UOP: pierwsza służba wolnej Polski

Gromosław Czempiński był szefem UOP w latach 1993-1996 Fot. BARTLOMIEJ RYŻY Gromosław Czempiński był szefem UOP w latach 1993-1996

Stworzenie pierwszej cywilnej służby z pozostałości po SB i MSW Kiszczaka było zadaniem karkołomnym. Mimo to się udało. UOP przetrwał 12 lat

W lipcu 1990 roku nawet najbardziej oporni na rzeczywistość esbecy zrozumieli wreszcie, że naprawdę kończy się epoka. Od dwóch miesięcy pozostawali w stanie zawieszenia - a miejsce Służby Bezpieczeństwa zająć miała całkowicie nowa służba specjalna, która także była już w fazie tworzenia. Teraz w całym kraju ruszyły komisje weryfikacyjne.

Zdecydowało się przed nimi stanąć 14 tysięcy spośród 24 tysięcznej armii esbeków. Wbrew ich obawom nie odbyła się jednak rzeź. Aż 10 tysięcy dawnych żołnierzy Kiszczaka zostało zweryfikowanych pozytywnie. Część z nich dostała zaś nową szansę.

Weryfikacja esbeków była zarazem rekrutacją do Urzędu Ochrony Państwa, prowadzoną przez garstkę opozycjonistów z młodego pokolenia pod egidą Krzysztofa Kozłowskiego. Istniało gigantyczne ryzyko, że sięgnięcie po byłych funkcjonariuszy SB okaże się największym błędem nowych władz. A jednak dawnych esbeków udało się okiełznać i zaprząc do pracy dla wolnej Polski. Już w 1990 i 1991 roku UOP zaczął odnosić pierwsze sukcesy - to jego agenci rozpracowali aferę ART-B i nadali bieg sprawie FOZZ. To ludzie UOP przeprowadzili tak zwaną operację "Samum", czyli akcję ewakuacji Amerykanów z Bagdadu u progu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. Paradoksalnie to dawni esbecy i byli oficerowie peerelowskiego wywiadu uwiarygodniali wtedy nowe polskie państwo w oczach przyszłych sojuszników z Zachodu. I zarazem tworzyli jego pierwszą służbę specjalną z prawdziwego zdarzenia.

UOP przetrwał 12 lat. Legendarną służbę specjalną zniszczyła przede wszystkim polityka. Część jej dawnych twórców odnalazła się natomiast w polityce na nowo - i to całkiem niedawno.

Przypominamy historię Urzędu Ochrony Państwa - jego największe sukcesy i największe porażki.

Długie konanie SB

Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego obchodziła właśnie 13-lecie swojego istnienia. Z kolei w lipcu przypada kolejna, w dodatku okrągła rocznica - minie wtedy 25 lat od weryfikacji esbeków. Tak się zaś składa, że te dwie rewolucje w służbach wyznaczały koniec i początek Urzędu Ochrony Państwa - pierwszej służby specjalnej wolnej Polski pozostającej poza kontrolą ludzi dawnego systemu. A dziś już coraz częściej uważanej za instytucję z dość odległej przeszłości.

Urząd Ochrony Państwa powstał w maju 1990 r. 10 maja funkcję szefa nowej służby objął Krzysztof Kozłowski, przez dwa ostatnie miesiące będący jedynym solidarnościowym wiceszefem MSW. Tego samego dnia Służba Bezpieczeństwa dostała rozkaz "zaprzestania działalności" - wydany przez generała Henryka Dankowskiego, najważniejszego wiceministra spraw wewnętrznych, człowieka, który zastępcą Czesława Kiszczaka został w połowie lat 80.

