostała karteczkę: urząd stanu cywilnego informuje, że "Hieronim Bednarski zmarł w więzieniu dn."... Nic więcej.

Jeszcze z początkiem lat 90. córka Bednarskiego starała się o unieważnienie wyroku. Życia ojcu by nie wróciła, cześć - tak. Nie udało się.
Strzępy wiedzy ze strony rodziny, kwerenda akt IPN, poszukiwania prowadzone przez wnuczka - ślady wiodły w Opolskie.

- W miarę zdobywania wiedzy rosło moje przekonanie, że mam do czynienia z bardzo ważną postacią w poakowskim ruchu niepodległościowym - zapewnia Marcin Maruszak z IPN.
- Babcia zdecydowała się ze mną rozmawiać o dziadku dopiero wtedy, kiedy nabrała przekonania, że nasze poszukiwania do czegoś zmierzają - tłumaczy Bury.

Obaj pojechali na Opolszczyznę szukać świadków tamtych wydarzeń, dokumentów w urzędach. Znów strzępy wspomnień miejscowych w Opolu, zasłyszane pogłoski, kojarzenie dat, nazwisk.

- Jeden z rozmówców wyznał, że słyszał od grabarza z tamtego okresu, że w dniu śmierci mojego dziadka pochowano kogoś na miejscowym cmentarzu ewangelickim przy ulicy Wrocławskiej - dla Sławomira Burego to był przełom.

Cmentarz od lat nie był używany, a Bednarskiemu na pewno nie wystawiono nagrobka. Na podstawie strzępów informacji wytypowali jednak miejsce pochówku, specjaliści z wrocławskiego oddziału IPN sprowadzili georadar. Dokładnie w 53. rocznicę śmierci Hieronima pod cmentarnym murem natrafiono na ludzkie szczątki. Kilku osób, między innymi dziecięce. I na tabliczkę: "Hieronim Bednarski". Kompletne zaskoczenie, ale przekaz rodzinny mówił, że tabliczkę zostawiła żona zmarłego w rok po jego śmierci.

- Nie było pewności, czy wśród znalezionych szczątków znajdują się te należące do dziadka - tłumaczy Bury. - Konieczne były badania DNA.
Pierwsze wykluczyły pokrewieństwo, ale nie rozwiały wątpliwości. Rok później znów szukali na cmentarzu. Bez rezultatów.

- Otrzymaliśmy trumienkę ze szczątkami. I pytanie: czy uznajemy je za szczątki Hieronima - opowiada pan Sławomir. - Odpowiedź "na tak" uczyniłaby dalsze poszukiwania bezsensownymi, a pewności brak. Odpowiedź "na nie" też dramatyczna, bo jeśli to szczątki dziadka? A przecież szukaliśmy prawdy.
W powtórzonych badaniach prawdopodobieństwo określono na 99 proc.

Od czterech lat, bo tyle czasu zajęło ustalenie tożsamości zmarłego, szczątki st. strzelca Hieronima Bednarskiego czekają w zakładzie medycyny sądowej na powtórny pogrzeb. Z początkiem września zostaną przywrócone rodzinnej ziemi w Zwięczycy, i to uroczyście. Nie powiodła się próba rodziny rehabilitacji pamięci Bednarskiego, Wojskowy Sąd Garnizonowy we Wrocławiu nie zdecydował się na wznowienie procesu.

- Staramy się o unieważnienie haniebnego wyroku z 1953 r. - mówi Maruszak. - Zlecono już jego analizę prawną, ale przede wszystkim chcemy zmienić świadomość ludzi, udowodnić, że patrol dywersyjny w placówce "22" Obwodu AK Rzeszów i Hieronim Bednarski, to nie byli bandyci, jak przez dziesiątki lat utrzymywano, ale żołnierze struktur podziemia niepodległościowego.

Odmawianie prawa do pamięci o nich było największą niegodziwością. W imię tej pamięci proszę wszystkich, którzy dysponują informacjami, dokumentami, fotografiami, dotyczącymi oddziału Hieronima Bednarskiego i działalności AK na tym terenie, o udostępnienie ich Instytutowi.

ANDRZEJ PLĘS, Nowiny

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie