Opowieść Chmielnika. Studenci z Krakowa... Miłość Niemców do Polaków motywuje bieżąca potrzeba

Krzysztof Chmielnik
Źródło: zielonogórska biblioteka cyfrowa
Relacje polsko-niemieckie wbrew germanofilom mają więcej ciemnych niż jasnych stron. Przyczynkiem do tej tezy jest tekst opublikowany w niemieckim zielonogórskim kalendarzu domowym (Grünberger Hauskalender) z 1916 roku.

Trwa właśnie wojna światowa. Niemieckie cesarstwo potrzebuje rekruta. Hekatomba ku czci kajzera w błotnistych okopach nad Marną i pod Verdun pochłania kolejne ofiary.

Imperialne ambicje Hohenzollernów zwykli żołnierze zraszają krwią. Giną hurtowo, tysiącami dziennie. Wśród nich giną także Polacy, poddani Wilhelma II, który ich tak bardzo nienawidzi. Wszak 12 lat wcześniej w Malborku powiedział „Wzywam was wszystkich, rycerze zakonu niemieckiego do świętej wojny z polską bezczelnością i sarmacką butą”. Ale wojna potrzebuje armatniego mięsa, które z okrzykiem „hurraaa...” rzuci się poprzez zasieki i pola minowe, wprost pod lufy karabinów maszynowych strzelających po 10 pocisków na sekundę. To dlatego zielonogórski kalendarz z roku 1916 pełen jest chwały niemieckiego oręża. Zdjęcia przedstawiają cesarza Wilhelma II, maskującego przykrótkie lewe ramię w bohaterskich pozach, a kalendarz z entuzjazmem wychwala niemiecką jedność i wolę zwycięstwa.

Jest też mniej radosna strona wojny, a mianowicie 9 stron z nazwiskami tych, których śmierć przyczyniła się do powiększenia cesarskiej chwały. Poświęcenie dla ojczyzny ilustruje wiersz dedykowany grudniowi pod tytułem „Pieśń wschodniopruskiej dziewczyny”. Jakże podnoszący na duchu.

„Radośnie biją dzwony, „zwycięstwo”, „zwycięstwo”, niesie się po ulicach. Na wojnie poległ mój ukochany brat, bohater. Jestem zupełnie sama, bo ojca i matkę zabił Rusek. Siostra zginęła od jednej kuli. Teraz błąkam się bez domu, samotna. Jakże chciałabym spocząć w zimnym piachu, Byleby tylko ciebie mój kochany kraju opromieniał blask chwały”.

Poniżej fotka pokazująca niemieckich żołnierzy ogrzewających dłonie nad ogniskiem. Wokół ośnieżony las, a przy ognisku świąteczna choinka ozdobiona srebrzystym łańcuchem.

Cudowne zjawisko
Nic zatem dziwnego, że kiedy potrzeba coraz więcej kandydatów do wspierania cesarskiego prestiżu śmiercią na polu chwały, Niemcy zaczynają majstrować przy historii i zmieniają narrację o 180 stopni. W duchu „odnowy” jest tekst zatytułowany „Krakowscy studenci” sygnowany przez dyrektora gimnazjalnego doktora Tschirscha. Oto jego początek:

„Wśród wielu cudownych zjawisk, które obecna wojna światowa roztoczyła przed naszymi zdumionymi oczami, a zarazem jednym z najbardziej radosnych jest to, że Niemcy i Polacy w braterskiej jedności i ramię w ramię umierają odważnie przeciwko rosyjskiemu ciemiężcy. Wszyscy wiemy, że jedność w ostatnim stuleciu prawie nie istniała. Nieporozumienia między Polakami a Niemcami sięgają czasów podziału Polski dokonanego przez rosyjskich despotów. I choć niechętnie akceptowany przez sąsiednie państwa, podział ten sprawił, że naród polski stał się wrogo nastawiony do Prus i Austrii. W wiekach poprzedzających podział Polski, współpraca pomiędzy Polską a Germanami przebiegała bez większych zadrażnień. Na dowód można przytoczyć fakt, że w XV wieku i wieku następnym uniwersytetem, który preferowali do studiowania studenci ze wschodnich Niemiec, był uniwersytet w Krakowie".

