13 grudnia. Po dwóch stronach barykady

Redakcja
Ryszard Ruszel w gorącym czasie stanu wojennego nosił żołnierski mundur. - Na niejedno przymykaliśmy oczy - mówi
Ryszard Ruszel w gorącym czasie stanu wojennego nosił żołnierski mundur. - Na niejedno przymykaliśmy oczy - mówi archiwum rodzinne
Udostępnij:
Żołnierz, milicjant, działacze Solidarności. Jedni znaleźli się w roli ofiar, innym przyszło stanąć na pozycji katów. Jak ze swojej perspektywy widzieli wydarzenia tamtych dni?

W kwietniu 1980 r. Ryszard Ruszel zaczął służbę w 4 Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej w Krośnie
Odrzańskim. Został kierowcą wozu propagandowego.

- W mojej nysie głośniki tubowe miały zasięg trzech kilometrów - opowiada z lekką ironią. Choć latem kraj ogarnęła fala strajków, życie żołnierskie toczyło się swoim rytmem.

- Byliśmy odcięci od świata. Do domu jeździło się rzadko, wiadomości mieliśmy z telewizji - wspomina. I dodaje, że w ich jednostce nie podburzano żołnierzy przeciw Solidarności. Nawet podczas zajęć politycznych.

Z kim ta wojna? Kto zaatakował?

W nocy 13 grudnia 1981 r. w jednostce ogłoszono alarm. Nie wydawał się niczym nadzwyczajnym, bo ćwiczenia przeprowadzano często. Tym razem jednak wydano żołnierzom ostrą amunicję i odpalono czołgi, które do tej pory bez ruchu czekały na wojenne czasy.

- Podano mi do odtworzenia taśmę z przemówieniem gen. Jaruzelskiego - opowiada Ruszel. - Samo pojęcie "stan wojenny" wydało się żołnierzom dziwne. Stan wyjątkowy - to można było sobie wyobrazić. Ale stan wojenny? Z kim ta wojna? Kto zaatakował? - zadawaliśmy sobie pytania.

Jednostkę skierowano na Warszawę. Żołnierze jechali dwa dni i trzy noce.
- Robiliśmy koła, żeby przez niektóre miasta przejechać po kilka razy. Bo podstawą akcji było zastraszenie ludności. Ludzie myśleli, że tak dużo tego wojska, a to jechała ta sama jednostka - wspomina weteran.

W Warszawie patrolowali ulice. Zdarzały się wspólne patrole woj ska i milicji. - Ale na odprawie nam wpajano: "Macie wypełniać rozkazy swoich przełożonych, a nie milicjantów, choćby byli starsi stopniem!".
Pamięta różne sytuacje z kontroli drogowych, które musieli przeprowadzać.

- Niejedno się widziało, ale każdy był człowiekiem. Raz kolega mówi: "Może bagażniczek otworzymy, bo to coś nieładnie wygląda". A kierowca: "Wie pan co, może nie otwierajmy?". "No to jedź pan!".

Zapadła mu w pamięć sytuacja, która zdarzyła się podczas godziny milicyjnej:
- Idzie facet, zatacza się, więc kolega woła: "Stój! Służba wartownicza!". A ten do niego: "Co, żołnierzu?! Stopni nie poznajecie?!". To był milicjant w stopniu kapitana. Na to kumpel: "Stój, bo będę strzelał!". I strzelił w powietrze. Milicjant padł, cały się trząsł. Zaraz zabrali go do aresztu, a żołnierz w nagrodę dostał 10 dni urlopu.

Ludność Warszawy wojsko przyjęła serdecznie. - Aż się dziwiliśmy! Zapraszali do domów, a w święta dawali ulicznym patrolom paczki - opłatek, ciasto, papierosy. Może myśleli, że jesteśmy głodni? A my wtedy na stołówce mieliśmy jak na weselu!

