Pułkownik Ciepliński idzie na śmierć

Łukasz Konrad Ciepliński ps. "Pług", "Ostrowski", "Ludwik", "Apk", "Grzmot", Fot. Archiwum IPN Łukasz Konrad Ciepliński ps. "Pług", "Ostrowski", "Ludwik", "Apk", "Grzmot", "Bogdan" (ur. 26 listopada 1913 w Kwilczu, pow. Międzychód, zm. 1 marca 1951 w Warszawie) – podpułkownik piechoty Wojska Polskiego (w 2013 r. awansowany pośmiertnie do stopnia pułkownika)

"Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście. Gdybyś odnalazł moją mogiłę, to na niej możesz te słowa napisać. Żegnaj mój ukochany. Całuję i do serca tulę. Błogosławię i Królowej Polski oddaję. Ojciec".

Pisał z celi więzienia mokotowskiego grypsem, bo listów słać mu nie wolno było i listów od rodziny nie otrzymywał, bo też mu nie wolno było. Choć otrzymywał je oficer gestapo, z którym go osadzono w jednej celi.

Widać dla władzy ludowej końca lat 40. płk Łukasz Ciepliński był zbrodniarzem cięższego kalibru niż funkcjonariusz złą sławą owianej nazistowskiej policji politycznej.

Tak ciężkiego, że nie wystarczyło go zabić raz, toteż Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na pięciokrotną karę śmierci i jeszcze 30 lat więzienia. I przepadek całego mienia i praw publicznych po wsze czasy, co znaczy, że został - jak dziś się ich określa - żołnierzem wyklętym.

O którym nie wolno mówić, pisać, o którym nie wolno pamiętać, i który nie ma prawa istnieć w świadomości publicznej. Ale płk Ciepliński śmierci się nie bał - jak pisał do żony w grypsie ukrytym w szwach chusteczki do nosa, wykonanej z więziennego prześcieradła.

Może dlatego się nie bał, że... "W ostatnich godzinach życia Bogu dziękuję za to, że mogę umierać za Jego wiarę świętą, za moją Ojczyznę oraz za to, że dał mi tak dobrą Żonę i wielkie szczęście rodzinne. Łukasz" - dziękował na miesiąc przed śmiercią.

Virtuti Militari i 20 tysięcy podkomendnych

Łukasz Konrad Ciepliński ps. "Pług", "Ostrowski", "Ludwik", "Apk", "Grzmot",
Archiwum IPN W nocy z 7 na 8 października 1944 podjął nieudaną próbę odbicia 400-stu AK-owców więzionych przez NKWD na Zamku Rzeszowskim.

Ppor. Łukasz Ciepliński jako dowódca plutonu ppanc. 62 pp. w Bydgoszczy, po powrocie pułku z ćwiczeń.
(fot. Archiwum IPN)

Wzór przedwojennego oficera, dla którego świętością były "Bóg, Honor i Ojczyzna". Absolwent podchorążówki piechoty w Rawiczu, pierwszy raz błysnął niezwykłymi zdolnościami dowódczymi podczas słynnej bitwy nad Bzurą, w walkach pod Witkowicami zniszczył z działka sześć niemieckich czołgów i dwa wozy dowódcze, za co otrzymał Order Virtuti Militari.

Ruszył na pomoc walczącej w 1939 roku Warszawie, po kapitulacji stolicy ani myślał złożyć broń i próbował przedostać się przez Węgry do zachodniej Europy, gdzie była nadzieja na odtworzenie zbrojnych sił polskich.

Jednak zdecydował się wrócić z Węgier do ojczyzny. W drodze powrotnej został schwytany przez policję ukraińską, dostarczony okupacyjnym władzom niemieckim i osadzony w sanockim więzieniu. Szybko stąd uciekł, dotarł do Rzeszowa i rzucił się wir pracy konspiracyjnej.

Centralne dowództwo Armii Krajowej szybko doceniło jego zdolności dowódcze i organizacyjne, skoro powierzono mu zwierzchność nad Inspektoratem Rejonowym Podokręgu Rzeszów AK.

Przez cztery lata dowodził ok. 20 tysiącami podkomendnych i sprawdził się jako niezrównany organizator struktur konspiracyjnych, niemal do perfekcji organizując piony wywiadu i kontrwywiadu.

To dziełem jego podwładnych było przechwycenie wiosną 1944 roku fragmentów pocisków V-1 i V-2, które hitlerowcy testowali na ściśle strzeżonym poligonie w Bliźnie pod Dębicą.

