Roman Laudański

Armia radziecka nas upokarzała, wspólne ćwiczenia to było pasmo poniżeń...

Zdzisław Ostrowski (ur. 16 lutego 1933 w Puznowie k. Garwolina) – generał brygady Wojska Polskiego. Zawodową służbę wojskową zakończył 13 lutego 1995 Fot. Roman Laudański Zdzisław Ostrowski (ur. 16 lutego 1933 w Puznowie k. Garwolina) – generał brygady Wojska Polskiego. Zawodową służbę wojskową zakończył 13 lutego 1995 roku
Roman Laudański

Rozmowa z gen. bryg. Zdzisławem Ostrowskim, ostatnim pełnomocnikiem rządu ds. pobytu armii radzieckiej w Polsce

- Ludowe Wojsko Polskie razem z Układem Warszawskim miało atakować Zachód. Po 1989 roku wszystko się zmieniło, także wrogowie i sojusznicy. Pan się w tym odnalazł?

- Jestem modelowym przykładem czerwonej hołoty. Wszystko osiągnąłem w PRL-u. W ubiegłym roku byłem na uroczystościach rocznicowych wyprowadzenia armii radzieckiej z Polski. W Legnicy wrzeszczeli do nas: raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę! To wystąpiłem i powiedziałem, że stoi przed wami klasyczny model przedstawiciela czerwonej hołoty. Konsternacja na sali.

Armia ma swoje przeznaczenie zaczynając od Chrobrego, a na Jaruzelskim kończąc. Rozumny człowiek wie, że armia może być polityczna, ale nie partyjna. W 1990 roku zaproponowano mi stanowisko pełnomocnika rządu. Szef URM wręczając mi nominację powiedział: "słyszeliśmy, że nie dacie się okręcić wokół palca, a nam jest taki potrzebny podczas negocjacji z Rosjanami". Ufali mi.

- A jak pan generał zareagował na wstąpienie Polski do NATO?

- Armia radziecka nas upokarzała, wspólne ćwiczenia to często było pasmo poniżeń. Lekceważyli nas. Przypominam sobie, jak już po zmianach gen. Siwicki, minister obrony narodowej, witał gen. Kulikowa. Ten spóźnił się trzy godziny i przyleciał pijany. Znam dziesiątki takich przykładów. Myśli pan, że byliśmy ze stali i tego nie przeżywaliśmy? Nic nas nie ruszało? Ruszało, ale taka była rzeczywistość. To tych trzech starszych panów w Teheranie, Jałcie i Poczdamie ustaliło jaka ma być Polska, której służyłem. Ten, co urodził się później, mógł żyć inaczej. Nie brakowało ludzi nawiedzonych po obu stronach. Nie wstydzę się swojego życia. W 1989 roku wszyscy byli przestraszeni. Wojsko bało się "Solidarności" jak ognia.

- 17 września ubiegłego roku minęła 20. rocznica wyprowadzenia ostatnich żołnierzy armii radzieckiej z Polski. Przypomnijmy, skąd tu się wzięli?

- Byli tu też 130 lat temu, ale tak daleko nie będziemy wracać pamięcią. W czasie II wojny światowej szli przez nasze terytorium, przecież nie pierwszy raz. Zwycięzca organizuje swoją administrację wojskową - komendy rejonowe NKWD oraz zaopatrzenie dla jednostek bojowych.

- Ale wojna skończyła się w 1945 roku.

- Dla jednych 8 maja, dla drugich 9. maja. Rosjanie zostali w Polsce i we wschodnich Niemczech, a Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi w zachodnich Niemczech. Tylko na innych zasadach. Północna Grupa Wojsk (z siedzibą w Legnicy, a wcześniej przez chwilę w Bydgoszczy) rozmieszczała jednostki bojowe wzdłuż granicy zachodniej. Zajmowali poniemieckie garnizony, które najbardziej im odpowiadały. Najmniej zniszczone i operacyjnie uzasadnione, bo III wojna światowa już wisiała w powietrzu.

- Ile po wojnie było rosyjskich garnizonów w Polsce?

- Po wojnie około stu, w których stacjonowało do 400 tys. żołnierzy radzieckich. Później ok. pięćdziesięciu garnizonów

- Była jakakolwiek umowa regulująca ich pobyt w Polsce?

- Do 1956 roku nie było. Rosjanie działali na zasadzie państwa w państwie. Można powiedzieć, że były to wojska okupacyjne. Nie podlegali polskiemu prawodawstwu. Właściwie do wyprowadzenia wojsk uważali, że to jest ich terytorium. W 1956 roku po powrocie Gomułki do władzy podpisano pierwszą umowę polsko-radziecką. Składała się z części jawnej i tajnej.

Jeden egzemplarz miał zalakowany w sejfie pełnomocnik rządu ds. pobytu wojsk radzieckich w Polsce (taka funkcja została utworzona dopiero w 1957 roku). Kiedy zostałem powołany na stanowisko pełnomocnika i zapoznałem się z nią, wystąpiłem do premiera o odtajnienie. Tajna część zawierała liczbę wojsk radzieckich na terenie Polski (od 62 do 66 tys., w tym 40 tys. wojsk lądowych, 17 tys. - lotniczych i 7 tys. marynarki wojennej). Do tego wykaz garnizonów, dróg, po których mogli się poruszać. Mieli też własne poligony na naszym terenie (np. w Bornem-Sulinowie, przy kompleksie wybudowanym jeszcze przez gen. Guderiana dla Niemców).

- W PRL-u ktokolwiek ośmielił się sugerować Rosjanom, żeby wracali do domu?

- Nikomu nie przyszłoby do głowy! Rolą pełnomocnika było to, żeby Rosjanie dobrze się tu czuli. Powstało zjednoczenie handlowe, które zaopatrywało żołnierzy radzieckich w Polsce.

- Nie tylko w Legnicy pokątny handel polsko-radziecki kwitł w najlepsze przez lata.

- Przecież mieszkali po sąsiedzku, razem z całymi rodzinami, które miały swoje potrzeby. Mieszkałem też w Legnicy. Kiedy umiejscowił się tam sztab i dowództwo Północnej Grupy Wojsk Radzieckich, to wydzielono najpiękniejszy, najmniej zniszczony kwartał z willami dla generalicji i wyższych oficerów. To wszystko zostało ogrodzone, z wjazdowymi bramami. Mieli swoje szkoły, szpital, rampy kolejowe. Z tym, że zaopatrywali się na polskim rynku. Legniczanom smakowały ich cukierki.

- Ruskije konfiety.

- Kwitł też handel radziecką ropą i benzyną, które były sprowadzane z ZSRR. Rosjanie czuli się w Polsce jak pączki w maśle. Stąd nie chcieli myśleć o opuszczeniu Polski. Do 1989 roku nikt im wyjścia nie proponował.

- Kto się pierwszy odważył?

- Minister Skubiszewski na sesji ONZ-tu. Wojska radzieckie już wycofały się z Węgier, Czechosłowacji. Kiedy zdobyliśmy pełną suwerenność, zaczęto mówić wprost o wyprowadzeniu Rosjan. W 1990 roku zostałem powołany na kolejnego i ostatniego pełnomocnika.

- Musimy przypomnieć sytuację geopolityczną. Układ Warszawski został rozwiązany. Związek Radziecki przestał istnieć.

- Przed 1989 rokiem żaden pełnomocnik nie miał na tyle odwagi, by żądać od Rosjan chociażby wykonania ułomnych umów z 1956 roku! Nawet inwentaryzację pozwalali nam robić z łaski i to tylko tam, gdzie oni chcieli. A jak nie chcieli, to nie puścili, pomimo że to było na polskiej ziemi! Stawki za czynsz były ustalone w rublach transferowych, to nijak się miało do rzeczywistych kosztów. Rosjanie nie podlegali polskiej kontroli celnej. Mieli niezależne lotniska i co chcieli, to mogli transportować. Niczego nie uzgadniali z Polakami, nawet liczebności swoich wojsk na naszym terenie. Takich miejscowości jak Borne-Sulinowo, Świętoszów przecież w ogóle nie było na administracyjnych mapach Polski! To były ich enklawy.

- Czy podczas nieoficjalnych spotkać Rosjanie mieli pretensje, że nas wyzwolili, a my ich chcemy się pozbyć?

- To był ich podstawowy argument w negocjacjach. W listopadzie 1990 roku rozpoczęły się pierwsze rozmowy dotyczące wycofania. Piętnaście spotkań raz u nas, raz w Moskwie.

- Domagali się zadośćuczynienie za powrót do Rosji?

- Niemcy im zapłacili, wybudowali osiedla mieszkaniowe na terenie Białorusi, Ukrainy i Rosji, żeby mieli gdzie wrócić. Uważali, że my też powinniśmy to zrobić. Zapłacić przynajmniej za obiekty, które oni postawili. Zapis w umowie był taki, że kiedy będą przekazywać obiekty, to one powinny być w stanie zdatnym do użytkowania.

- Z powyrywanymi oknami, kaloryferami, klamkami, instalacjami. Nawet sedesy powyrwali.

- Oni to pojęcie rozumieli zupełnie inaczej. Płacili nam połowę czynszu, a drugą mieli przeznaczać na remonty. Remontowali tylko te obiekty, które były im potrzebne, np. dla generalicji czy gości z Moskwy. Wszystko zniszczyli przed wyprowadzką.

