Opowieść Chmielnika. Ryba, część skarbu z Witaszkowa. Czego mogli chcieć scytyjscy przybysze?

Krzysztof Chmielnik
Jakiś czas temu pisałem o dziwnej rybie znajdującej się na Wyspie Teatralnej w Gubinie. Na rybie tej archaiczne ornamenty zaświadczają o odkryciu w nieodległym Witaszkowie skarbu zwanego „skarbem z Vettersfelde”.

Owe Vettersfelde to przedwojenna nazwa Witaszkowa, miejsce w którym pewien rolnik w melioracyjnej bruździe odkrył złoty skarb. Wśród znaleziska był złoty scytyjski kołczan na strzały, gorys w kształcie ryby a na nim ten dziwny ornament, jaki dzisiaj zdobi rybę z Wyspy Teatralnej. Były też inne części rynsztunku bojowego wojownika scytyjskiego.

Archeolodzy zastanawiali się skąd i dlaczego ów depozyt znalazł się na polu opodal miejscowości Witaszkowo. Pojawiały się rozmaite koncepty, ale wobec braku jakichkolwiek śladów praktycznego, a zatem bojowego, używania, obowiązuje dzisiaj teoria daru złożonego przez Scytów, wodzowi lokalnego plemienia. W sferze domniemań pozostawał powód złożenia tak drogiego daru. Wszak musiał to być jeden człon wzajemnej wymiany. Nikt o zdrowych zmysłach nie daje komuś tak drogich prezentów, ot tak. Scytowie dając, musieli coś uzyskać od lokalnego władcy. Od kogoś kto miał dostatecznie duża władzę, która była na tyle silna, by zrekompensować w jakiś nieznany dzisiaj sposób ową złotą inwestycję. Można z dużą doza pewności domniemywać, że silniejszą pozycję negocjacyjną w owej wymianie mieli tubylcy. Trzeba było ich zatem przekupić drogim darem. Czego mogli chcieć scytyjscy przybysze?

Kolejną zagadką był oczywisty fakt nieużywania wojennego ekwipunku także przez obdarowanego. Obdarowany nie potrzebował scytyjskiego daru do żadnego praktycznego celu. Ani do podniesienie prestiżu podczas plemiennych uroczystości, ani do walki. Tym samym archeolodzy stwierdzili, że scytyjski dar został złożony jako voto podczas jakiegoś dzisiaj nieznanego religijnego rytuału. I tu wkraczamy w sferę sacrum dawnym mieszkańców okolic Witaszkowa, które być może było miejscem centralnym większej plemiennej społeczności. Na tyle dużej i silnej, aby warto było drogim darem uzyskać jej przychylność.

Historia skarbu sama w sobie bardzo ciekawa, została w Gazecie Lubuskiej opisana i nie będę do niej wracał. Ciekawa jest archeologiczna współczesność miejsca, w którym znaleziono skarb. Piszą o tym Urszula Kobylińska, Zbigniew Kobyliński, Louis Daniel Nebelsick i Dariusz Wach w artykule „Święte źródło w Kozowie: Kontekst Archeologiczny Skarbu z Vettersfelde”, zamieszczonym w Zeszycie 8, Biblioteki Archeologii Środkowego Nadodrza, Wydawnictwa Lubuskiego Oddziału Stowarzyszenia Naukowego Archeologów Polskich.

Zaczęło się w 2001 roku.

Wspomniany wyżej skarb sam w sobie ciekawy artefakt, niewiele mówi o sobie bez informacji skąd i dlaczego znalazł się na polu pod Kozowem. I o tym właśnie jest ów artykuł. Po pierwsze administracyjnie miejsce to znajduje się w obrębie wsi Kozów, przed wojną Kasso. Zatem przypisanie skarbu wsi Witaszkowo jest mylące i skutkiem tego dezinformujące o miejscu jego znalezienia, które z racji upływu czasu nie zostało precyzyjnie ustalone. Nic więc dziwnego, że prowadzone po wojnie poszukiwania tego miejsca nie dały rezultatów.

Kiedy więc w 2001 roku podjęto poważniejsze badania grodziska w Starosiedlu, dr Krzysztof Misiewicz z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN poszerzył obszar archeologicznej penetracji o teren wskazany przez pracującego na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, niemieckiego badacza dr Louisa Daniela Nebelsicka, jako prawdopodobne miejsce znalezienia „skarbu z Vettersfelde”. Badania metodami nieinwazyjnymi wykazały intrygujące anomalie. One wzbudziły, co naturalne, naukową ciekawość zespołu archeologów. Postanowiono zatem w badaniach pójść dalej i otworzono kilka próbnych archeologicznych odkrywek. W jednej z nich znaleziono ceramikę przypisaną kulturze łużyckiej, a konkretnie z okresu halsztackiego. Chodzi o lata 1200 do 450 przed naszą erą, a zatem przed nastaniem wpływów rzymskich, zwanych w archeologii okresem lateńskim. A ponieważ okres kultury halsztackiej nakłada się na czas bytności na terenie Polski koczowniczych ludów scytyjskich, do których należeli także Sarmaci, poszerzono zakres poszukiwań.

Celem poszukiwań było znalezienie punktów stycznych Scytów z plemionami kultury halsztackiej. Badania kontynuowano w kolejnym roku, ale nie dały potrzebnego potwierdzenia związku skarbu z lokalną społecznością i planowano nawet ich przerwanie. Jednak, aby definitywnie sprawę rozstrzygnąć, przedłużono jeden z wykopów w kierunku zachodnim. Tam, gdzie zaczynał się teren podmokły, jako że wcześniej badania prowadzono na piaszczystym wyniesieniu. W przedłużonym wykopie natrafiono na ślady, które radykalnie zmieniły plany badań.