Także dziełem jego służb wywiadowczych było wykrycie tajnej kwatery Hitlera w kolejowym tunelu w Stępinie, ale najgłośniejszym echem odbiła się zorganizowana przez niego w październiku 1944 r. próba odbicia ok. 400 żołnierzy AK, więzionych przez komunistyczne już władze na rzeszowskim zamku.

Próba nieudana, jednak dająca nadzieję wszystkim zainteresowanym, że niepodległościowe podziemie wciąż walczy. Wbrew wezwaniom tworzącej się dopiero komunistycznej władzy, przeciwny był ujawnianiu się i dekonspiracji akowców, pozostał w podziemiu, aktywnie je organizując.

Jeszcze w 1947 roku, wierny przedwojennej żołnierskiej przysiędze i ideom niepodległościowym, zorganizował IV Zarząd Główny organizacji Wolność i Niezawisłość, bo III Zarząd został rozbity przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.

Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że - wbrew oczekiwaniom coraz mniej licznej części podziemia niepodległościowego - III wojna światowa, która miałaby przywrócić Polskę politycznym wpływom Zachodu, nie nastąpi, w każdym razie nieprędko.

Celem Cieplińskiego i IV Zarządu WiN była propaganda i ochrona członków niepodległościowej opozycji.

Z kilkoma latami doświadczeń wywiadowczych i kontrwywiadowczych, ze sprawdzonymi na Rzeszowszczyźnie towarzyszami walki, z których utworzył trzon IV Zarządu, dla działalności WiN był niezastąpiony.Aż do listopada 1947 roku, kiedy został aresztowany przez UB w Katowicach.

Śmierć żołnierza, początek legendy

W nocy z 7 na 8 października 1944 podjął nieudaną próbę odbicia 400-stu AK-owców więzionych przez NKWD na Zamku Rzeszowskim.
(fot. Archiwum IPN)

Trzyletnie, nadzorowane przez NKWD śledztwo, prowadzone było tak brutalnie, że - jak oświadczył podczas swojego procesu Ciepliński - leżał skatowany we własnej krwi.

Jego stan psychiczny musiał być fatalny, skoro uwierzył śledczym, że ci obejmą "cichą amnestią" jego podwładnych, o ile Ciepliński ujawni ich personalia i siatkę kontaktów.

Z pewnością dla ratowania tych aresztowanych i tych, którzy mieli być aresztowani, a nie siebie, ujawnił swoich współpracowników. Czas pokazał, że śledczy UB nie dotrzymali obietnicy.

Próbował jeszcze ratować 2,5 tysiąca swoich niegdysiejszych podkomendnych, aresztowanych przez Służbę Bezpieczeństwa, podejmując kontrolowaną przez komunistyczny wywiad i kontrwywiad grę operacyjną z zachodnim wywiadem. I znów tylko po to, by ocalić tysiące ze swoich akowskich towarzyszy broni.

Kiedy zorientował się, że i tym razem został przez UB oszukany, błyskawicznie wycofał się z tych działań. Bez najmniejszej już woli współpracy, z jawnie deklarowanym antykomunistycznym nastawieniem, dla władz stał się bezużyteczny, a wciąż niebezpieczny.

Za życia i po śmierci też, skoro Bolesław Bierut odrzucił prawo łaski dla niego, a postać Cieplińskiego miała zostać wyrugowana z pamięci społecznej, miejsce jego pochówku utajnione.

Sam pułkownik z perspektywy celi śmierci doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że murów mokotowskiego więzienia żywy nie opuści, ale swoje myśli wciąż kierował ku Polsce, żonie i synowi Andrzejowi, który urodził się zaledwie kilka miesięcy przez aresztowaniem Cieplińskiego.

"Widzisz Synku - z Mamusią modliliśmy się zawsze, byś wyrósł ku chwale idei Chrystusowej, na pożytek Ojczyźnie i nam na pociechę. Chciałem służyć Tobie swoim doświadczeniem. Niestety to może moje ostatnie do Ciebie słowa. W tych dniach mam zostać zamordowany przez komunistów za realizowanie ideałów, które Tobie w testamencie przekazuję. O moim życiu powie Tobie Mamusia, która zna mnie najlepiej. W tej ciężkiej dla mnie godzinie życia świadomość, że ofiara moja nie pójdzie na marne, że niespełnione sny i marzenia nie zamknie nieznana mogiła, ale że będziesz je realizował Ty, jest dla mnie wielkim szczęściem" - pisał w jednym z grypsów do syna.

Gdzież jest pułkownik z medalikiem w ustach?

Więzienie mokotowskie, 20 stycznia 1951 roku


Andrzejku! Wymodlony, wymarzony i kochany mój synku. Piszę do Ciebie po raz pierwszy i ostatni. W tych dniach bowiem mam być zamordowany. Chciałem być Tobie ojcem i przyjacielem. Bawić się z Tobą i służyć radą i doświadczeniem w kształtowaniu twego umysłu i charakteru. Niestety okrutny los zabiera mnie przedwcześnie a Ciebie zostawia sierotą. Dlatego piszę i płaczę. Ja odchodzę - Ty zostajesz by w czyn wprowadzać idee ojca. - Andrzejku: celami Twego życia to:
a) służba dobru, prawdzie i sprawiedliwości oraz walka ze złem.
b) dążenie do rozwiązywania bieżących problemów - na zasadach idei Chrystusowej. W tym celu realizować jej w życiu i wprowadzać w czyn.
c) służba ojczyźnie i narod[o]wi polskiemu [fragment nieczytelny]. Naród polski [fragment nieczytelny] i wolność. Dobrobyt i szczęście. Świat zapadł się [w] nienawiści, brudzie i złej woli. Potrzeba nowych myśli i właściwego rozwiązania, którą Chrystusowa Idea. Miłość i szczęście dostosować do potrzeb XX wieku. Trzeba potrzeby powyższe rozwiązywać w myśl danych zasad. Zasad, których istota często nie jest właściwie rozumiana przez nas.


Wyrok wykonano 1 marca 1951 roku, w dziesięć dni po tym, jak Bierut odmówił mu prawa łaski. "Katyńskim" strzałem w tył głowy, czego Ciepliński się spodziewał.

- Zachowały się przekazy mówiące, że wychodząc z celi śmierci, przewidując, że to jest "ten moment", powiedział, że jeśli zorientuje się, iż prowadzą go na rozwałkę, wówczas połknie medalik - opowiada Elżbieta Jakimek-Zapart z krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej, która wspólnie z dr. Krzysztofem Szwagrzykiem prowadzi poszukiwania ciała Cieplińskiego. - Jednak o potwierdzeniu identyfikacji ciała decydowały będą badania DNA.

Najbardziej prawdopodobnym miejscem pochówku członków IV Zarządu WiN, w tym - płk. Cieplińskiego, jest tzw. Łączka, wydzielone poza murami powązkowskiego cmentarza miejsce, w którym funkcjonariusze UB grzebali ciała "bezimiennych" zastrzelonych i zakatowanych więźniów mokotowskiego więzienia między 1948 a 1956 rokiem.

- Nie mam wątpliwości, że i pułkownik Ciepliński i jego towarzysze broni zostali tam pochowani, bo nie znam żadnego powodu, dla którego komuniści mieliby wobec nich stosować jakąś inną procedurę - potwierdza dr Krzysztof Szwagrzyk z wrocławskiego oddziału IPN. - Dotychczas na "Łączce" zidentyfikowaliśmy 194 ciała, pozostało około 90. W sierpniu ogłosiliśmy, że zidentyfikowaliśmy pochowane na "Łączce" kolejne ciała, w tym ciało Zygmunta Szyndzielarza ps. Łupaszka, którego stracono zaledwie na trzy tygodnie przed śmiercią Cieplińskiego. Owszem, wszyscy biorący udział w pracach na "Łączce" znamy przekaz o pułkowniku i medaliku, ale to może być wskazówka, pewność dadzą nam wyniki badań genetycznych.

A płk Łukasz Ciepliński tyle razy ocierał się o śmierć w bitwie nad Bzurą, w działaniach konspiracyjnych, w akcji "Burza", którą planowano pod jego nadzorem, że siedząc w celi, nie własną śmiercią był zaabsorbowany. I nawet nie sobą samym, czemu daje dowód w ostatnim przed śmiercią grypsie do żony i syna:

"Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście".

I nie zawiódł się. Idea zwyciężyła, Polska jest niepodległa, jemu samemu, "żołnierzowi wyklętemu", o którym pamięć miała zaginąć, przywrócono oficjalnie dobre imię i miano bohatera, na które zasłużył.
"Wisiu, siedzę w celi śmierci. Śmierci nie boję się zupełnie" - pisał do żony Jadwigi z mokotowskiego więzienia Łukasz Ciepliński. Oto niezwykła historia niezwykłego człowieka.
Łukasz Ciepliński do ostatniej chwili życia pozostał wierny mundurowi i przysiędze oficera wojska polskiego.

ANDRZEJ PLĘS, Nowiny

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

naszahistoria.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.