Czytelnik może się zapytać, jak to było możliwe? Niemcy na polskiej uczelni? Czy Niemcy ze wschodu Niemiec rozumieli tak dobrze język polski? A może na uniwersytecie w Krakowie wykładali profesorowie z Niemiec? Nie. Rozwiązanie zagadki jest proste. Językiem wykładowym był wówczas język łaciński, który był językiem wiedzy wspólnym dla wielu nacji. W narodowych językach na uniwersytetach uczono znacznie później. Pierwszym uniwersytetem, który wprowadził język niemiecki był uniwersytet w Lipsku w roku 1707.

W 1900 roku uniwersytet w Krakowie obchodził 500-lecie swojego istnienia. Z tej okazji zorganizowano tam uroczystości jubileuszowe, a także opublikowano listę studentów, jacy na nim studiowali. Mam to czterotomowe wydawnictwo. Mnie zainteresowali studenci z Grünbergu studiujący w Krakowie, a także w drugiej kolejności z Züllichau i Schwiebius.
Zacznijmy od Grünbergu. Lista z dziesięcioma najdawniejszymi poniżej:

1. Adam Ade de Zyelona - 1411,
2. Petrus Johannis Compermann de Grynberg - 1467,
3. Jochannes Jonannis de Grinberg - 1475,
4. Valentinus Nicolai de Grinberg - 1475,
5. Gregorius Michaelis de Virido monte - 1485,
6. Johannes Meke de Grunberg - 1492,
7. Matthias Laurency de Grinberg - 1492,
8. Mattheus Petrus de Viridi monte - 1500,
9. Paulus Laurentcy de Viridi monte - 1501,
10. Johannes Urbani de Grineberg - 1502”.

Tyle doktor Tschirsch Przy kolejnych nazwiskach takie jeszcze nazwy miasta: Grynberg, Grynberk, Grynebergk, Grymberg. Są też Lassgen, Konotopa, Zabor i Sablath. Lassgen, czyli laski pod Czerwieńskiem, Sablath to obecne Zabłocie w okolicach Nowogrodu. Ciekawie w tym wykazie odmienia się nazwa Sulechowa. Zatem mamy Suleyow, Suleyow, Czulchow, Czelchow, Czelchaw, Suleiow, Solyeyowo, Soleyow. W roku 1514 pojawia się Cilich, w 1518 Czulich, a w 1524 Zulichoviensis. W roku 1542 notowani są w krakowskim uniwersytecie bracia Sobkowie, Cristphorus, Nicolaus, Stanislaus synowie Balthazara. Z okolic Sulechowa uczyli się w Krakowie: Johannes z Glauchow, Fridericus z Oblath i Johannes z Podligora. Oblath to leżące tuż obok, Sulechowa Obłotne. Świebodzin natomiast występuje jako: Swoboschin, Swyebyesen, Swebesin, Schwebischen, Szwebszen, Swebussuny, Swybuszyn, Swobodzin, Swybzin, Swybicen. Doprawdy duża różnorodność w nazewnictwie, ale bodaj najciekawsza jest nazwa miasta Zyelona zapisana w księgach uniwersyteckich w 1411 roku.

Słowiańskie źródła nazw
Pod listą nazwisk przypisanych powyższą miejscowościom autor rozważa kwestie zapisu nazw miejscowości przypisywanych krakowskim studentom. Próbuje uzasadnić różnice w nazwach trzech miejscowości zapisanych w uniwersyteckich księgach. Pisze więc tak:

„Czytelnik zauważy różnicę w zapisie nazw miejscowości. Dokładnie podobne fluktuacje można zobaczyć w dokumentach z tamtych czasów dotyczących innych miejscowości. Ludność tych trzech miast była początkowo mieszana z Polakami a wymowa wspólnej nazwy pomiędzy Niemcami i Polakami nigdy nie była taka sama. Przede wszystkim nazwy Züllichau i Schwiebus są polskiego pochodzenia. Sulejowo pochodzi od nazwiska szlachcica Sulej, co znaczy dzielny. Nazwa Sweboszin lub Swoboszin pochodzi od szlacheckiego imienia Swebosz lub Swobosz, jako skrócona wersja imion Siebisław lub Swobieslaw, a współcześnie Sobiesław, co znaczy chwała wolności. I na koniec trzeba wziąć pod uwagę, że imiona te zapisywał jakiś polski uniwersytecki urzędnik”.