Jeszcze co najmniej kilka miesięcy przyjdzie powstającemu dopiero UOP funkcjonować w schizofrenicznych warunkach widocznych w peerelowskich służbach po powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego. Przez cały ten czas resorty siłowe (i służby) pozostają przecież wciąż pod kontrolą ludzi dawnego systemu - i to mimo że w styczniu 1990 r. przestaje istnieć PZPR. Szefem MSW jest więc generał Czesław Kiszczak. Nadal istnieje - ba, nawet prowadzi działalność inwigilacyjną - Służba Bezpieczeństwa rozporządzająca imponującą armią 24 tysięcy funkcjonariuszy (dane z sierpnia 1989 r.). Pod parasolem Kiszczaka SB spokojnie likwiduje swoje archiwa - oficjalny "zakaz" palenia teczek zostaje przez szefa MSW wydany dopiero w styczniu 1990 r., jakoś tak szczególnie się jednak składa, że tym akurat poleceniem Czesława Kiszczaka esbecy dziwnie mało się przejmują. Polska zmienia się wtedy w ekspresowym tempie, ale w korytarzach na Rakowieckiej nie zmienia się niemal nic.

W tych warunkach powołanie UOP jest więc aktem symbolicznego przecięcia pępowiny łączącej III RP z PRL. Odpowiednią ustawę uchwalono w kwietniu 1990 r. - nieco wcześniej, bo na początku marca, w MSW pojawił się pierwszy solidarnościowy wiceminister - czyli właśnie Kozłowski. W wymiarze wizerunkowo-nazewniczym UOP miał być początkowo wzorowany na niemieckim Urzędzie Ochrony Konstytucji. Ma być postrzegany jako stosunkowo nieliczna służba zajmująca się wyłącznie sprawami godzącymi w struktury państwa i jego bezpieczeństwo. Zakres zainteresowań UOP miał być bardzo wąski, uprawnienia szerokie, jednak stosowane z największym umiarem. Zarazem ideę UOP można było streścić i tak: totalne przeciwieństwo SB.

Wielka weryfikacja

W maju 1990 r. sytuacja wygląda tak, że Kozłowski swoją nową służbę musi dopiero stworzyć. Ściąga ze sobą do tego zadania - niektórych ściągnął już zresztą wchodząc do MSW - grupę młodych opozycjonistów - w tym przede wszystkim Bartłomieja Sienkiewicza, Konstantego Miodowicza, Piotra Niemczyka i Wojciecha Brochwicza. Nowa ekipa ląduje na Rakowieckiej w roli z jednej strony ciała obcego, z drugiej jednak reprezentantów nadchodzącej nowej władzy. Esbecy i inni funkcjonariusze mają więc poważne dylematy. Czy sabotować działania tych "zadymiarzy" tak długo, jak się da, czy raczej łasić się do nowych panów? Czy grać na przeczekanie - a nuż jeszcze przyjdzie jakaś kontrrewolucja, czy próbować adaptować się do nowych warunków? W jednym tylko są raczej zgodni - nowi ludzie w MSW powinni wiedzieć jak najmniej o tym, co się tu działo w ostatniej dekadzie.

Tymczasem "zadymiarze" w błyskawicznym tempie przygotowują grunt pod weryfikację dawnych esbeków. To ma być prawdziwe oczyszczenie MSW - zarazem zaś selekcja możliwie doświadczonych i możliwie mało umoczonych w najciemniejsze działania Kiszczakowego resortu kadr do nowej służby. Przeprowadzają wielogodzinne rozmowy z wyższymi funkcjonariuszami MSW, starają się namierzyć najbardziej dyspozycyjne postacie i znaleźć ludzi, których da się wykorzystać w tworzeniu nowej służby.

6 lipca 1990 r. Kiszczak opuszcza MSW. Jego miejsce zajmuje Krzysztof Kozłowski. Dopiero wtedy - ponad rok po czerwcowych wyborach 1989 r. - w resorcie spraw wewnętrznych kończy się PRL. I dopiero wtedy na dobre rusza weryfikacja esbeków. Przystępuje do niej ponad 14 tysięcy z ogólnej liczby 24 tysięcy esbeków. Co z pozostałymi 10 tysiącami? To przede wszystkim ci, którzy wiedzieli, że nie mają szans na przejście przez weryfikację. Także ci, którzy "mieli swój honor" - niezależnie od tego, jak kontrowersyjnie to brzmi - i nie chcieli iść na usługi nowej władzy. Wreszcie ci, którzy mieli już na oku znacznie bardziej intratne rodzaje pracy czy interesy.

Ostatecznie pozytywnie zweryfikowano nieco ponad 10 tysięcy esbeków. Spora część z nich trafiła do policji - niektórzy dostali pracę "gdzieś w MSW". Jednak niemała liczba znalazła też zatrudnienie w UOP. To oczywiście paradoks - służba mająca być zaprzeczeniem komunistycznej tajnej policji sięga po setki (czy nawet tysiące) funkcjonariuszy tej ostatniej. Problem w tym jednak, że w działaniach tajnych służb niezbędna jest pewna ciągłość - to nie są instytucje, które można stworzyć w krótkim czasie od zera. Właśnie dlatego nie ma wyjścia - bo przecież nikt inny niż pracownicy dawnego Kiszczakowego MSW czy służb wojskowych nie ma wówczas w Polsce wiedzy o metodach operacyjnych wywiadu czy kontrwywiadu.

Rosyjski szpieg w sieci i współpraca z USA

Twórcy UOP wiedzą jednak doskonale, że oparcie się przede wszystkim na byłych esbekach byłoby wstępem do samozagłady nowej służby, groźbą przejęcia jej od wewnątrz przez ludzi dawnego systemu. Równolegle więc zaczyna się rekrutacja całkiem nowych kadr. We wczesnych latach 90. wyróżniający się studenci i absolwenci prawa, historii czy dziennikarstwa całkiem często dostają propozycję pracy, o której być może nawet nigdy nie pomyśleli. I całkiem często takie propozycje przyjmują.

Grzegorz Chlasta z rozmów z Sienkiewiczem, Brochwiczem i Niemczykiem stworzył książkę "Czterech" ("Czwartym" był tu Konstanty Miodowicz, z którym Chlasta nie zdążył przeprowadzić rozmowy przed jego śmiercią). To, co łączy wszystkich jej bohaterów, to poczucie, że tworzenie UOP było ciągłą, dość niebezpieczną, ale przede wszystkim ekstremalnie wyczerpującą grą z byłymi esbekami. Wcale niekoniecznie skazaną na sukces.

- Wielkim przełomem, takim wielkim świętem dla nas była sytuacja, w której ten nieopierzony Urząd Ochrony Państwa, złożony z dziwnego konglomeratu starej Służby Bezpieczeństwa i niewielkiej grupki nowych, pod kierownictwem, które politycznie za chwilę może zniknąć w tym kompletnym rozgardiaszu, nagle łapie rosyjskiego szpiega w Polsce. I to nie jakiegoś tam szpiega, a niezwykle sprawnego oficera GRU - i demaskuje jego agenta, i nie gdzieś tam w Ministerstwie Rolnictwa czy na kolei, tylko w samym MSW. To była niezapomniana chwila - wspominał Sienkiewicz w książce Chlasty. Chodzi tu o sprawę Marka Zielińskiego, zatrzymanego w 1993 r., podczas przekazywania rosyjskiemu attaché wojskowemu materiałów z MSW. Attache - Wiktor Łomakin, został wydalony z Polski wraz z jeszcze jednym dyplomatą. Z kolei Zieliński został skazany na dziewięć lat więzienia za szpiegostwo.

UOP całkiem szybko staje się instytucją realnie przydatną. To agenci UOP rozpracowali afery Art-B i - w dużej mierze - FOZZ, problemem było tu raczej wykorzystanie informacji od służb niż ich jakość. Na początku lat 90. UOP udają się dwie duże operacje z udziałem zachodnich służb. W obu odgrywają poważną rolę ludzie dawnego systemu. Ale obie pozwalają się uwiarygodnić nowej służbie w oczach Zachodu - do tego stopnia, że to Polska była pierwszym krajem dawnego bloku komunistycznego, który rozpoczął współpracę wywiadowczą i wojskową ze Stanami Zjednoczonymi. Pierwsza z tych operacji miała miejsce w początkowej fazie wojny w Iraku w 1990 r. - agenci Zarządu Wywiadu UOP z Gromosławem Czempińskim na czele zdołali ewakuować amerykańskich dyplomatów i uratować skórę CIA. Przy okazji przekazali też Amerykanom szczegółowe plany Bagdadu sporządzone przez polskich inżynierów - zwiększyły one precyzję bombardowań irackiej stolicy.

