Język kaszubski zamienił strych na pałac

Ks. Franciszek Grucza podczas odprawiania mszy św. na poddaszu organistówki Fot. archiwum Ks. Franciszek Grucza podczas odprawiania mszy św. na poddaszu organistówki

Pierwszą mszę z liturgią po kaszubsku oprawiono 30 lat temu w pełnej konspiracji

Utarło się, że było to 20 października 1984 roku. Ta data pojawia się w wielu publikacjach. Uważa się, że to wówczas ksiądz prałat Franciszek Grucza odprawił pierwszą w historii mszę świętą z liturgią w języku kaszubskim. Skrycie. Konspiracyjnie. Nocą. W maleńkiej miejscowości Wygoda w gminie Stężyca w powiecie kartuskim. Na strychu organistówki.

Wygodna Wygoda

To nawet nie wieś - osada, zamieszkiwana przez 43 mieszkańców. Za to kościół ogromny. I niezwykle urodziwy: neobarokowy, z czerwonej cegły, z dwiema wieżami, otoczony murem z arkadami. Bo też zaprojektował go nie lada mistrz - renomowany architekt z Kolonii nad Renem Fritz Kunst. Aż dziw, że powstał w takim mało ważnym miejscu. Ale pierwszy proboszcz i budowniczy świątyni ksiądz Anastazy Sadowski nie kierował się rangą miejscowości, lecz wygodą wiernych z okolicznych wsi. Kościół, w osadzie liczącej wówczas 13 osób, miał służyć nie tylko jej mieszkańcom, ale kilkunastu pobliskich miejscowości, z których drogi krzyżowały się właśnie tu.

Kościół wzniesiono w latach 1913-1914. Wcześniej, już w roku 1903, postawiono plebanię, organistówkę i budynki gospodarcze. Wszystkie te zabudowania przetrwały do dziś, a w ciągu minionych stu lat doszło jedynie kilka domów.

W kaplicy na poddaszu

Zatrzymuję się przed parterowym budynkiem z czerwonej cegły, z wysokim podstrzeszem, pokrytym lekko pochylonym na dwie strony dachem. To ta organistówka, do której pewnego październikowego dnia zapukała historia.

Pukam i ja - do drzwi od ulicy, ale przechodzący mężczyzna każe mi zadzwonić od strony podwórza. Otwiera żona organisty, zaprasza do środka. Mąż w kościele, ale popołudniowa msza powinna się lada chwila skończyć. I rzeczywiście, po kilku minutach zjawia się tryskający energią człowiek, na oko lekko po trzydziestce. Za młody, żeby pamiętać mszę sprzed trzech dekad. Ale w kaplicy, która w czasach jego wczesnej młodości istniała na poddaszu, bywał. Mieszkał wówczas w nieodległej Borzestowskiej Hucie, należał do scholi, przykościelnego chórku, który tu, w organistówce w Wygodzie, ćwiczył.

Organista Edmund Leszk wybudował własny dom i tam się wyprowadził, a tutaj ksiądz Stanisław Gackowski, który był w Wygodzie proboszczem w latach 1977-1988, stworzył dom rekolekcyjny z kaplicą na poddaszu. Po przejściu na emeryturę zamieszkał tu następca księdza Gackowskiego - ksiądz Konrad Kufel. Gdy wyprowadził się do rodziny, organistówka stała pusta, niszczała. Obecny proboszcz ksiądz Bogdan Drozdowski zdecydował się ją sprzedać. Oni wynajmowali mieszkanie w Kartuzach, więc skorzystali z okazji i ją kupili.

Dół, na który składają się trzy pokoje i kuchnia, wyremontowany, gustownie urządzony. A góra? Słyszę, że jeszcze za nią się nie zabrali, ale mają remont w planie. Proszę, żeby mi pokazali historyczny strych. Ociągają się. Zawiodę się - przekonują, bo to strych jak strych. Ale skoro się upieram…

Wchodzimy na górę po stromych schodkach. Na poddaszu zwyczajna graciarnia. Małe okienka, ale pomieszczenie duże, bo obejmuje całą szerokość i długość budynku. Mogło się tu pomieścić nawet więcej niż trzydzieści osób. A tyle było na mszy kaszubskiej. Niestety, nie wszyscy mieli dobry widok na ołtarz, gdyż przez środek ciągną się kominy.

Pan Jan mówi, że mszę, która mnie interesuje, mógłby pamiętać poprzedni organista Edmund Leszk. Mieszka obok.

Nie muszę dzwonić, bo akurat krząta się na schodach. Mówi, że o mszy kaszubskiej słyszał, jednak w niej nie uczestniczył. - Ja po wyprowadzeniu się z organistówki niespecjalnie tym, co tam się działo, interesowałem się, to nie były moje sprawy. Grałem na organach w kościele - podkreśla.
Żona pana Edmunda odsyła mnie po wiadomości do księdza Gackowskiego. - On by panu wszystko powiedział, tak od korzeni - przekonuje. I dodaje, że profesor Borzy szkowski, który ma chëcz w Łączyńskiej Hucie, też by mógł mi pomóc. - On to wszystko tu organizował…

Co na to Rzym?

Ksiądz Stanisław Gackowski, którego odszukałem w Żukowie, przygotowuje się do obchodów własnego jubileuszu: skończy wkrótce 80 lat. Mieszka obok zabytkowego kościoła ponorbertańskiego. Proboszczem był tu od 1988 do 2009 roku, obecnie jest na emeryturze. W maju bieżącego roku przyznano mu tytuł Honorowego Obywatela Żukowa. Wśród rozlicznych zasług wymieniono przy tej okazji i to, że zezwolił na odprawienie w Wygodzie pierwszej mszy kaszubskiej.

Mówi, że kaszubszczyzna była mu zawsze bliska. Urodził się w "bramie Kaszub", jak nazywane są Chojnice. Wyrastał w środowisku kaszubskim.

Pamięta, że - przed mszą w kaplicy w organistówce - pojawił się u niego prałat Grucza i powiedział, że zamierza odprawić mszę świętą w języku kaszubskim.

- Byłem poinformowany, że Józef Borzyszkowski uzgodnił to z biskupem pelplińskim, ale dla porządku spytałem: a co na to Rzym? Grucza odparł, że msza będzie odprawiona tak półprywatnie, dla małego grona osób. I tylko z elementami liturgii w języku kaszubskim. Potem okazało się, że przygotował całość po kaszubsku. Nie wszyscy byli zachwyceni. Jakiś młody ksiądz przygotował czytania po polsku. A kiedy się dowiedział, że liturgia będzie w języku kaszubskim, spytał zaniepokojony, czy taka msza będzie ważna.

Msza z liturgią w języku kaszubskim była powiązana z innym wydarzeniem - spotkaniem twórców piszących po kaszubsku w Łączyńskiej Hucie, położonej w pobliżu Wygody. Zapoczątkowano te spotkania w 1978 r., w chacie Klubu Studentów Pomorania, działającym przy Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim, ale już następne odbyły się w letnim domu Anny i Józefa Borzyszkowskich.

Stanisław Janke, wówczas dziennikarz "Pomeranii", a zarazem poeta i prozaik (w ostatnich latach zasłynął jako tłumacz "Pana Tadeusza" na kaszubski), pamięta, że w trakcie Seminarium Kaszëbsczigo, jak z czasem nazwano te spotkania, jego główny organizator Józef Borzyszkowski ogłosił ekscytujący komunikat: będą uczestniczyć w historycznym wydarzeniu - mszy świętej w języku kaszubskim, którą - obecny na seminarium - prałat Franciszek Grucza odprawi w kaplicy na poddaszu organistówki w pobliskiej Wygodzie.

- Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, w czym będę brał udział, dopiero po latach zrozumiałem, jak ważne to było wydarzenie.

Podniosłe kazanie

- W kaplicy było dosyć zimno - wspomina dalej Janke. - Ale panował ciepły, radosny nastrój, zupełnie niezwykły w szarej rzeczywistości PRL-u.

Brunon Cirocki, działacz kaszubski mieszkający w pobliskim Borzestowie, odebrał tę mszę jako coś konspiracyjnego. Już sam fakt, że nie odbywała się w kościele, wydawał mu się dziwny.

- Msza była podniosła, ale taka w ukryciu - charakteryzuje ją Cirocki. - Zauważyłem podenerwowanie. Zapamiętałem trzęsące się ręce ks. Gruczy. Podczas udzielania komunii wypadł mu komunikant, tak szczęśliwie, że na ołtarz, widziałem to dokładnie, bo klęczałem obok. Zastanawiałem się wówczas, czy na to, co się działo w organistówce, było przyzwolenie biskupa?

Józef Borzyszkowski twierdzi, że uzyskał taką zgodę. Rozmawiał najpierw z proboszczem wygodzkim. Ten postawił warunek: musi być akceptacja biskupa. Podobnie zareagował prałat Grucza. - Powiedział mi: jeśli załatwicie w Pelplinie, to ja wam odprawię. Było to w jego stylu. Gdy trzeba było coś załatwić, zwykł mawiać: Wa to zróbta! - wspomina profesor Borzyszkowski, który w związku z tym wybrał się do Pelplina.