Wywód Tschirscha o pochodzeniu nazwy Sulechowa od imienia Sulej lub Sulech, zaskakujący, bo współcześni regionaliści wywodzą nazwę miasta od cieląt, które pasały się na dawnych pastwiskach leżących w otoczeniu miasta. Wydaje się jednak, że to Tchirsch może mieć rację. Tym bardziej że zgodnie z obowiązującą w języku polskim tradycją, zamiana rzeczownika w przymiotnik dzierżawczy korzysta z transmutacji Sulej-Sulejów, Sulech-Sulechów. Podobnie jak syn Kazimierza to Kaziów, a Psałterz Dawida, to w staropolszczyźnie Psałterz Dawidów. Wszak miasto Kraka to Kraków, Jędrzeja - Jędrzejów, a Szydła -Szydłów.

Łącznie księgi uniwersyteckie notują 17 studentów z Zielonej Góry, ostatni z 1522 roku, 26 studentów z Sulechowa, ostatni 1579 i 26 ze Świebodzina, ostatni 1519. Autor tekstu tłumaczy to rozprzestrzenianiem się w niemczyźnie protestantyzmem i rolą uniwersytetu w Wittenberdze, gdzie Luter ogłosił swoje tezy. Katolickie idee, nauczane w Krakowie, przestały być atrakcyjne. Co do rozkładu terytorialnego autor tekstu sądzi, że niska liczba studentów z Zielonej Góry wynikała z poziomu jego rozwoju, niższego jak Świebodzina i Sulechowa. Według dyrektora zielonogórskiego gimnazjum Zielona Góra swój rozwój zawdzięczała pruskiemu panowaniu, co wydaje się czkawką propagandową. W czasach kiedy do Krakowa ciągnęli studenci z Zielonej Góry, Sulechowa i Świebodzina, miasta te liczyły po około 2000 mieszkańców. Niemniej trzeba zauważyć, że większość studiujących w Krakowie to mieszkańcy miast. Spoza trzech wyżej wymienionych miast jest jedynie 16 studentów. W tym 4 braciszków z klasztoru w Paradyżu. Może to być zwiastunem rosnącej roli miast w rozwoju cywilizacyjnym Europy.

Grubymi nićmi szyta
Propaganda o pruskich źródłach rozwoju typowa dla teutońskiej wizji świata, nie uwzględnia rozwoju ww. miast z powodu rozwoju tkactwa i sukiennictwa. Zielona Góra rozwój w końcu XIX wieku, także nie zawdzięcza Prusom, jako wewnętrznej sile sprawczej, ale pieniądzom z kontrybucji jakie po zwycięskiej wojnie z Francją zasiliły budżet niemieckiego państwa. Czyli dzięki rabunkowi.
Tekst z kalendarza z 1916 roku przypomina, że miłość Niemców do Polaków motywuje bieżąca potrzeba. To stała cecha państwa, które materializuje ideę państwa jako spółki handlowej z ograniczoną odpowiedzialnością. Kupiecki pragmatyzm łączący bezboleśnie piękne słowa o moralności z odmową rozliczenia się z finansowych zobowiązań.

Źródło: zielonogórska biblioteka cyfrowa

OSTATNIO DODANY:

OPOWIEŚCI KRZYSZTOFA CHMIELNIKA

CZYTAJ CHMIELNIKA RZECZ O ANIELI KRZYWOŃ:

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Tragiczne zdarzenie na Majorce - są zabici i ranni

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Opowieść Chmielnika. Studenci z Krakowa... Miłość Niemców do Polaków motywuje bieżąca potrzeba - Gazeta Lubuska

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia