Witold Głowacki

10 dni gorączki poprzedzającej powstanie warszawskie

Godzina "W" na Woli. Od lewej: Alfons Kotowski ps. "Okoń", Kazimierz Iranek-Osmecki ps. "Makary" Fot. Wikimedia Commons Godzina "W" na Woli. Od lewej: Alfons Kotowski ps. "Okoń", Kazimierz Iranek-Osmecki ps. "Makary" i Stanisław Jankowski ps. "Agaton". Koncentracja baonu "Pięść"
Witold Głowacki

Od 1943 r. już prawie nie myślano o powstaniu przeciw Niemcom. Dlaczego w lipcu 1944 r. KG AK zmieniła plan? Czy tę decyzyjną śnieżną kulę dało się zatrzymać? Próbowano

Pierwszego sierpnia 1944 r. Warszawa stała się miastem bohaterów, polem jednej z największych miejskich bitew II wojny światowej, wreszcie, po kapitulacji powstania, gigantycznym cmentarzem. Ale w dniach poprzedzających godzinę „W” bohaterami byli nie ci, którzy - pełniąc najwyższe funkcje dowódcze w AK - parli do wybuchu powstania za wszelką cenę, ale ci, którzy do ostatniej chwili próbowali powstrzymać nadchodzącą tragedię. Ludzie, którzy nie bali się mówić prawdy w oczy najwyższym dowódcom Armii Krajowej. Jak „Kurier z Warszawy”, czyli Jan Nowak-Jeziorański, szef wywiadu AK Kazimierz Iranek-Osmecki czy Kazimierz Pużak, przewodniczący Rady Jedności Narodowej, czyli wojennego substytutu parlamentu Polskiego Państwa Podziemnego.

28 lipca 1944 r. żołnierze Armii Krajowej szli ulicami Warszawy do powstania. W wyznaczonych punktach mobilizacji stawiło się około 80 proc. składu osobowego warszawskich struktur Armii Krajowej - prawie dwa razy więcej niż trzy dni później, w godzinie „W”. Żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego szli tego dnia do walki o swoje miasto karnie i ze świetnym morale. Spodziewali się, że już po południu uderzą na Niemców.

Stanęli w szeregach w punktach zbiórek. Ale nikt ich nie posłał do walki. Zamiast tego na własne oczy zobaczyli popis nieudolności swoich dowódców. Rozkaz mobilizacji, dla wykonania którego narażali życie, już nawet nie obowiązywał.

Tak właśnie wyglądała rzeczywistość w ostatnich dniach przed wybuchem powstania warszawskiego. Pogrążone w chaosie informacyjnym i decyzyjnym dowództwo Armii Krajowej - zarówno na szczeblu Komendy Głównej, jak i Okręgu Warszawskiego - nawet na tym elementarnym poziomie decyzyjnym nie szanowało życia i bezpieczeństwa własnych żołnierzy, ludzi, którzy przez całą okupację zdołali skutecznie ukrywać się przed Niemcami i cały czas zachowywać gotowość do walki.

Był to moment, w którym wizja rozpoczęcia walki powstańczej w milionowym mieście - przed zaledwie miesiącem uważana za ryzyko absolutnie nie do podjęcia - stała się już w kierownictwie AK obowiązującą doktryną. Najważniejsi dowódcy armii Państwa Podziemnego już nie słuchali ostrzeżeń z polskiego wojskowego Londynu, nie słuchali Jana Nowaka-Jeziorańskiego, obrazowo przedstawiającego zarówno realne możliwości wsparcia powstańców z powietrza, jak i rzeczywisty stosunek zachodnich aliantów.

Nie przyjmowali do wiadomości losu rozbrajanych i aresztowanych przez Sowietów akowców, którzy przed niespełna trzema tygodniami wyzwali Wilno i inne miasta na Wschodzie. Woleli też nie słuchać wodza naczelnego, lecz ludzi premiera Stanisława Mikołajczyka, który - dając się Stalinowi rozgrywać jak dziecko - wierzył, że wybuch powstania zmusi Sowietów do udzielenia natychmiastowej pomocy, a przy tym znacząco podniesie znaczenie Polski - i Mikołajczyka oczywiście - w oczach aliantów. Chcieli też wierzyć pogłoskom o rzekomych sowieckich czołgach na Pradze i w oparciu o nie podejmować ostateczne decyzje.

Albo też podejmowali najbardziej kluczowe decyzje ad hoc, pod wpływem impulsu i na podstawie szczątkowych danych - jak tę o pierwszej mobilizacji do powstania. Dziś wolimy nawet nie pamiętać ani o niej, ani o jej odwołaniu i tego konsekwencjach. Historycy rzadko o niej wspominają, próżno szukać wzmianek o mobilizacji z 28 lipca w podręcznikach.

Ten pierwszy rozkaz mobilizacyjny wydał 27 lipca warszawskiej AK samodzielnie - i najprawdopodobniej zupełnie samowolnie - płk Antoni Chruściel „Monter”, dowódca Okręgu Warszawskiego AK i jeden z największych entuzjastów mglistej do końca koncepcji uderzenia na Niemców w Warszawie. Decyzję uzasadniał m.in. tym, że niemieckie oddziały od kilku dni cofające się przez Warszawę na zachód wydawały mu się pogrążone w bezwładzie i pozbawione morale, obawiał się także konsekwencji niemieckiej próby zebrania 100 tys. mieszkańców Warszawy do prac fortyfikacyjnych i tego, że na wezwanie okupanta nie stawił się prawie nikt. „Teraz albo nigdy” - skonstatował więc „Monter” i wydał rozkaz, od którego - według przyjętych w AK procedur - teoretycznie nie było już odwrotu.

Komendant Główny AK „Bór” Komorowski, którego poważne problemy z decyzyjnością już chwilę po 1 sierpnia stały się w szeregach AK tajemnicą poliszynela, po niejednej godzinie hamletyzowania nakazał jednak w końcu „Monterowi” odwołanie mobilizacji. Stało się to jednak dopiero następnego dnia po jej ogłoszeniu. Rozkaz „Bora” dotarł do większości oddziałów już na miejscu zbiórki. Żołnierze Polskiego Państwa Podziemnego dopiero tam dowiedzieli się, że zupełnie niepotrzebnie ryzykowali życie, spiesząc w całym okupowanym mieście o tej samej porze w większych lub mniejszych grupach i grupkach, a następnie koncentrując się w wyznaczonych punktach w zwartych pododdziałach.

Anulowany już rozkaz „Montera” wykonała znacznie większa liczba żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego niż ten z 1 sierpnia. Po przybyciu do punktów zbiórki, a przed odwołaniem mobilizacji część z nich zdążyła wysłuchać zadań na pierwszy etap działań - zadań, które sprawiały wrażenie tak samo samobójczych jak te z 1 sierpnia na pierwsze godziny walki. Żołnierze zobaczyli absolutnie niedostateczne zapasy uzbrojenia i sprzętu. Już wtedy usłyszeli o łomach i siekierach, które mają wziąć do rąk ci, dla których nie starczyło broni. To był szok - przez cały 1944 r. żołnierze AK słyszeli opowieści o rzekomych potężnych zasobach uzbrojenia czekających na „ten” moment. Zobaczyli coś zupełnie innego.

To naprawdę zatrzęsło doskonałym dotąd morale warszawskiego AK. Żołnierze ze zgrupowania „Żaglowiec” na Żoliborzu mówili podczas mobilizacji 28 lipca wprost, że „z gołymi rękami nie pójdą na karabiny maszynowe”.

Witold Głowacki

Witold Głowacki

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.