Ordynariuszem diecezji chełmińskiej był w tym czasie biskup Marian Przykucki, bardzo życzliwie nastawiony do Kaszubów i kaszubszczyzny. W rozmowie uczestniczył także kanclerz kurii ks. Andrzej Śliwiński, Kaszuba rodem z Werblini koło Pucka. Profesor uzyskał zgodę, ale z prośbą, żeby nie nadawać tej mszy zbytniego rozgłosu.

- Gdy ks. Grucza ubierał zielony ornat, Feliks Marszałkowski, kolega prałata jeszcze w czasach przedwojennych, rozdawał dyskretnie niebieską książeczkę zapisaną czarnym kaligraficznym pismem i skopiowaną na powielaczu, zatytułowaną Mszô Swiatô. Był to tekst zarówno liturgii słowa, jak i eucharystycznej - w przekładzie ks. Gruczy. Później uczestniczyłem w wielu mszach, ale tylko z kaszubską liturgią słowa. Ksiądz Grucza uczynił jednak dobry początek, wbrew nie tylko ówczesnym władzom realnego socjalizmu, ale i Episkopatu, którego ówcześni członkowie pewnie do dziś nie wiedzą, że był taki ksiądz, który w małej kaszubskiej wsi na poddaszu odważył się odprawić mszę w nieobecnym dotąd w liturgii mszy św. języku.

Ksiądz Grucza należał przed wojną do grona Zrzeszyńców, skupionych wokół wydawanego w Kartuzach pisma "Zrzesz Kaszëbskô". Uważali oni, że - jak to ujął jeden z nich, Jan Trepczyk - Kaszubi dotąd zachowują swoje oblicze i żyją, dopóki posługują się swoją mową. Walka o jej przetrwanie jest walką o przetrwanie samych Kaszubów. Zrzeszyńcy, wśród których byli tacy działacze i twórcy, jak Aleksander Labuda, wspomniani Jan Trepczyk i Feliks Marszałkowski, a także Franciszek Grucza, już przed wojną dopominali się, żeby język kaszubski był także obecny w kościele, bo nie powinien być traktowany jedynie jako domowy, że wprowadzenie go do świątyń, jak pisano metaforycznie: do pałacu, stanowiłoby nobilitację języka, będącego wielkim skarbem po dawnych Pomorzanach.

- Prałat Grucza miał podniosłe kazanie, w którym podkreślił, jak wielką robotę wykonali poprzednicy obecnych na mszy twórców - Młodokaszubi i później Zrzeszińcë, dzięki którym zaistniała tradycja literacka, którą teraz przejmują ludzie młodzi - zapamiętał Janke.

Niezbite dowody

Na stronie internetowej archidiecezji gdańskiej znalazłem referat wygłoszony przez księdza dr. Bogusława Głodowskiego podczas seminarium w Parchim w Niemczech. Wspomniał, że w październiku 1984 roku uczestniczył w spotkaniu w Łączyńskiej Hucie, a podczas mszy św. "z kaszubską liturgią słowa", której przewodniczył ks, Grucza, on - młody ksiądz - był w koncelebrze.

Zadzwoniłem. Zaproponował mi spotkanie u siebie, czyli… w koszarach dawnego ZOMO, obecnie zajmowanych przez oddziały prewencji. Jest kapelanem policji województwa pomorskiego. Jest też duszpasterzem trzeźwości i kapelanem Kaszubów.

Ma dla mnie niespodziankę: egzemplarz przekładu mszy, którym posługiwał się wówczas ksiądz Grucza. Osiem kartek zapisanych odręcznym pismem. Całość po kaszubsku, zarówno liturgia słowa, jak i część eucharystyczna. Pytam, czy w związku z tym msza została odprawiona wyłącznie w języku kaszubskim? Mówi, że trudno po tylu latach coś twierdzić z absolutnym przekonaniem, ale wydaje mu się, że tak. Prawdopodobnie tylko słowa przeistoczenia ks. Grucza wypowiedział po polsku albo po łacinie, bo każdy ich przekład wymaga bezwzględnego zatwierdzenia przez Watykan.

Ks. Głodowski przygotował dla mnie jeszcze drugą niespodziankę: zdjęcia z tej historycznej mszy. Sam je wykonywał, zarówno podczas mszy, jak i spotkania w Łączyńskiej Hucie. Mogę więc zobaczyć, jak wyglądało wówczas poddasze organistówki, wystrój ołtarza, w jaki ornat był ubrany celebrans, kto uczestniczył w seminarium.