Potem - w 1992 i 1993 r. - tym razem z udziałem służb brytyjskich odbyła się operacja "Kontener". W jej ramach agenci UOP dokonali kontrolowanej sprzedaży pokaźnego transportu broni terrorystom z IRA, transport wypłynął statkiem z Gdyni i został przechwycony przez MI5 w jednym z brytyjskich portów. Brytyjczycy zdobyli przy tym informacje o działaniach IRA i kilka nowych szczegółów dotyczących aktywnych terrorystów. Aleksander Makowski (także wywodzący się z Kiszczakowego MSW i pełniący tam wysokie funkcje) dostał potem na pamiątkę książkę z osobistą dedykacją Margaret Thatcher. A UOP po raz kolejny zapunktował w oczach przyszłych zachodnich sojuszników.

"Odbicie" służb

UOP miał swoje blaski, miał też cienie. W 1993 r. ujawniona została tajna instrukcja dotycząca inwigilacji prawicy - w tym Porozumienia Centrum. Bardzo niejasną rolę odegrał UOP w sprawie "Olina", czyli oskarżenia b. premiera Józefa Oleksego o współpracę z rosyjskimi służbami. Ale były też sukcesy - jak choćby wydalenie dziewięciu Rosjan pracujących na rzecz wywiadu w 2000 r. czy zablokowanie wydania wiz grupie tajemniczych rosyjskich biznesmenów rok wcześniej.
Historia UOP zaczyna się od czystki przeprowadzonej w szeregach esbeków. Koniec UOP także był czystką - tyle że w szeregach UOP. Dosłownie w chwilę po utworzeniu ABW, we wczesnych godzinach porannych 29 czerwca 2002 r. ok. 400 funkcjonariuszy UOP zostało zwolnionych ze służby. Krzysztof Kozłowski - wówczas senator - obliczył, że na ocenę każdego z nich szef nowej służby Andrzej Barcikowski miał zaledwie dwie sekundy. W odpowiedzi na to Barcikowski przyznał, że nad listami pracowano już wcześniej.

Likwidacja UOP i powołanie ABW miało oczywiście swoje tło polityczne. Po wrześniowych wyborach w 2001 r. większość zdobyła koalicja SLD-PSL, premierem został Leszek Miller. Od pierwszych dni po przejęciu władzy postkomuniści szykowali operację "odbicia" służb. Ostatecznie wybrali opcję ich reformy - w miejsce UOP utworzono ABW i Agencję Wywiadu. UOP zdecydowanie nie miał wtedy dobrego PR - być może przede wszystkim za sprawą swego rządowego nadzorcy. W rządzie Jerzego Buzka od 1997 do 2001 r. funkcję koordynatora służb specjalnych pełnił Janusz Pałubicki, słynny minister w swetrze i butach pionierkach. To legendarny, słynący z nieugiętej postawy opozycjonista, więzień polityczny i - być może - niedoszły cel esbeckiego zamachu.

Jednak w roli koordynatora służb specjalnych Pałubicki był postacią dość niesłychaną. Zachowywał się w sposób, który skłaniał nawet jego koalicyjnych kolegów do publicznego powątpiewania co do psychicznej równowagi ministra. Niejednokrotnie sugerował przed kamerami istnienie mrocznych spisków wewnątrz służb, bezustannie też próbował je tropić. Rzecz jasna jego autorytet w UOP - i w innych służbach - był permanentnie podważany, jednak trzeba przyznać, że minister sam się o to prosił. Stąd też w newsach dotyczących UOP w tamtym czasie nie brakowało dość wyraźnego odcienia groteski.

To dawało politykom z SLD i PSL dość łatwe pole do działania. Reforma została wprowadzona w życie bez większych sprzeciwów, warto jednak pamiętać, że w jej ramach zatrudnienie w szeregach nowych służb znalazło całkiem sporo mających wsparcie ze strony rządzącej partii funkcjonariuszy z czasów Kiszczaka. To był 2002 r., więc nijak nie da się tego uzasadnić tak, jak działań Kozłowskiego i jego ekipy. Po 13 latach ABW nie ma już oczywiście tych obciążeń - dopiero jednak od kilku lat możemy mieć względną pewność, że w polskich służbach dawni esbecy nie pełnią już kluczowych ról.

Witold Głowacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.