A jakie było morale żołnierzy?
- Gdyby wysłano nas, aby stłumić protesty, to wojsko na pewno do swoich braci by nie strzelało - zapewnia. - Ale gdyby z przeciwnej strony padł strzał i gdyby zginął najlepszy kolega, to wtedy... zrobilibyśmy rzeź, bo to jest żołnierski odruch.

Ryszard Ruszel jest pewien, że żołnierze nie pozwoliliby zomowcom mordować ludzi. - Wtedy doszłoby do buntu. Dowódcy, łącznie z Jaruzelskim, musieli zdawać sobie z tego sprawę - przypuszcza.

On sam nie był świadkiem protestów, w Warszawie nie wysyłano wojska do tłumienia buntów. - Ursus strajkował, ale tam wysłano ZOMO - przypomina.

W czerwcu 1982 r. jednostka wróciła do koszar. Ryszard Ruszel wyszedł z wojska po 27 miesiącach służby (została przedłużona o 3 miesiące). - Wśród kolegów mówiło się: "Przyszła wiosna, zielono się robi, dziewczęta ładne chodzą, a ty siedzisz za tymi murami, bo komuś się zachciało strajkować!" - śmieje się pan Ryszard.

Żadnych zebrań, jest stan wojenny!

Kazimierz Woś z Krzemienicy był jednym z założycieli koła NSZZ "Solidarność" Rolników Indywidualnych w gminie Czarna. Organizacja liczyła ponad 300 członków, wydawała gazetkę "Głos Ziemi". Biuro związku mieściło się naprzeciwko urzędu gminy i posterunku milicji. 13 grudnia rano miało się odbyć posiedzenie zarządu.

Kazimierz Woś wspomina:
- Poszliśmy na zebranie z Józefem Frączkiem, który właśnie wrócił z jakiegoś zjazdu związkowego. To od niego dowiedziałem się, że wprowadzono stan wojenny. Przed biurem stało już kilku kolegów. Wszyscy rozgoryczeni. Pytam, dlaczego nie wchodzą do środka. Powiedzieli, że przyszedł milicjant i im zakazał: "Nie ma żadnych zebrań! Jest stan wojenny!".

Wtedy Woś zdał sobie sprawę, że w zamkniętym biurze jest lista wszystkich członków związku, są też legitymacje, których jeszcze nie zdążono wydać. Co będzie, gdy to wpadnie w ręce władzy?

- Zdecydowałem, że spróbuję je zabrać - opowiada. Wziął klucz i poprosił kolegów, by w razie czego odwrócili uwagę milicjanta. Wszedł do środka, zabrał teczkę i opłotkami przemknął do znajomego, gdzie zostawił dokumenty. - Ten człowiek nie był w Solidarności, więc był poza podejrzeniem - tłumaczy.

Kilka dni później milicja zaczęła domagać się otwarcia biura. - Zabrali mnie, weszliśmy do środka, przekazałem im maszynę do pisania, aparat fotograficzny, gazetki, obwieszczenia, spisaliśmy protokół, i na tym się skończyło - opowiada Woś.

Trzeba było jednak coś zrobić z dokumentacją, którą zostawił na przechowanie u kolegi. Wysłał syna, by ten polnymi drogami przeniósł ją do krewnych, na Wolę Małą.

- Tam leżała w spokoju do 1989 r., wtedy ją odebrałem. Do dziś mam te listy i nie- wydane legitymacje członkowskie - mówi, pokazując dokumenty. Władza łagodnie obeszła się z działaczami rolniczej Solidarności w gminie Czarna. Nikogo nie internowano. Przymknięto tylko Kazimierza Kochanowicza, działacza Solidarności robotniczej, który pomagał rolnikom w zakładaniu ich związku.

Aresztowany za posiadanie broni

Jerzy Pietraszek należał do komisji zakładowej NSZZ "Solidarność" w lokomotywowni PKP w Rzeszowie. Gdy wprowadzono stan wojenny, akurat przebywał na urlopie.

- Na wszelki wypadek przez kilka dni nocowałem poza domem. Wracałem rano i z górki obserwowałem bramę. Umówiliśmy się w domu, że jeżeli będzie otwarta, to wszystko w porządku. Jeżeli byłaby zamknięta, to mam nie wracać - opowiada.

Po urlopie wrócił do pracy. - Naczelnik dał mi do podpisania oświadczenie, że zostałem zaznajomiony z tym, że działalność związków zawodowych została zawieszona - wspomina. - W pobliżu stało radio, wtedy usłyszałem o ofiarach w kopalni Wujek. Wszyscy w zakładzie byli załamani. Od nas internowali tylko jednego człowieka - zastępcę przewodniczącego komisji zakładowej.

Po jakimś czasie Pietraszek zaangażował się w druk nielegalnych ulotek. Drukowano je m.in. w podziemiach zabytkowego kościoła św. Jakuba w Krzemienicy, a także w... toaletach, które znajdowały się za nowym kościołem. - Jako oświetlenie służyła nam świeczka, ulotki drukowaliśmy prymitywną maszyną - opowiada działacz.

W druk zaangażowali się m.in. kleryk Marek Bieniasz (późniejszy ksiądz) oraz brat Jerzego Pietraszka - Adam. Obaj bracia wzięli udział w demonstracji, która od¬była się 3 maja 1982 r. na rzeszowskim Rynku. Za udział w proteście Adam, również pracownik lokomotywowni, został karnie przeniesiony do pracy w Dębicy. A dwa tygodnie po manifestacji został aresztowany Jerzy Pietraszek. Za... nielegalne posiadanie broni.

- Bronią interesowałem się od dziecka - podkreśla. - Miałem dwa pistolety własnej roboty. Milicjanci skojarzyli to z działalnością. Jednak prokurator, który prowadził sprawę, był bardzo w porządku. Miałem też dobrego obrońcę. Odstąpiono od trybu doraźnego i sąd skazał mnie na półtora roku za nielegalne posiadanie broni. Zwolniono mnie po 13 miesiącach. Dobrze, że w czasie rewizji w domu nie znaleźli ulotek!

Po wyjściu z więzienia Pietraszek kontynuował druk i kolportaż ulotek.

Tej nocy do domu nas nie puścili

Andrzej (prosi, by podać tylko imię) pracował w łańcuckiej milicji jako oficer dyżurny. -12 grudnia 1981 r. miałem służbę do godziny 19, jednak szef nie wypuścił nas do domu, kazał czekać - opowiada.

- W nocy zebraliśmy się na świetlicy. Włączono telewizor i słuchaliśmy przemówienia Jaruzelskiego. Rano zaczęto zwozić internowanych. Siedzieli na korytarzu, w niepewności. Kolega opowiadał, że podczas transportu niektórzy byli hałaśliwi, ale jak już zobaczyli, że dojeżdżają do Załęża, to od razu cichli - opowiada emerytowany milicjant.

Jako oficer dyżurny miał często do czynienia z ludźmi, którzy przychodzili po przepustki upoważniające do przejazdu w czasie godziny milicyjnej. - Nie było problemu, żeby ktoś nie dostał - zapewnia.

Zdarzało się, że milicja przechwyciła nielegalne ulotki, które ktoś rozrzucił. Kilku jego kolegów spotkało się z napisami na drzwiach swoich domów, rysowaniem szubienic. - Byliśmy pewni, że to rysowanie to prowokacja SB. Denerwowało nas, że oni to robią, a my musimy szukać sprawców.

Jak dziś po 33 latach ludzie z różnych stron barykady oceniają stan wojenny?
- Jaruzelski miał nóż na gardle. Jakiej decyzji by nie podjął, każda byłaby zła. Wybrał najmniejsze zło - uważa emerytowany milicjant. Przytakuje mu Ryszard Ruszel, który w gorącym czasie stanu wojennego nosił żołnierski mundur.

Działacze Solidarności Kazimierz Woś i Jerzy Pietraszek nie mają wątpliwości co do oceny wydarzeń z 13 grudnia. Uważają generała za zdrajcę.

Michał Okrzeszowski
NOWINY

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Nasza Historia
Dodaj ogłoszenie