Profesor Borzyszkowski, z którym spotkałem się w Gdańsku, w Instytucie Kaszubskim także przygotował dla mnie niespodziankę. A nawet dwie. Pierwsza to kartka z pozdrowieniami wysłana przez uczestników seminarium do leciwego pisarza i pedagoga mieszkającego w Czersku, Józefa Ceynowy, uczestnika wcześniejszych spotkań. Na kartce m.in. zdanie: "Ks. Grëcza odprawiôł Msza po Kaszëbsku". Jako pierwszy podpisał się autor pozdrowień Alojzy Nagel, kaszubski poeta i prozaik, autor opowiadań dla dzieci i wspomnień. Na kartkę naklejono pamiątkową grafikę wykonaną, jak co roku, przez Andrzeja Arendta. I tu zaskoczenie! Na górze widnieje napis "6 Seminarium Kaszëbscië", a na dole: "Łączińskô Hëta, Rujan 1983 r."

Odnalazł także swój kieszonkowy kalendarzyk z roku 1983. A w nim pod datą 8 października znajduje się taki skrótowy opis: "Seminarium Kaszubskie. Sporo ludzi. Lista w aktach ZKP. B[ardzo]. udana dyskusja. Referat Basi [Pisarek] i Janka [Stanisława Jankego]. Poświęcenie kapliczki. Msza ks. Gruczy. Msza i kazanie po kaszubsku". To ostatnie zdanie jest podkreślone.

Profesor zwraca moją uwagę na informację "Poświęcenie kapliczki". Otóż pierwszego dnia wieczorem udano się najpierw do pobliskiego lasu, aby poświęcić ustawioną na jego skraju kapliczkę Apostołów Pomorza - świętych Ottona z Bambergu i Wojciecha, wykonaną przez Andrzeja Arendta, rzeźbiarza z Wejherowa. - Pamiętam, że podczas uroczystości padał deszcz. Ktoś to skomentował, że sam Pan Bóg pokropił kapliczkę. Było już ciemno, bo ks. Grucza życzył sobie, żeby to nie odbyło się za dnia. A potem w deszczu szliśmy przez las do Wygody, przyświecając sobie latarkami. To uczestnicy VI seminarium powinni pamiętać. Na przykład Barbara Pisarek.

Pytana przeze mnie o tamten wieczór, odpowiada, że wiele szczegółów już się zatarło, ale że mszę poprzedziło poświęcenie kapliczki, spacer w deszczu do Wygody i że sama msza była w nocy - tego jest pewna, bo było to niezapomniane przeżycie. Trudniej powiedzieć, w którym roku to się wydarzyło, ale gdyby miała wybierać między 1983 a 1984, wskazałaby tę pierwszą datę.

Skąd pomyłka?

Na kilka dni przed rozmową z profesorem poprosiłem Edmunda Kamińskiego, działacza kaszubskiego, dokumentalistę, bibliofila, fotografika, który także uczestniczył w tej niezwykłej mszy, aby poszukał w swoim archiwum zdjęć z tego wydarzenia. Podałem mu datę: 20 października 1984 roku. Po tygodniu zadzwonił, że znalazł rolkę filmu ze zdjęciami z seminarium i mszy, ale jest ona z roku… 1983. Jak to ustalił? Miał taki zwyczaj, że na początku wywołanej błony notował rok wykonania.

Wynikałoby z tego, że w organistówce, rok po roku, zostały odprawione dwie msze. Wszak ksiądz Głodowski twierdził, że jego zdjęcia pochodzą z roku 1984, a też przedstawiały ks. Gruczę przy ołtarzu na poddaszu. Gdy jednak porównałem oba zestawy, przyjrzałem się szczegółom, to okazało się, że to ta sama msza.

Zatelefonowałem do ks. Głodowskiego i zapytałem, czy może w albumie znajduje się adnotacja, kiedy wykonał zdjęcia. Niestety, nie. Ale nie upiera się, równie dobrze mogło to być rok wcześniej niż sądził. Święcenia kapłańskie uzyskał w styczniu 1983 r., więc w październiku tegoż roku mógł już uczestniczyć w koncelebrze.

Okazuje się, że była jednak i druga msza, którą także odprawił po kaszubsku ksiądz Grucza - na zakończenie VII Seminarium, w niedzielę po południu 20 października 1984 roku. Ale już nie na poddaszu organistówki, lecz - jest tego pewien profesor Borzyszkowski - w kościele. Wzmianka o tej drugiej mszy ukazała się w "Pomeranii", o tej pierwszej nie, więc może dlatego tę drugą uznano potem za pierwszą.

Nie ma więc w tym roku powodów do świętowania jubileuszu, należało go obchodzić w ubiegłym. Ale wiadomo za to, kiedy naprawdę zaczął się kolejny ważny rozdział historii Kaszub, ten pisany przy ołtarzu.

Edmund Szczesiak
DZIENNIK BAŁTYCKI

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.