Nie masz asa nad lwowiaka, historia Bolesława Opałka

Bolesław Opałek wciąż wraca do Lwowa. Odwiedza miejsca, w których mieszkał, zagląda do znajomych kościołów. To jego miasto Fot. Krzysztof Kapica Bolesław Opałek wciąż wraca do Lwowa. Odwiedza miejsca, w których mieszkał, zagląda do znajomych kościołów. To jego miasto

Ma za sobą kilka operacji, kłopoty ze wzrokiem. Ale wciąż kieruje Towarzystwem Miłośników Lwowa i jeździ z pomocą do Polaków na Kresach

- Dopiero co wróciłem ze Lwowa - mówi Bolesław Opałek. - To była smutna wizyta, bo dzień wcześniej zmarł Jan Franczuk, prezes Polskiego Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi. Miałem się z nim spotkać wraz ze znajomą z Radia Rzeszów, aby nagrać wywiad. A trafiliśmy na żałobę.

Odwiedziłem wtedy moją dawną szkołę imienia św. Marii Magdaleny, w której się uczyłem, a której mój ojciec był dyrektorem. Został nim w 1934 r. i od razu postanowił przygotowywać z młodzieżą obrazki sceniczne, w których ja musiałem grać pierwsze role. Pamięć miałem dobrą. Kiedy do naszej szkoły przyjechali ministrowie oświaty - Wojciech Świętosławski z polskiego rządu i jego gość z Rumunii, prof. Angelescu - wyuczyłem się napisanej przez ojca mowy powitalnej, także po rumuńsku. Do dziś mam "Trylogię" Sienkiewicza, którą otrzymałem za to w nagrodę od kuratora lwowskiego okręgu szkolnego.

"Trylogia" przywędrowała do Rzeszowa dzięki Mieczysławowi Opałkowi. Ojciec pana Bolesława, erudyta i bibliofil, opuszczając z rodziną Lwów na zawsze, zdołał zabrać to, co uważał za najcenniejsze - bogaty księgozbiór. A był to wyczyn nie lada, bo przecież repatrianci ze Wschodu większość dóbr musieli zostawiać. Być może pomógł mu w
tym mówczy talent, w który nie sposób wątpić, wiedząc, ilu w zacnym rodzie Opałków jest nauczycieli i prawników. To także patrioci. Józef Opałek, dziadek pana Bolesława, walczył w powstaniu styczniowym, jego ojciec służył w Legionach Polskich, a on sam był żołnierzem Armii Krajowej.

- Patriotyzm nasz zaczął się co najmniej przed 200 laty. Wszystko to wyczytać można w "Kronice rodu Opałków 1810 - 2010" opracowanej przez mojego syna. Spisał się pierwszorzędnie - cieszy się pan Bolesław. Dzieło na razie jest w posiadaniu rodziny, rozsianej dziś po całej Polsce i poza jej granicami. Ale kto wie,może doczeka się druku.

Mój Lwów

- Mieszkałem przy ulicy Piaskowej 25. To ulica pod tzw. Kajzerwaldem, czyli "cesarskim laskiem:. Było to górzyste wzniesienie, przy którym stał wysoki zamek. Tam jeździliśmy na nartach, mieliśmy nawet skocznie narciarskie. Druga strona ulicy była zabudowana kamieniczkami jednopiętrowymi, w których mieszkali Ukraińcy.

W naszej kamienicy mieliśmy też za sąsiada księdza greckokatolickiego nazwiskiem Kasztaniuk. Nigdy nie mówił mojej matce "dzień dobry". Nie mieliśmy z nimi kontaktu. To byłymłode pokolenia o antypolskich przekonaniach.

Co nie oznacza, że i po tamtej stronie nie trafił się ktoś życzliwy. Stara gospodyni księdza Kasztaniuka uratowała życie Bolesławowi, gdy ten był jeszcze niemowlakiem. - Matka opowiadała, że zachorowałem na zapalenie płuc. Wezwana na ratunek pani Dmyterkowa, bo tak miała na imię owa Ukrainka, kazała nagrzać wody. A potem na zmianę wkładała mnie dowody zimnej i gorącej. I tak uratowała mnie od śmierci. Ale ona była z pokolenia, którego banderowcy jeszcze nie zaszczepili nienawiścią do Polaków - wspomina.

- Teraz gdy jeżdżę do Lwowa, sypiam w domu turystycznym kościoła św. Antoniego. Jako dziecko wstępowałem do niego codziennie, w drodze do szkoły. Naprzeciwko był kościół Sióstr Franciszkanek, gdzie działało kółko ministrantów. Zapisałem się do niego, podobnie jak Zbigniew Herbert. Przyjaźniliśmy się. Mam zdjęcia, na których obaj stoimy.

"Żbik" z AK

Bolesław Opałek


za działalność wojskową i społeczną był wielokrotnie odznaczany. Otrzymał m.in.
Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Armii Krajowej, Krzyż Obrońców Lwowa, Medal "ProMemoria", Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej, złotą odznakę "Za Opiekę nad Zabytkami". Otrzymał również nagrodę państwową za zasługi dla Polskiego Radia Rzeszów.


Kiedy zaczęła się wojna, miał 14 lat. - Kiedy już dorosłem do AK i złożyłem przysięgę, otrzymałem zadanie zdobywania towaru, którego potrzebowała partyzantka -jak: broń, materiały opatrunkowe, materiały fotograficzne, ciepłe ubrania itp. Dostawałem pieniądze i szedłem pod szpitale, gdzie leczyli się Węgrzy, Włosi. Od nich kupowałem. Punkt, w którym przechowywaliśmy te towary, znajdował się w sklepie zielarskim,w którym pracowała też moja siostra.

- Nie miałem okazji walczyć zbrojnie - mówi. - Akcja "Burza" we Lwowie została zduszona błyskawicznie, bo Sowieci podstępem aresztowali dowódców. Musieliśmy uciekać. Schroniłem się wraz z kolegami u brata, który był leśniczym w Wesołej. Zaciągnęliśmy się do oddziału AK pod Grodziskiem Dolnym.

Próbował on ruszyć na pomoc Warszawie, ale zostaliśmy rozbrojeni przez wojska radzieckie. Za PRL-u pan Bolesław Opałek się nie chwalił działalnością w AK, i jakoś władza go zostawiła w spokoju.

Osadzić radio na włościach

Pracował w Polskich Zakładach Zbożowych, Centrali Nasiennej, Spółdzielni Ogrodniczej, a potem jego talenty organizacyjne dostrzegło Radio Rzeszów. Rozgłośnia zatrudniła go na stanowisku naczelnika administracji, i dobrze na tym wyszła. Dzięki Bolesławowi Opałkowi szczyci się dziś cennymi nieruchomościami - XVIII-wiecznym budynkiem na rogu ul. 3 Maja i kamieniczką przy al. Pod Kasztanami.

- W tym budynku przy 3 Maja urzędował prezes Społem. Poszedłem do niego i mówię: "Panie prezesie, budynek jest duży, a pan tu sam urzęduje. Musi być panu smutno. Może by pan przekazał ten budynek dla radia". A on na to, że się zastanowi. I wyprowadził się, oddając nam budynek za darmo. A ta kamieniczka z tyłu radia należała do pewnej wdowy. Przekonałem ją, że lepiej będzie willę sprzedać. Lokatorom, których miała, załatwiłem pokoje na mieście, a jej - mieszkanie w nowym budownictwie. I sprzedała. Za około 300 tys. zł.

O mieście swojego dzieciństwa nigdy nie zapomniał. Zresztą - czy pozwoliłby mu na to ojciec, który na cześć Lwowa pisał wzruszające wiersze? Podróżował w tamte strony, odwiedzał przyjaciół. Rzeszowski oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich założył 26 lat temu, kiedy już można było przypominać o polskości tego miasta. Został prezesem i z właściwym sobie talentem organizacyjnym zaczął pomagać Polakom na Wschodzie, zabiegać o pomniki i świadectwa historii. Do dziś nikt nie chce go na tym stanowisku zastąpić. A on, mimo "90" na karku, wciąż jeździ z kwiatami na groby lwowiaków. Jak ten w Łubnie
pod Dynowem - Jerzego Chorwata. - Chorwat był we Lwowie harcerzem, jak i ja. Jeździliśmy razem na obozy. Miał urodę południowca - mówi Bolesław Opałek.

- Walczył w AK, u Dragi. Został zastrzelony przez Sowietów w Łubnie. Zakopali go w jakimś rowie. Miejscowi nocą przenieśli jego zwłoki na nieużywany cmentarz ukraiński. Po latach jego kolega odnalazł miejsce pochówku i poprosił AK-owców z Rzeszowa o ekshumację i pochowanie szczątków na cmentarzu katolickim. I spełniliśmy tę prośbę. Odkopaliśmy Jurka Chorwata. Trzymałem jego głowę w rękach...
Pan Bolesław mógłby jeszcze dodać, że dzięki niemu na grób AK-owca trafił okazały kamień z fosy zamku Lubomirskich. - Poprosiłem prezesa sądu, potem kierownika budowlańców, a w końcu dowódcę jednostki wojskowej. Powiedziałem: "Panie kapitanie, potrzebuję samochód i pluton żołnierzy, bo chcę przewieźć do Łubna
duży kamień na grób partyzanta". I wszyscy pomogli - opowiada.

Alina Bosak
NOWINY

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.