Czarna smuga w ziemi

Powodem tej zmiany było odkrycie czarno zabarwionych warstw z węgielkami drzewnymi i fragmentami ceramiki. I to był ten poszukiwany łącznik wiążący kulturę łużycką ze skarbem scytyjskim. Badania zatem kontynuowano a w roku 2003 doprowadziły one do odkrycia „świętego źródła”. Miejsce to zdradzał wybrukowany kamienny pierścień otaczający dawne źródło. Szczegółowa analiza znalezisk ceramicznych skorup, znalezionych na dnie dawnego źródła potwierdza koncepcję składania ofiar ku czci jakiejś lokalnej siły nadprzyrodzonej rządzącej żywiołem wody. Stąd przypuszczenie, że to miejsce kultu. I dlatego „święte źródło”.

Tych ceramicznych ułamków znaleziono w różnych warstwach źródła znaleziono kilka tysięcy. Charakterystyczną cechą tych naczyń była, znajdująca się na ich dnie, wypukłość zwana omfalusem, co po grecku znaczy pępek. Naczynia tego rodzaju znane są z ceramiki greckiej tamtego okresu. Owe naczynia służyły w Grecji i Rzymie do rytualnych libacji, czego pamiątką był niedawny jeszcze zwyczaj wznoszenia toastów i bicia kieliszków. Zapewne podobnie było w Kozowie w czasach łużyckich.

Paciorki z rybimi oczkami

Wśród składanych w ofierze votów znaleziono unikatowe na ziemiach polskich paciorki „oczkowate” z pasty szklanej, o różnych kształtach i odmiennych rodzajach szkła. Określenie „oczkowate” bierze się stąd, że na powierzchni paciorków umieszczone są szklane oczka, przypominające rybie. Czy szkło wiązano w plemiennych czasach z żywiołem wody nie wiadomo, choć podobieństwo wody i szkła narzuca takie przypuszczenie. Wiadomo natomiast, że prowadzone badania, trwające do 2011 roku, wykluczają, aby cokolwiek ciekawego pozostało nieodkryte na badanym obszarze. Badacze są przekonani, że wszystko co miałoby jakąkolwiek historyczną wartość zostało odkryte. Przy okazji, w naturalnych zagłębieniach, do których z warstw wodonośnych przesiąkała woda, znaleziono miejsca w których obrabiano len.

Co do szklanych paciorków, których 169 znaleziono w świętym źródle. Pochodzenie ich literatura przedmiotu generalnie wiąże z Egiptem, gdzie prawdopodobnie je wytwarzano. Istotną rolę w ich rozprowadzaniu przypisuje się Fenicjanom, którzy intensywnie penetrowali handlowo nie tylko Morze Śródziemne, ale także wpływali na Morze Czarne. Te szklane paciorki z Kozowa, z uwagi na ich specyfikę, przypisuje się koczowniczym Scytom, jako środek kultu, ale i wymiany. Co by oznaczało, że kontakty ludności tej części Ziemi Lubuskiej ze Scytami były pokojowe. Podobnego rodzaju paciorki znajdowane są bowiem w kurhanowych pochowkach scytyjskich. Szczególnie datowanych na okres od VI do IV wieku przed naszą erą. Najliczniej występują na terenie południowo-wschodniej Ukrainy. Niektórzy naukowcy sugerują, że za ich rozprzestrzenianiem kryją się pontyjscy Grecy, mający swoje siedziby na południowym krańcu Morza Czarnego. Być może to Grecy z krainy zwanej Pontem, poprzez swoje handlowe faktorie na Ukraińskim pobrzeżu Morza Czarnego, dostarczali Scytom owe paciorki z oczkami. Podobne do tych z Kozowa paciorki oczkowate są znajdywane także w Południowo-Środkowej Europie i związane są z obecnością Scytów.

Badania na polach pod Kozowem dowiodły istnienia kontaktów pomiędzy plemionami kultury łużyckiej a plemionami scytyjskimi, wśród których byli zapewne Sarmaci. Kontakty te, wbrew wcześniejszym opiniom, nie wynikały wyłącznie z militarnego podboju. Te w Kozowie miały wyraźnie pokojowy charakter. Dowiodły także, iż kultura nie dzieliła, a łączyła. Płynnie przenosiła się z jednej społeczności do drugiej. Dotyczy to nie tylko przedmiotów, ale co ciekawe, także sfery sacrum. A zatem kultów bóstw, obyczajów, rytuałów, obrządków, niekiedy także technologii.

Tak czy inaczej paciorki, a także obyczaj libacji kultowych pokazuje, jak bardzo w czasach plemiennych ludzie byli kulturowo i handlowo zjednoczeni. Ludy zwane dzisiaj pierwotnymi łączyły sfery sacrum. Wierzono zapewne w te same bóstwa, choć nazywano je inaczej. Ale wspólne, a przynajmniej podobne były religijne rytuały. Nie byli tak prymitywni jak się potocznie wydaje. Byli raczej częścią większej wspólnoty duchowej. Mimo, że plemiennie podzieleni i czasem rywalizujący militarnie, to odwołali się do wspólnego kulturowego kontekstu.

OSTATNIO DODANY:

OPOWIEŚCI KRZYSZTOFA CHMIELNIKA

CZYTAJ CHMIELNIKA RZECZ O ANIELI KRZYWOŃ:

fot. mariusz kapała

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Jak się pozbyć gniewu? Jest prosty sposób!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Opowieść Chmielnika. Ryba, część skarbu z Witaszkowa. Czego mogli chcieć scytyjscy przybysze? - Gazeta Lubuska

Wróć na naszahistoria.pl Nasza Historia