Szczątki ojca rozpoznał po kamizelce

1 grudnia 1945 r. na Starym Rynku odbył się manifestacyjny pogrzeb ofiar, których szczątki ekshumowano na cmentarzu przy ul. Szubińskiej,  na Cmentarzu Fot. zbiory Włodzimierza Sobeckiego 1 grudnia 1945 r. na Starym Rynku odbył się manifestacyjny pogrzeb ofiar, których szczątki ekshumowano na cmentarzu przy ul. Szubińskiej, na Cmentarzu Nowofarnym przy Artyleryjskiej oraz w prochowni na Jachcicach

Wskazano mu odkrytą mogiłę. Zobaczył w niej szczątki dwóch mężczyzn. Jeden miał włosy, drugi był łysawy. Obaj leżeli na wznak. Ciała były oczyszczone

Grabarz zapytał: - To który to pana ojciec? Niech pan teraz wybiera. - Nie miałem problemu z rozpoznaniem ojca - mówi wzruszony Tadeusz Samselski.

Spotykałam pana Tadeusza na Cmentarzu Bohaterów, gdzie w ubiegłym tygodniu (3 września) odsłonięto tablicę upamiętniającą ofiary niemieckiej dywersji w Bydgoszczy.

- Tu pochowany jest Feliks Samselski, ojciec mojego teścia. Właśnie byliśmy zapalić znicz pod krzyżem - mówi prof. Aleksander Lasik, historyk z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego.

Ucieczka z Dziewierzewa

Samselscy przywędrowali na Krajnę w międzywojniu, z ziem byłego Królestwa Kongresowego. Odtąd ich "małą ojczyzną" było Drzewianowo koło Mroczy.

Gdy wybuchła wojna pan Tadeusz miał 17 lat. - Chciałem dostać się do wojska, na ochotnika, ale nawet regularna armia rozpadała się już w pierwszych dniach. Dlatego ochotnikami nikt się nie zajmował - wspomina.

Samselscy zdecydowali, że uciekają. Po drodze dołączyli do nich krewni, którzy mieszkali w Mochlu.

- Spakowaliśmy się i na wozy. 1 września, wieczorem, jechaliśmy przez Bydgoszcz. Zatrzymaliśmy się dopiero w Polanowicach koło Inowrocławia. Rodzice postanowili, że tam zostają. Natomiast ja, z dwoma dorosłymi kuzynami z Mochla, udaliśmy się w głąb kraju. Chcieliśmy koniecznie dostać się do armii. Nie mieliśmy jednak szczęścia. Choć na trasie naszej wędrówki pełno było wojska, to naszego pragnienia, by walczyć z Niemcami, nie udało się spełnić.

Marzyli, by dostać mundury i broń, ale nic z tego nie wyszło. Doszli w okolice Kutna i to był kres ich wędrówki. - Niemcy nas dopadli i zagarnęli - trochę było cywilów i trochę żołnierzy - opowiada 92-letni Tadeusz Samselski.

Podążając za armią cały czas poruszali się na rowerach. - Ale jak nas Niemcy brali do niewoli, to musieliśmy je zostawić. Potem pieszo prowadzili nas na zbiorczy punkt. W obozie okazało się, że jest mnóstwo żołnierzy... z rowerami.

Powrót do domu

Teraz o wszystkim decydowali Niemcy. - Ogłosili, żeby wojskowi oddali rowery cywilom, bo cywile będą zwalniani do domu. Pamiętam, jak żołnierze szukali cywilnych łachów. Przeważnie im się udawało - w spodniach cywilnych i w samych koszulach wychodzili. Niemcy tak bardzo nie pilnowali. Dostałem rower od jakiegoś żołnierza i ruszyliśmy do domu.

W Kutnie Niemcy wydawali przepustki. - Pamiętam, że była bardzo długa kolejka. Gdy tak staliśmy i czekaliśmy, przyszedł oficer i pyta: - Czy tu są Żydzi? Kilku się zgłosiło. Wtedy ten oficer rozkazał: - To Żydzi na koniec kolejki! Potem już zmądrzeli i się nie przyznawali. Ten Niemiec jeszcze raz przychodził, ale nikt się już nie zgłaszał.