- A co z terminami?

- Stanowisko Polski było jasne: do końca 1991 roku wszystkie wojska rosyjskie powinny opuścić Polskę. To było stanowisko premiera Mazowieckiego, a później prezydenta Wałęsy.

- To się nie udało.

- I nie mogło się udać. Wojsko można wyprowadzić w sposób alarmowy w niecały tydzień. Ale zapasy zmagazynowane na terenie Polski?! Przecież to była amunicja do działań operacyjnych.

- Pełne magazyny?

- Oczywiście! Składy amunicyjne, materiałów pędnych i smarów. Wszystko wkopane w ziemię. Także obiekty do przechowywania broni jądrowej.

- Na terenie Polski?

- A jakże, w czterech miejscach. Wystarczy pojechać w okolice Bornego-Sulinowa. Gen. Dubynin przyznał, że taka broń była na naszym terenie. Przecież stacjonowały tu radzieckie brygady rakietowe, były wyrzutnie, to i musiały być magazyny z rakietami.

- Negocjacje były trudne?

- Już podczas pierwszego w Moskwie, kiedy zażądaliśmy ich wyjścia do końca 1991 roku - śmiali się z nas w kułak. Stawiali sprawę jednoznacznie: przecież przynieśliśmy Polakom wolność. Wyzwoliliśmy wasze ziemie, broniliśmy zachodniej granicy, którą imperialiści zajęliby, gdyby nie nasza armia w Polsce i w NRD. A wy tak się odpłacacie? Chcecie, żebyśmy wyjechali stąd galopem? W luźnych rozmowach z gen. Dubyninem prosiłem, żeby podał choć jeden przykład, kiedy to imperialiści grozili naszej zachodniej granicy...

- Lata propagandy.

- Jak najbardziej! Oni twierdzili, że mogą wyjść z Polski dopiero wtedy, kiedy NRD opuści 270-tysięczna armia rosyjska. Planowali, że do końca 1993 roku wyprowadzą wojska z NRD i wtedy zacznie się wycofywanie z Polski, ponieważ muszą mieć zabezpieczone wszystkie (lądowe, kolejowe, powietrzne i morskie) drogi tranzytowe. Nasze stanowisko było jasne: my im to wszystko zapewnimy, ale oni nam nie wierzyli. Jako żołnierz zdawałem sobie sprawę, że koniec 1991 roku jest nierealny. Oni chcieli to zrobić na swoich warunkach. Z podniesioną dumnie głową i z rozwiniętymi sztandarami.

- Poszliśmy na ustępstwa.

- Odstąpiliśmy od nierealnego terminu 1991 roku. Oni chcieli wyjść do końca 1994 roku. Nas to nie zadowalało. W końcu ustalono opcję zerową. Komisje mieszane wyceniały przejmowany garnizon. Wycofywanie wojsk rosyjskich ruszyło 8 kwietnia 1991 roku. Z Bornego-Sulinowa wyjechała brygada rakiet operacyjno-taktycznych. Lało jak z cebra. To był oficjalny początek. Rosjanie przystali na zakończenie 17 września 1993 roku. Negocjacje były wyczerpujące. Służyłem ponad 40 lat, ale to wtedy straciłem najwięcej zdrowia. W 22 maja 1992 roku w Moskwie doszło do podpisania porozumienia między prezydentem Wałęsą a Jelcynem.

- Pomysł powołania spółek polsko-rosyjskich miał zachęcić Rosjan do szybszego wycofania?

- W trakcie negocjacji rodziły się i księżycowe pomysły. Najpierw każdy rosyjski żołnierze zawodowy na granicy miał otrzymywać tysiąc dolarów za to, że wyjeżdża. Pytam, ale skąd weźmiemy te dolary? Z pieniędzy za tranzyt z NRD, które nam zapłacą. Ale dlaczego mamy im płacić? Jeśli wytrzymaliśmy z ni-mi prawie 50 lat, to wytrzymamy i jeszcze jeden rok! A w takim układzie kadra zawodowa rodziłaby się w nieskończoność. Później Rosjanie chcieli tworzyć spółki mieszane. Byłem przerażony. Rosjanie wcieli wnieść do tych spółek obiekty z garnizonów na naszym terenie. Przecież z góry było wiadomo, kto pracowałby w takich spółkach! Służby specjalne! Rząd Olszewskiego nie chciał się na to zgodzić. Na wysokości zadania stanął prezydent Wałęsa, który "ugadał" Jelcyna i zmienili treść porozumienia używając ogólnych sformułowań.

Rozmawiał ROMAN LAUDAŃSKI, Gazeta Pomorska

Roman Laudański

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.