Dostał przepustkę do Drzewianowa. Najpierw pojechał do Polanowic, ale tam się okazało, że jego rodziny już nie ma. - Wrócili do domu. Podążyłem za nimi. Kuzynów po drodze zostawiłem w Mochlu. To jeszcze był wrzesień.

Radość w domu ogromna, bo wrócił Tadek. - Trzeba było w pole iść, bo jesienne prace były już bardzo opóźnione - wspomina.

Parobek ukrył dubeltówkę

Kiedy uciekali przed Niemcami, w gospodarstwie pozostał dziadek pana Tadeusza i 20-letni parobek.

- Pracował u nas przed wybuchem wojny. Został, żeby pilnować domu i inwentarza doglądać. Uciekając wzięliśmy ze sobą tylko dwie krowy, które uwiązaliśmy do wozu. Pozostałe krowy ktoś musiał doić, świniom też trzeba było dawać żarcie.

W domu została broń. - To była fuzja myśliwska zwana dubeltówką. Ojciec o tym wiedział, ja nie. Chyba nad piecem wisiała. W czasie naszej nieobecności parobek schował ją za stodołą. Tam było miejsce zwane brogem - cztery drągi, dach unoszony, gdzie była przechowywana koniczyna. Żeby nie stęchła to między ziemią a koniczyną była przestrzeń, i tam ją właśnie ukrył. Kiedy ojciec wrócił, parobek mu o tym powiedział, ale tato broni nie oddał.

Musiał się Niemcom wygadać

Parobek po jakimś czasie opuścił Samselskich; dostał pracę u bogatego gospodarza, Niemca, w sąsiedniej wsi.

- Wiedział o broni i pewnie się wygadał. Któregoś dnia w naszym domu zjawił się nieznany nam Niemiec. Miał na sobie mundur, którego nie mogłem rozpoznać. Od razu do ojca wypalił: - Masz tu broń, oddaj ją ! Tata poszedł za stodołę i przyniósł fuzję. Była nabita. Niemiec ją zabrał i zgłosił miejscowym władzom. Ojciec myślał, że na tym się skończy, tymczasem za dwa lub trzy dni przyszło dwóch miejscowych Niemców (to byli członkowie Selbstschutzu - przyp. red.) i zabrali ojca.

Był na polu, kiedy przyszli po ojca. Zobaczył go z daleka. Prowadzili drogą do Mroczy. Wrócił do domu. Od mamy usłyszał, co się stało.

Tadeusz Samselski: - Ojca zabrali najpierw do Mroczy, potem do Bydgoszczy. Podobno odbył się proces, bo ten nasz były parobek był wzywany na świadka. Gdy wrócił, to sąsiadom, z którymi się przyjaźnił opowiadał, że Samselskiego skazano na śmierć. Do nas nie przyszedł. Nie miał odwagi.

Czy rodzina dostała odpis wyroku? - Mama nie znała języka niemieckiego. Dlatego do sądu poszła ze swoją znajomą. Niczego się nie dowiedziała. Pytała, co stało się z ojcem, z jego rzeczami, z futrem, które miał na sobie. Usłyszała, że nic takiego nie ma. I tak, już na początku okupacji, zostaliśmy półsierotami, a było nas w domu sześcioro. Ja byłem najstarszy.

Ucieczka do Generalnego Gubernatorstwa

Po tym, co stało się z ojcem, syn postanowił uciekać z domu. I to go uratowało.

- Początkowo udałem do wujostwa, jakieś dziesięć kilometrów od naszej wsi. Tam długo nie mogłem być - wujek dał mi trochę marek, chyba 50, bo nic nie miałem. Uciekałem różnymi drogami do Generalnego Gubernatorstwa. Moja rodzina pochodziła z Kongresówki, tam mieliśmy dalszą, ale bardzo rozgałęzioną rodzinę. To mnie uratowało, bo miałem się gdzie przechować. W końcu Niemcy mnie dopadli. Nie przyznawałem się, że pochodzę z Pomorza. Dużo się nie dopytywali, bo ludzi do roboty potrzebowali. Zostałem wywieziony na zachód Niemiec, w pobliżu Meinheim, w Badenii. Pracowałem w winnicach.
Rodzina trafia do obozu w Potulicach.

Mniej szczęścia miała rodzina pana Tadeusza. Jego matka i siostry znalazły się w obozie w Potulicach. - Jedna z sióstr - - Zofia Łucja - umarła i tam została, Regina, po mnie najstarsza, zachorowała na gruźlicę i umarła wkrótce po tym, jak odzyskała wolność.

Amerykanie nawieźli dobra wszelkiego

6 czerwca 1944 r. inwazją o kryptonimie "Overlord" rozpoczęła się inwazja aliantów w Normandii. Zanim jednak Amerykanie weszli na terytorium III Rzeszy, minęło wiele miesięcy.

- Kiedy w końcu przyszli, to szukali chętnych do kompanii wartowniczych. Zgłosiłem się, i inni Polacy też. Dostaliśmy mundury, w krótkim czasie przeszkoli nas w zakresie służby wartowniczej. Różne prace wykonywaliśmy; między innymi pilnowaliśmy jeńców niemieckich i magazynów, bo Amerykanie dużo dobra wszelkiego przywieźli. Na polach układali drewniane podłogi i tam składali paczki z żywnością, odzieżą, itd. Pilnowałem też pociągu. Pamiętam , jak pewnej nocy Amerykanie ściągnęli lokomotywę, doczepili do niej wagony i odjechali. Co wywieźli?

8 maja 1945 r. Niemcy Kapitulują. Kończy się prawie sześcioletni koszmar.

- Amerykanie rozwiązali nasze kompanie. Niektórzy uciekli i tułali się po świecie. Tych, którzy chcieli wracać do kraju zapakowali do pociągu i przywieźli do Wrocławia. Dawali pieniądze - po sto złotych. Ja dostałem jeszcze raz tyle, bo przez jakiś czas pomagałem w rejestracji tych, którzy wysiadali z wagonów.

Pisali, że będą ekshumacje

Pan Tadeusz, starszy o sześć lat, wrócił szczęśliwie do domu. Ojca nie było, nie żyły też dwie siostry.

- Pamiętam, że prenumerowaliśmy "Ziemię Pomorską". Jesienią 1945 roku w tej gazecie przeczytałem, że mają się zgłaszać osoby, które straciły bliskich, bo w Bydgoszczy trwają ekshumacje.

Pojechał na cmentarz przy Szubińskiej (do 1939 r. na tej nekropoli grzebano osoby narodowości żydowskiej). - Było tam trochę ludzi. Pytali, kogo szukam. Przyszedł jakiś mężczyzna, który - jak się okazało - był grabarzem. Przez całą okupację chował pomordowanych. Daty pochówku i liczbę ofiar miał zapisane w zeszycie. Pytał mnie, kiedy ojca aresztowali, kiedy mógł zostać stracony. Podałem datę. Odszukał w notesie i powiedział, że tego dnia na cmentarz przywieziono dwóch mężczyzn. Miał zapisane, w której kwaterze jest mogiła.

Wiele grobów było odkopanych, a szczątki oczyszczone z piachu. - Pokazano mi odkrytą mogiłę. Leżało w niej dwóch mężczyzn. Grabarz pytał: - To który to pana ojciec? Niech pan teraz wybiera! Nie miałem problemu z rozpoznaniem. Ojciec miał włosy, a ten drugi był łysawy. Leżeli na wznak. Tato nie miał marynarki i chyba był również bez butów. Miał natomiast kamizelkę i to po niej poznałem. Kamizelka miała takie charakterystyczne prążki. Materiał się zachował, natomiast ciało było już rozsypane.

Trumny czekały. - Dostałem i mogłem sam przenieść szczątki ojca. W mogile żadnych osobistych przedmiotów nie znalazłem.

1 grudnia na Starym Rynku odbył się manifestacyjny pogrzeb kilku setek ekshumowanych ofiar. Prasa podawała, że na płycie rynku ustawiono 400 trumien. Że z cmentarza na Szubińskiej ekshumowano 200 ofiar. Czy to prawda?

Tadeusz Samselski: - Byłem tam z rodziną. Potem szedłem w kondukcie na Wzgórze Wolności.

Hanna Sowińska
GAZETA POMORSKA

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.